Wszelkie prawa do użytych utworów posiada Adrian von Ziegler



 
IndeksCalendarFAQSzukajGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Stoiska festynowe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Keeper
Książę

avatar



PisanieTemat: Stoiska festynowe   Sob Mar 10, 2018 4:42 pm

Stoiska festynowe


 W ciągu roku głównie kilka razy zapełniają się dzięki różnokolorowym chorągiewkom, ciekawym rodzajom strawy czy przedmiotów tradycyjnych, które można zakupić jedynie w przeciągu tych kilku chwil w roku, gdy Filirjon świętuje!
Na co dzień szare miejsce. Bez polotu, bez żadnych większych ubarwień. Tak naprawdę niektóre stoły są puste, inne złożone, a kolejnych nawet tutaj nie ma. W noc przed wydarzeniami, w magiczny sposób wszystko się zapełnia, aby cieszyć oko już od rana. Niektóre stoły zapełniają się wyłącznie raz w roku, inne nie przy każdej nadarzającej się okazji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Taeil
Córka medyka

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Pon Mar 19, 2018 4:04 pm

"Na stumilowe lasy, pozostaje mi się tylko pochlastać chyba", pomyślała sobie Taeil, jak tylko przebijała się przez tłum ludzi poniesionych przez euforię i atmosferę ogólnego pijaństwa. Wszędzie tylko zieleń, zieleń, zieleń, niby ładny kolor, ale zieleń i trójlistna koniczyna chyba teraz będą się jej kojarzyć przede wszystkim z alkoholem, problemami z żołądkiem i generalnie sztorcowaniem każdego, że panie, przy dwunastym kuflu trzeba było zawory już zamknąć. Jako osoba mająca do czynienia raz na jakiś czas z przypadkami niezłego kaca, a czasem i nawet jednak zatrucia po trunkach, to zdążyła sobie wyrobić negatywną opinię o wszelkiego rodzaju "uciechach" tego typu. Tak, picie alkoholu jest fajne, ale czy myślałeś kiedyś o tym, że równie dobrze możesz popaść w ruinę finansową? To nie znaczy jednak, że jest abstynentką, bo czasem po prostu nie wypada się nie napić. Ale robiła to w ilościach rozsądnych, często nawet mikroskopijnych, a nie przypomina sobie, żeby kiedyś jakoś mocniej popiła. Nie ma ani słabej głowy, ani jakoś szczególnej głowy do procentów - ma taką dosyć pospolitą tolerancję, przeciętną wręcz. Ale czego to się nie robi jednak dla paru kropli trunku. Już ktoś ją zaciągnął do wypicia "chociaż jednego" i na tym jednym się skończyło. Nie była pewna, kto to był, ale skoro mówił jej wesołe "NIE NAPIJE SIĘ PANI, PANI DOKTÓR?", no to pewnie kiedyś mu jakieś tam ziółka pewnie sprzedała, czy dwa razy. Ech, utrapienie z tymi ludźmi.
Było zimno. Ale tak cholernie zimno, że nawet przez jej cztery warstwy ubrań było to czuć. Chowała ręce pod narzutę, ściskając w jednej z nich sakiewkę z koniczynkami. Nie miała za specjalnie ochoty ich na cokolwiek wydawać, choć w sumie czegoś ciepłego by się napiła (i może nie rozlała, choć ciężko z tym może być). W sumie to nawet nie jest pewna, dlaczego tu przyszła - może to jakaś wewnętrzna potrzeba człowieka, który na co dzień obcuje z różnymi klientami w potrzebie, i może, tak przypadkowo, gdzieś nie okazałaby się pomocna. Z drugiej strony trochę też ją matka wypchała, bo młoda jesteś, a potem to tylko zszywasz ludzkie mięso pół życia, a drugie pół życia ględzisz jedno i to samo. To jest zawsze coś, co chciała usłyszeć od profesjonalnej medyczki, żeby nie mieć wątpliwości, że tak, chciałaby się temu oddać i to jest jej powołanie życiowe.
Zakaszlała. Zaraz potem w tłumie doszło ją ciche kwilenie, a potem poczuła, jak ktoś ją delikatnie, delikatnie szarpie za narzutę. Spojrzała na jej zapłakaną twarzyczkę, ściśniętego w drobnych rączkach misia i usłyszała jej pytanie. Automatycznie ścisnęło ją serce w piersi, a że nikt jakoś nie zwracał zbytnio uwagi na nią ("Wszyscy zajęci tym cholernym piciem, na dęby zielone"), to uznała, że sama to zrobi. Uśmiechnęła się lekko do dziewczynki, delikatnie ją zaciągnęła w nieco mniej zatłoczone miejsce, po czym do niej uklękła.
- Spokojnie, mała, zaraz go poszukamy razem, dobra? A jak on wygląda? W co był ubrany? Dawno się zgubił? - zalała ją serią pytań, jak na kontroli medycznej. Chwilę potem spojrzała na nią z lekkim przepraszającym uśmiechem, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że w sumie zadawanie dziecku od razu takich pytań niekoniecznie dokądś ją zaprowadzi, bo dziewczynka jest jeszcze rozpłakana, roztrzęsiona i w ogóle nieskora do tak nagłych odpowiedzi. Współczuła już swoim przyszłym dziecięcym pacjentom, kiedy jej matka już uzna, że sama da radę poprowadzić zakład. - Ale spokojnie. Najpierw wdech i wydech, potem mi powiesz, co się stało - powiedziała, rozglądając się jeszcze dookoła ewentualnie za kimś, kto by mógł jej nieco pomóc.

//No to chyba misja główna: 1/5? Dobrze to robię? xD
Misja główna: 1/10; misja ze Stoisk festynowych: 1/3//

_________________
Voice | Theme | Relationships | Work
#9999ff
_______________________
Art credit: Rosuuri


Ostatnio zmieniony przez Taeil dnia Wto Mar 20, 2018 1:42 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kavindell
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Pon Mar 19, 2018 10:59 pm

Markiz Lata w środku zimy jest jak dzielny rycerz na ośle... (Wybacz zima, musiałem...) Tak czy inaczej Kavindell lubował ciepło i całe palety barw, a jednak obecnie biel górowała nad resztą, a przynajmniej do chwili gdy nasz Elae nie wkroczył do miasta Filirjon. Na co dzień ponure ludzkie miasto wypełniały echa radosnej gwary, gdzie grupki ludzi ciągnęły w stronę centrum i nie inaczej było z naszym bohaterem. Wysoki Elae w zdobnej zbroi z pewnością rzucał się w oczy, a jednak Kavindell nie przejmował się ciekawskimi oczyma, a podziwiał wspaniały wystrój festynu. Rozmaite ozdoby, wstęgi i atmosfera przypominały mu Święto Słońca, choć bez wyniosłości i w przeciwieństwie do Elae tutaj każdy zdawał się być sobie równy. Ludzie byli niejako kwintesencją chaosu i już teraz Markiz widział błękitnymi tęczówkami zalety i wady ów przedsięwzięcia, ale czy to ważne? W lesie zachowuj się jak drzewo i z tymi myślami Kavindell łypnął okiem do mijanej białogłowy, która spaliła rumieniec nim pośpiesznie przyspieszyła kroku. Elae chciał już podążyć za nią z ewidentnie wykwitłym niemoralnym uśmiecham, a jednak coś innego zwróciło jego uwagę.
Markiz skierował swe kroki w stronę, gdzie przy jednym ze straganów stała samotna dziewczynka tuląc misia. Co ja robię?! - Pomyślał z zażenowaniem blondyn i choć ciekawość nie była jedynie domenom ludzi to co jak co, ale Verno wiedział czym może skończyć się ta sytuacja... Młody mężczyzna zaczepiający samotną dziewczynkę? Nie, zdecydowanie nie! Elae pobladł lekko na samą myśl i pragnął odejść, ale usłyszał jak dziewczynka ledwo wydukała prośbę do przechodzącej niewiasty. Z mieszanymi uczuciami błękitnooki patrzył jak kobieta odciągnęła dziewczynę do mniej zatłoczonego miejsca nieopodal. Oczywiście Kavindell jak przystało na mężczyznę pragnął uczynić w tył zwrot, ale niestety został zauważony przez parę oczu szukających pomocy. Gra pozorów to domena wszystkich Elae, więc blondyn udał zaskoczonego i zatroskanego podchodząc ku nim.
-Przepraszam, mam na imię Kavindell i nie jestem nikim podejrzanym.
Rzekł kładąc jedną dłoń na płycie zdobnego napierśnika, a drugą wznosząc ku górze.
-Co więcej mym gestom i słowom kieruje czysta troska.
Na potwierdzenie wypowiedzianej deklaracji blondyn lekko kiwnął głową i wypuścił haust powietrza rozluźniając się tym samym przybrał łagodny uśmiech.
-Przypadkiem zasłyszałem jako iż ktoś się zgubił, proszę pozwolić sobie pomóc, tak jak słońce szuka drogi od wchodu do zachodu, tak i ja bezbłędnie pomogę.
Z tymi słowy Kavindell Verno nachylił się z drugiej strony dziewczynki i z uśmiechem zapytał.
-Jak urocze Damy mają na imię? I kogo mogę pomóc wam odszukać?
Blondyn wiedział iż bynajmniej nic nie wnosi do całej sytuacji, ale był drzewem w lesie i nie szukał powodu, a nawet był wdzięczny zaistniałej sytuacji, dlaczego? No cóż, ze swą reputacją pośród Elae już dawno obie damy dały by nogę na jego widok...
-Zresztą Stokrotko, jeśli to nie kłopot możesz usiąść na moich ramionach, jako iż jestem wysoki to będziesz zauważalna dla swych bliskich i sama nad tłumem bliskich możesz dostrzec... I naprawdę mam dobre intencje, zobaczcie, nawet miękkie futro obleka moje ramiona.
Dodał jeszcze pośpiesznie klepiąc ramię na którym spoczywał gruby futrzasty płaszcz i to nie czekając na odpowiedzi dam. Nie tyle co się niecierpliwił, ale niewygodnie bynajmniej było się tak pochylać dłuższą chwilę...

Misja główna 1/10; misja ze stoisk festynowych 1/3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raymont
Najemne Ostrze

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Wto Mar 20, 2018 8:34 pm

Święto Fegnai jak co roku gromadziło na ulicach Filirjonu tłumy ludzi. Każdy miał własny powód, by stać się częścią świętującego motłochu, zaś powodem Raymonta był brak powodu. Otóż zajęć w swym domu miał mało. Mieszkanie było dla niego raptem miejscem do spędzenia nocy i niczym więcej. Nie gotował, sprzątanie zajmowało kilka minut, a obowiązków związanych z lokalem było naprawdę mało. Toteż w sytuacjach, gdy umiejętności Raya nie były wynajmowane, on sam po prostu włóczył się albo po mieście, albo po świecie bez większego celu i powodu. Ot tak.
Jak zawsze najbardziej interesowały go stoiska festynowe. Dekoracje i ozdoby widział już niejednokrotnie, ale asortyment bazarków był co roku inny. Dostał mieszek z koniczynami i zaraz na wstępie skorzystał z jednej - kupił sobie grzańca, by umilił mu spacerowanie w ten chłodny dzień. Resztę swojego zielonego majątku schował w kieszeń i poprawił szkarłatny płaszcz, by ten odpowiednio zasłonił go, chroniąc nie tylko przed zimnem, ale też wygłodniałym wzrokiem złodziejaszków chętnych zwędzić mu ten niewielki dobytek. Nie musiał długo czekać, aby spotkać znajome twarze. Dawni towarzysze z Bifröstu dostrzegli jego "jasny łeb" i oczywiście podeszli porozmawiać. Wspomnieli trochę starych czasów, wymienili się jak wyglądały dla nich aktualne, napili i rozeszli w swoje strony, radośnie się żegnając. W tej specyficznej organizacji Raymont był taką drobną legendą - dawny członek, jeden z wielu wojowników walczących przeciwko Szkarłatnej Kompanii i jedyny zwycięzca, chociaż trafniejszym było określenie "ocalały". Białowłosy nie czuł się w żaden sposób wyjątkowo z tego powodu, chociaż niektórzy wojacy z Bifröstu darzyli go uznaniem i sympatią. Reagował na to przyjaźnie, ale odpowiadał lakonicznie i cały temat raczej zbywał. Nie wiedzieli jak to wszystko wyglądało. Nie było w tym ani dumy, ani chwały.
Ruszył dalej. Grzaniec powoli przestawał go grzać swym ciepłem, jednak było go za mało, by zaczął grzać alkoholem. Trunku w kuflu zostało niewiele, więc postanowił uzupełnić zapas. Święto to święto, więc mógł sobie pozwolić na jutrzejszy ból głowy, a dzisiejsze głupoty. I gdy zmierzał zakupić kolejnego grzańca, to przed nim przemknął osobnik, którego kojarzył z Dworu Lata. Raymont zatrzymał się i powędrował za nim wzrokiem, pijąc kolejny łyk niemalże już chłodnego alkoholu. Jego uwagę zwrócił
Kavindell Vërno, niesławny Elae, o którym to krążyło wiele... informacji, a nie plotek. Najbardziej znany z nieodwzajemnionej pasji do kobiet. Ray widywał go na Dworze i czasami był nawet świadkiem niektórych naprawdę nieprzyjemnych zachowań, ale o znacznie większej ilości słyszał od służby, do której w końcu należał pod przykrywką wdzięcznego tytułu giermka. Naturalnie Kavindell skierował się w stronę młodej kobiety, chociaż identyfikacja była utrudniona przez wyjątkowo gruby ubiór nieznajomej. Czy naprawdę było tak zimno? W tym momencie wiele warstw stroju zapewne chroniło nie przed chłodem, a przed wzrokiem i najpewniej rękoma Elae Lata. Bardziej niepokojącym był fakt, że w całą sytuację zostało zamieszane dziecko, które to nie wyglądało na radosne. Zagadkowe wydarzenie, ale Ray nie miał zamiaru stać i mu się przyglądać. Wiedział pewnie o Kavindellu więcej, niż nieznajoma dama, której najpewniej się naprzykrzał i postanowił wkroczyć do akcji. Nie zamierzał od razu oskarżać Elae, ale stać się obserwatorem i swoistym paluszkiem nad głową, który groził, że jak coś przeskrobie to... to nie są już na Dworze i tutaj, między stoiskami festynowymi, są sobie, haha, równi. Równi być nie mogli oczywiście, ale nie ze względu na pochodzenie, a sprawę związaną z Roht - w końcu Raymont był jej wybrańcem.
Podszedł bliżej dwójki, a nawet stanął między nimi w tym prowizorycznym kółeczku, które tworzyło się wokół dziecka. Może i nie działało to na korzyść spokoju samej dziewczynki, ale prawdopodobnie działało na korzyść nieznajomej dziewczyny, która to mogła zostać obiektem zbyt żarliwego zainteresowania Kavindella.
- Cóż to za zamieszanie? - zapytał przyjaźnie i spojrzał na każdego z osobna. W lewej ręce wciąż trzymał drewniany kufel, w którym pozostało najwyżej kilka łyków grzańca. Elae mógł go kojarzyć, ale zapewne tak nie było. W końcu ta zadzierająca nosa rasa, a szczególnie z gałęzi Lata nie dbała o innych, a już szczególnie tych, którzy służyli na ich dworach. - I czemu mała księżniczka jest smutna? - dodał po chwili i kucnął naprzeciw dziewczynki, wpatrując się w nią z łagodnym, drobnym uśmiechem. Alkohol pewnie nie dodawał mu wizerunku osoby godnej zaufania, ale jeszcze nie zdążył nim pachnieć, ani nie był pod jego wpływem. Ot, miał kufel w ręku. Miecz przy pasie też nie wyglądał najbardziej przyjaźnie, ale z pewnością normalniej i przyjaźniej, niż pełna zbroja okraszona płaszczem. Nieważne jak pięknie zdobione byłyby te blachy, to obnoszenie się w nich podczas prostego święta Fegnai było... ekstrawaganckie - ujmując rzecz delikatnie. Ale przecież tacy byli Elae Lata - krzykliwi, aroganccy i zepsuci. Raymont nie znał wyjątków od tej reguły, ale może akurat okaże się inaczej? Szczerze wątpił.


//Misja główna: 2/10. Misja poboczna: 1/3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Taeil
Córka medyka

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Sro Mar 21, 2018 7:20 pm

Na liście klonu, a trzeba było zostać w tym domu, pomyślała, kiedy starała się jakoś dyskretnie zasłonić dziewczynkę przed pierwszym przybyłym jegomościem. Bowiem jakoś niedługo po tym, jak sama zwróciła się do dziewczynki, jakby zza niej wyskoczył (wyrósł? Może wyrósł, bo facet był wysoki jak drzewo) tajemniczy jegomość, który za chwilę, po bliższym przyjrzeniu się, był tajemniczym jegomościem w zbroi. Taeil automatycznie włączył się tryb profesjonalny, ponieważ nie mogła nie uwierzyć, że to nie jest ktoś z Elae, a że ona go (raczej) nie poznawała i pewnie byłby trochę przypał, gdyby dała to po sobie poznać, to zaczęła się nieco dumniej (wyraźniej?) prezentować. Na takiej zasadzie "patrz pan, ja wśród prostego ludu też mam swoją reputację" (czy to była prawda? Pewnie w jakimś stopniu tak). Problem był w tym, że niesamowicie mocno nie podobał się jej sposób, w jaki tajemniczy mężczyzna się odezwał i jak sformułował swoje zdania. Ona coś tam w głowie ma, nie jest może mistrzem intelektualnym, ale tak na chłopski rozum - kto normalny w pierwszym zdaniu, tuż po przywitaniu się i przedstawieniu, ogłasza, że nie jest nikim podejrzanym? Albo nieudolni życiowo, albo nieznający się na świecie, bo takim zdaniem sprawił, że Taeil od razu go wzięła za kogoś podejrzanego. Kavindell? Nic mi to, cholera, nie mówi, ale widać, że jest z Elae. Dawno żadnego zdesperowanego Elae u nas nie było, czy wszyscy mówią tak, jakby chcieli, ale nie mogli? Uśmiechnęła się grzecznie, dygnęła, chyląc głowę, bo szacunek okazać trzeba, bo dobrze ją wychowali. Nim zdążyła odpowiedzieć, wnet zjawił się drugi jegomość.
O cholera, już osiwiał?, przemknęło jej błyskawicznie przez głowę, jak tylko zobaczyła kolejnego gościa, przed którym tez asekuracyjnie pokierowała dziewczynkę za siebie. Ten już wydawał się na mniej podejrzanego, choć trzymany w rękach kufel i miecz przy pasie jakoś nie świadczyły, że był jakimś uprzejmym młodym handlowcem. Taeil w pierwszej chwili spojrzała gdzieś w przestrzeń, pozwalając na chwilę swojej wewnętrznej irytacji i nieporadności wyjść w postaci już zmęczonego wzroku. Dalej się uprzejmie uśmiechała, tak przy okazji napomknę. Trzymała w nieco już zmarzniętej ręce drobną rączkę dziewczynki i odruchowo kciukiem potarła jej drobne wnętrze. W tym momencie zimna cierpkość w gładkiej skórze dziewczynki była dosyć uspokajająca i miała po cichu nadzieję, że dziewczynka nie odbierze tego jako kolejne napastowanie, tym razem ze strony kobiety, która wydawała się (przynajmniej zdaniem samej Taeil) obecnie najbardziej wiarygodną i najmniej niebezpieczną osobą w tym trzyosobowym gronie dorosłych, czteroosobowym gronie ludzi stojących po boku z jakimś ewidentnym problemem.
Kaszlnęła dosyć mocno, po czym udała, że jest to takie nagłe i agresywne odchrząknięcie.
- Drodzy panowie, mała kwiecista księżniczka się zgubiła i szuka brata, który kierował się ku gospodzie - powiedziała w końcu tonem, który był pewien informacji, ale niepewien swojego otoczenia o odbiorców. Spojrzała uważnie po każdym z nich, próbując sobie przypomnieć ich twarze, ale niestety żadnego nie kojarzyła. A może miała z nimi do czynienia, tylko ich kompletnie nie pamiętała? Cholera wie, zaraz potem przeniosła wzrok na białe obłoczki dymu, jakie wydzielała przy każdym słowie i oddechu. Wyglądała na iście zafascynowaną tym fenomenem (łał! Różnica temperatur!), jakby jej świadomość delikatnie wyciekała z tego miejsca i próbowała się gdzieś ulotnić, gdzieś poza tą iście niekomfortową sytuację. Mocniej mrugnęła. - Skoro jaśnie panowie się już tą sprawą zainteresowali, to proponuję się udać do jakiejś najbliższej gospody od tego miejsca. Może braciszek już też tam na nią czeka i macha na nią czy coś... - drugie zdanie wypowiedziała już nieco ciszej, żeby nie brzmieć jak ktoś, kto nie wie co robić (a ona wiedziała, tylko nie wiedziała). Zwróciła się jeszcze do dziewczynki, z jakimś delikatnym trudem się do niej schylając (cztery warstwy ubrań, proszę państwa), dalej trzymając ją za rączkę i patrząc jej prosto w oczy z jakimś nagłym blaskiem nowej chęci do działania. - Trzymaj się blisko mnie, a na pewno go znajdziemy, dobrze? Zobacz, ci panowie też nam pomogą, więc znajdziemy twojego brata w trymiga! - powiedziała dosyć pogodnie, może nawet zbyt pogodnie w tej sytuacji.
Kiedy dziewczynka po chwili wahania jednak skinęła głową i próbowała się uśmiechnąć, Taeil, całkowicie zadowolona z siebie, że chwilę kryzysu pokonała sprawnie i bez uszczerbku na wizerunku, zdrowiu czy reputacji, zaczęła z nią iść przed siebie. Wykonała jednak może z półtora kroku, kiedy obróciła się do obu ich jegomości i z pewną determinacją, z przejrzystym spojrzeniem zwróciła na nich swój wzrok błękitnych oczu. Wyglądała ponownie zupełnie inaczej niż przed chwilą, ale tak samo, sprawiała wrażenie takie, jakby przekroczyła kolejną barierę w swojej wewnętrznej wizji rzeczywistości (czyt. ten zastój sprzed chwili) i na chwilę zgubiła poczucie hierarchii (o zgrozo, kobito, przecież jeden z nich to na pewno jest Elae!). Uśmiechnęła się znowu pogodnie, delikatnie mrużąc oczy.
- To idziemy, panowie? Liczę na owocną współpracę w tej sprawie. - I nie oglądając się nawet za siebie, ruszyła z dziewczynką w tłum. Tylko zrobiło się jej trochę zimno (już?! Cztery warstwy ubrań?!), więc można było po jej nogach zobaczyć, że co jakiś czas nieco bardziej się jej uginają kolana czy się prostuje. O ile jej było wiadomo, jakoś dosłownie zaraz będzie jakaś gospoda, do której potencjalnie mógł udać się ten jej brat. Co do mężczyzn... Liczyła, że może choć jeden podąża za nią, bo z jej ogarnięciem, to jednak dosyć łatwo mogła coś lub, w tym wypadku, kogoś przeoczyć. Inna sprawa, że dziewczynka w całym tym zamieszaniu niezbyt cokolwiek powiedziała, ale liczyła, że przecież chłopak powinien zauważyć, że ubyło mu jednej drobnej osoby, więc pewnie gdzieś wyszedł i ją nawołuje czy coś tam robi innego, czy coś. Chyba że jest tak samo ogarnięty jak Taeil, no to mogą mieć trochę problemów. Bo, szczerze mówiąc, nie była pewna aż tak w swoje umiejętności. Chociaż obawiała się, że jak tamci jednak zaczną za nią iść, to może się zdarzyć coś, nad czym nie będzie miała zbytnio kontroli. Ale hej, jest aktualnie w środku zatłoczonego rynku wypełnionego ludźmi czerwonymi od alkoholu i pewnie niewiele lepiej zachowującymi się. Czujecie ten dreszczyk emocji? Nie? No ona aktualnie też nie, stara się obecnie nieco zlewać tych, co wychodzą do niej z kuflem i zobaczyć, czy jest ktokolwiek, kto wygląda na poszukującego swojej młodszej siostry. Jakkolwiek by on nie wyglądał.

//Misja główna: 2/10; misja ze Stoisk festynowych: 2/3//

_________________
Voice | Theme | Relationships | Work
#9999ff
_______________________
Art credit: Rosuuri
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kavindell
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Sro Mar 21, 2018 10:59 pm

Kavindell coraz bardziej zdawał sobie sprawę jak bardzo jego osoba jest nie na miejscu, gdzie z racji pełnionej funkcji nosił pancerz częściej niż by chciał. No cóż, choć nie usłyszał imienia młodej kobiety, toć uśmiechnął się ku jej manierom i kto wie, gdyby nie tyle warstw ubrań to i inne rzeczy mógłby docenić... Ekhm!
Vërno jednakże stracił szybko obie damy z oczu, gdy stanął pomiędzy nimi jegomość o śnieżnobiałych włosach. Mężczyzna ten był przyobleczony przyjacielską aurą i jego sława zdawały się zupełnie naturalne, ale sam jego widok był nie lada szokiem dla Kavindella.
Wyprostowawszy się, blondyn ukrył zaskoczenie i już chciał odpowiedzieć Raymontowi, ale naturalnie uprzedziła go bladolica Taeil. Jej słowa zawierały nagromadzony przypływ odwagi, wszak pośród niej znikąd pojawiło się dwóch wysokich jegomości. Sam zaś Vërno po pierwszych słowach kiwnął tylko głową przyjmując do wiadomości dwie rzeczy. Szukają raczej starszego brata dziewczynki i to, że Taeil wydawała się dość uroczym stworzeniem, które szybko poczęło gdzieś uciekać myślami przyglądając się uprzednio obojgu.
Vërno kątem oka zerknął na Raya ciekaw jego reakcji, przywodząc na myśl swe wspomnienia widział zgorzkniałego chłopca, a dziś?
-Czyli nie wiemy dokładnie, gdzie Tajemniczy Irysie... Jeśli wolno mi oczywiście tak Cię nazywać...
Skwitował po kolejnych, cichszych już słowach kobiety i zastał w chwilowej zadumie przymykając powieki. Ba, Elae w swej arogancji nie przejął się tym iż kobieta się nie przedstawiła, zwyczajnie dla własnej wygody nadał jej miano.
Vërno uniósł powieki i uśmiechnął się ku dziewczynce, gdy Taeil zapewniała ją o rozpoczętych poszukiwaniach i współpracy obojga Panów.
-Raymondzie bynajmniej nie zapomniałem o białowłosym ludzkim dziecku, które... No tak, było między innymi ofiarą młodych Elae takich jak ja. Teraz jednak nie jesteśmy dziećmi i nawet jeśli nie chcesz, to myślę iż warto porozmawiać przy trunku nie tyle o przeszłości co teraźniejszości.
Zaintonował melodyjnym głosem i to w języku Lorgmai ku białowłosemu i nawet jeśli biegle tym językiem nie władał to musiał go rozumieć.
-Oczywiście Tajemniczy Irysie i księżniczko...
Lekko skinął głową z nonszalanckim uśmiechem i ruszył za dziewczyną, ale czy to wszystko? Vërno bynajmniej nie pragnął być piątym kołem u wozu.
-Chwileczkę, jednak pozwólcie mi zapytać najpierw o ów gospodę, nierozsądnie by było obrać przeciwny kierunek.
To rzekłszy odbił na bok i zapytał przy festiwalowym stoisku nieopodal o najbliższą gospodę i jej opinię, co więcej by nie wyjść na natręta kupił los na loterię. Następnie zdobywszy bardziej lub mniej istotne informacje dogonił pozostałych. Swoją drogą dziewczynce musiała wydawać się ta trupa dość nietypowo, wielowarstwowo ubrana bladolica, wysoki białowłosy szermierz i Elae o długich złotych włosach. Całą trójkę łączył kolor oczu i być może szczypta losu, który kapryśnie bawił się mieszkańcami tej krainy.
-Wygląda na to iż najbliższa temu miejscu jest gospoda o wdzięcznej nazwie "Pod upitym Bałowłem".
Rzekł spokojnie zrównując się krokiem z Taeil i dziewczynką, a by tego dokonać Elae musiał wykorzystać naturalną zwinność swej rasy przemieszczając się w tłumie ludzi.
Co do słów w języku Ela Vërno nie naciskał na Raymonta. Wszak ten z pewnością znał go tylko z najgorszej strony i nie wiedział, że ów "Wróg Kobiet" zmienił się znacznie, choć zła sława została. Zresztą z Rayem było podobnie, nie był już "zabawką" Raelyth słynnej szermierki, a mężczyzną. Zwykły śmieć pośród Elae zmienił się w znamienitego dowódcę, zaś niewolnik został bohaterem. Oba światy Elae i ludzi dzieliła przepaść, a jedyne co łączyło obojga mężczyzn to przeszłość, którą usilnie pragnęli zostawić daleko za sobą.



Misja główna 2/10; misja ze stoisk festynowych 2/3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raymont
Najemne Ostrze

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Sob Mar 24, 2018 5:01 pm

No tak, można było się domyślić, że dziewczynka zgubiła się. Przy tak dużych wydarzeniach było to nawet na swój sposób normalne, a szczególnie w to święto. Niektórych ponosiła radość i zapominali o swych obowiązkach, nawet jeżeli te kroczyły obok w swej drobnej, uroczej postaci. Szkoda tylko, że ta radość najczęściej była jednostronna i skupiona na trunkach. Tak czy inaczej - zguba. Nieznajoma, opatulona ubraniami tak, że swą defensywą mogłaby dorównywać Kavindellowi w pełnej zbroi, widocznie niezbyt ufała obojgu z mężczyzn, ale Raymont nie dziwił się temu. Miecz i kufel to nie jest połączenie, które sugeruje rozsądek, ale zbroja i święto Fegnai, to też nie jest normalna kombinacja. Białowłosy po wysłuchaniu informacji podniósł się na proste nogi i upił łyk grzańca. Dwójka osób to wystarczająca ilość na poszukiwania, więc niekoniecznie chciał brać w nich udział, ale z drugiej strony... nie mógł ot tak zostawić nieznajomej z Kavindellem nawet jeżeli ten aktualnie nie robił niczego złego. Los Raya przypieczętowały słowa dziewczyny, która wzięła go za ochotnika do całego przedsięwzięcia, zatem ten jedynie uprzejmie skinął głową. Ile to może zająć? Najśmielej godzinę. I z taką nadzieją, że nie zmarnuje zbyt wiele czasu na coś, co mogłoby się wydarzyć i bez niego, postanowił pomóc.
Elae słynęli ze swych kwiecistych wypowiedzi, a szczególnie ci z Dworu Lata, ale białowłosy tyle się tego nasłuchał przez swoje życie, że nie robiło to na nim żadnego wrażenia. Nawet przeciwnie - wywoływało śmiech, bo przedstawiciele tej specyficznej rasy brzmieli zwyczajnie dziwacznie, gdy dochodziło do konfrontacji z ludzkim językiem. I tak teraz Raymont jedynie z grzeczności spróbował stłumić swoje parsknięcie śmiechem. Oczywiście mu się udało, gdyż w kontroli własnej ekspresji był całkiem sprawny czy tego chciał, czy nie. Na jego ustach pojawił się jedynie uśmiech, ale czy wyrażał on rozbawienie, czy coś innego... nie wiadomo.
I wtem usłyszał słowa w języku, którego dawno nie słyszał. Na tyle dawno, że miał nadzieję, iż może już go nie rozumie, ale jednak ciężko było zapomnieć ot tak język. Najpierw uczył się go przypadkiem. Słyszał rozmowy Elae, widział o co chodzi i tak powoli wpadały mu słówka, które rozumiał poprzez kontekst. Później, gdy zaczął edukację, to zmuszony został do nauki przynajmniej podstaw, ale gdy stał się "giermkiem", to Raelyth mówiła do niego wyłącznie w Lorgmai, by specjalnie upokarzać go za błędne wykonanie poleceń, których nie rozumiał. Toteż ponownie został zmuszony do nauki, aczkolwiek tym razem na poziomie komunikatywnym. Jego uśmiech znikł, jakby został starty z ust. Kavindell nawiązywał do czasów, które nie sprawiały wiele radości białowłosemu, ale też mówił o nich tak, jakby były warte zapomnienia, wymazania z pamięci. I to delikatnie zirytowało Raya.
- Kavindellu, ja również nie zapomniałem, jak poniżałeś mnie oraz resztę służby. Za te drobne bzdury nie potrafię żywić urazy, ale wiedz, że jestem świadom Twych większych przewinień, o których zapomnieć nie mogę i nie pozwolę sobie, gdyż Twe ofiary o nich nie zapomną nigdy. Każdy z nas nosi brzemię przeszłości i swych decyzji w niej popełnionych. Niech one będą źródłem siły i mądrości na przyszłość i teraźniejszość, o której chętnie z Tobą porozmawiam, gdy tylko odnajdziemy brata małej księżniczki. - odparł spokojnie, jakby miał tą odpowiedź ułożoną w myślach od lat. Jednak przy końcu spojrzał na dziewczynkę i uśmiechnął się przyjaźnie. Cała wypowiedź była w normalnym, wspólnym dla wszystkich języku, a nie Lorgmai. Zrobił to z dwóch przyczyn. Jedną z nich było to, że nie chciał się nim posługiwać, gdyż uznawany był za lepszy i znany jedynie przez tych... lepszych. Drugim powodem było to, że chciał dać od razu ostrzeżenie nieznajomej przed Kavindellem, zwracając uwagę na jego przewinienia.
Mimo wcześniejszej powagi drugi raz nie udało mu się zahamować śmiechu i gdy usłyszał kwiecisty pseudonim dla dziewczyny, to lekko parsknął śmiechem. W tym momencie mógłby już niby się wycofać, bo dziewczyna została poinformowana o naturze opancerzonego Elae, ale jednak mówiła ona tak, jakby brała ich specyficzną ekipę za jednolitą w swych zamierzeniach. Ray nie chciał wymigiwać się, zatem postanowił pomóc w poszukiwaniach już z czystej uprzejmości.
- Naturalnie, Tajemniczy Irysie. - odparł wciąż rozbawiony i z naciskiem na specyficzne miano, jakie otrzymała nieznajoma. Ruszył za nimi spokojnym krokiem, ale szedł nieco z tyłu. Jego krok był wolniejszy, gdyż uważnie rozglądał się po okolicy w poszukiwaniu kogoś, kto wyglądał na poszukiwacza małych księżniczek. Białowłosy był całkiem wysoki, zatem było mu łatwiej, niż takiemu Iryskowi, którego imię pozostawało tajemnicą - tak samo jak liczba warstw ubrań założonych na siebie w ten chłodny, ale przecież nie tak zimny dzień. Czy była to kwestia zahartowania? Raymont nie zamierzał w tym momencie nad tym się rozwodzić, gdyż znał siebie i wiedział, że jakby zaczął uciekać gdzieś myślami, to w szukaniu brata byłby jedynie wątpliwą ozdobą, a nie użytecznym elementem. Kavindell ruszył zapytać o gospodę i jedynie potwierdził tym, że na Filirjonie się nie zna. Zawsze w Święto Fegnai gospoda, o którą chodziło i w której zbierali się świętujący to ta "pod upitym bawołem". I Elae wrócił z taką też informacją, którą grzecznie Ray skwitował skinieniem głowy. Po drodze do karczmy opróżnił swój kufel, który po drodze zostawił na jednym ze stoisk, aby nie wadził mu. Poprawił swój płaszcz, aby ten lekko ukrył jego oręż, który mimo wszystko i tak pozostawał widoczny, a co najwyżej nie rzucał się aż tak w oczy. "Tajemniczy Irys" rzeczywiście był tajemniczy nie tylko z powodu swych niewiadomych, ale z powodu wiadomych również. Jej zachowanie należało do... specyficznych. W jednym momencie była pewna siebie, w drugim jakby zaniepokojona, a w trzecim jakby nie ufała im wcale i obawiała się ich. I wszystko to przeplatało się, tworząc obraz osoby o nieoczywistym charakterze. Inna sprawa, że nie można było jej się dziwić tej całej gamy zachowań, gdyż u jej boku znajdowała się naprawdę specyficzna dwójka mężczyzn, którzy znali się i w dodatku mieli jakieś nieprzyjemne zajścia z przeszłości za sobą. W każdym razie - Ray w tym momencie zajął się sprawą pierwszorzędną, a więc poszukiwaniami. Spokojnie, nieco za resztą szedł, rozglądając się uważnie po okolicy. Może kogoś dostrzeże? Może nie? Kto wie.

//Misja poboczna 2/3. Reszta bez zmian.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Taeil
Córka medyka

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Nie Mar 25, 2018 2:36 pm

Nie zareagowała zbytnio na dziwną i dosyć dla niej zawiłą wymianę zdań między swoimi nowymi towarzyszami niedoli, ale zbyt mocnym byłoby stwierdzenie, że to wszystko zignorowała. Wręcz przeciwnie, było ewidentnie po niej widać dwie rzeczy - że język Elae napawa ją lękiem, a nagły atak (?) werbalny białowłosego wprowadził ją w lekką dezorientację. Ponieważ wyglądało na to, że jednak ten opancerzony mężczyzna był tak podejrzany za jakiego go brała, automatycznie chciała się z tej sytuacji jakoś wycofać, jakoś ich zostawić samym sobie, żeby jakby przypadkiem skoczyli sobie do gardeł, to nie być świadkiem, tylko już potem składać ich do kupy (bo zgadywała, że tak pewnie będzie). Zamiast tego obrzuciła ich oboje dość mało rozumnym spojrzeniem, po czym, tak jak zamierzała zrobić, weszła w tłum. Czuła jednak jak stres powoli wchodzi jej w uszy, w to nieprzyjemne uciskanie w okolicach skroni, więc całą swoją energię starała się przekierować na poszukiwania, choć nie mogła nie przyznać, że obecność dwóch zdecydowanie wyższych mężczyzn sprawiała, że czuła się drobniejsza niż zwykle. Ale przynajmniej będą w stanie kogoś wypatrzeć, co nie? Ścisnęła mimowolnie nieco mocniej dłoń dziewczynki, kiedy mijała z nią kolejnych upitych lub mocniej podpitych mężczyzn. Jeszcze niesamowicie mocno zaczęła jej przeszkadzać ilość alkoholu, jaka się tu przelewała, ale też pomyślała sobie, że jak już znajdą tego chłopca, to wypadałoby, żeby może się z tymi ludźmi (tj. człowiekiem i Elae) napiła. Bo tak w sumie de facto ich do tego może nie zmusiła, ale postawiła w sytuacji, gdzie większość przez grzeczność by się zgodziła szukać chłopca.
Nie lubiła języka Elae. Jak miała gorszy dzień lub dzień poprzedzony swoimi cholernymi koszmarami, to jej umysł automatycznie na sam dźwięk tego płynniejszego i dźwięczniejszego języka wywalał ją do krainy obrazów, mar i sennych widzeń. Zwykle nazywała ich język dzwonieniem, że Elae dzwonią. Nie mówią, ale dzwonią i jakoś się jej już to utarło. Oczywiście nie ma stałego z nimi kontaktu, no bo który dumny Elar schodziłby do Targowiska, żeby leczyć się u jakiegoś miejskiego medyka? Czasem jednak jakiś wypadek się zdarzał, kiedy jej ojciec z matką, sam ojciec, potem sama matka lecieli na nagłe wezwanie, ponieważ ich zakład był najbliższej miejsca wypadku czy rannego. W takich wypadkach rangi mają małe znaczenie, bo trzeba w końcu komuś zszyć bebechy, nie? Co nie znaczyło jednak, że była uprzedzona do samych Elae. Okazywała im szacunek, bo to było od niej wymagane. Nie miała zamiaru ani się wkupywać w ich łaski, ani jakoś za specjalnie stawać im na bakier, no bo co by jej to dało? Ma po prostu wykonywać swoją pracę. Tak też więc i czyniła, a teraz jeszcze robiła po prostu przysługę z dobrego serca. Więc swoich towarzyszy jakoś wytrzymać musiała.
"Tajemniczy Irysie"? Może jeszcze "Trzęsąca się Osiko"? Byłoby równie efektownie, pomyślała sobie, nieco zdziwiona swoim tymczasowym imieniem, ale jednocześnie jakby trochę zawstydzona tym, że faktycznie nie przedstawiła się porządnie, jak powinna była. Niestety mówi się trudno, więc zrobi to najwyżej już po wykonanym zadaniu. Naciągnęła bardziej na siebie swoją najbardziej wierzchnią warstwę ubrań jakby bardziej na siebie jako znak lekkiego zażenowania i zawstydzenia się.
"Pod upitym Bawołem"? A to w sumie zaraz powinno być. O ile nie pochrzaniły mi się kierunki od tego zamieszania, to w sumie zaraz będziemy na miejscu. Sądząc po ilości ludzi na zewnątrz, wewnątrz pewnie lepiej nie będzie. Ale powinien być jakoś stosunkowo blisko, skoro jego siostra wie, że miał iść do gospody. A przynajmniej mam taką nadzieję, pomyślała, po czym spojrzała na dziewczynkę, która już dawno przestała płakać, ale była ewidentnie zmęczona. Normalnie pewnie pomyślałaby o tym, żeby któryś z obecnych z nią panów ją poniósł, ale... Ale lepiej może nie. Wewnętrznie trochę spanikowała, ponieważ kolejno mijała pijących, ale nikt nie wyglądał na szczególnie poszukującego czegoś lub kogoś. Odwróciła się więc w stronę idących za nią mężczyzn i znieruchomiała na chwilę. Miała się ich spytać, czy cokolwiek widzą, ale przecież gdyby widzieli, to by pewnie ją zawołali, prawda? Tak więc na chwilę stała i nic nie robiła. Wiedziała, że są już praktycznie pod gospodą, więc kiedy odwróciła się... stanęła twarzą w twarz z jakimś wcale nie tak starym chłystkiem, pewnie niewiele od niej starszym. Chwilę tak patrzyli po sobie w milczeniu, bo on ewidentnie chciał coś jej powiedzieć, a Taeil niezbyt wiedziała, co teraz powinna była zrobić. Wszystko ruszyło się w momencie, kiedy usłyszała z dołu radosne "BRACISZEK!" i ręka dziewczynki wyślizgnęła się z jej. Wtedy rzeczywistość do niej wróciła, a ona wydała z siebie cichutkie i jakby nie do końca jednak zaskoczone:
- Och.
Odwróciła się, szukając wzrokiem podążających za nią mężczyzn (a przynajmniej miała taką nadzieję) i żywo im pomachała. Po czym odwróciła się grzecznie do brata dziewczynki.
- Cieszę się, że w końcu pana spotykam. Nazywam się Taeil, pracuję w okolicznym zakładzie medycznym i kiedy lawirowałam między stoiskami, to zobaczyłam pańską siostrę. Z pomocą... pewnych dwóch panów zrobiliśmy pół rundki przez stoiska, więc mała była bardzo dzielna - powiedziała radośnie z formalnym tonie, po czym spojrzała na dziewczynkę. Liczyła, że panowie za nią niczego nadprogramowego nie palną, żeby nie zakłopotać chłopaka, bo jak tylko zobaczą, że za nią szedł uzbrojony Elae... To w sumie nie wie, jak mógłby zareagować, ale pewnie troszkę by się zaczął cykać. - Proszę tylko bardziej uważać na siostrę, dobrze? Życzę udanych obchodów święta - powiedziała, jakby trochę pośpiesznie, dając mu sygnał do tego, że może już się odmeldować i nawet będzie lepiej, jak to zrobi. Ona zaś sama czekała na resztę swojej tymczasowej kampanii tylko po to, żeby im podziękować, no i jednak może postawić po grzańcu. Jej nogi zaczęły się trząść nieco bardziej niż powinny, ale w gospodzie było na pewno zbyt tłoczno, żeby się tam jeszcze pchać, więc... Wypadałoby chociaż sobie postawić grzańca, czyli z przymusu wejść w kontakt z alkoholem. Po cichu też liczyła, że potem się rozejdą albo wejdą w jakąś krótką nieobowiązującą konwersację, by potem rozejść się w swoje strony. Tak, to był plan idealny, a miała wrażenie, że nawet jedna ze stron by ją nawet w tym poparła, ale jak to wyjdzie? Cholera wie. I to jest w sumie najgorsza niewiadoma w tej sytuacji..., pomyślała sobie, po czym westchnęła. Podrapała się w tył głowy, znowu zaczynało ją to wszystko już porządnie uwierać, więc im szybciej w domku, tym lepiej. Tylko podokańczać interesy i sprawy formalne trzeba. Właśnie tak.

//Misja główna: 3/10; misja ze Stoisk festynowych: 3/3 (zrobione, I guess?)//

_________________
Voice | Theme | Relationships | Work
#9999ff
_______________________
Art credit: Rosuuri
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kavindell
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Nie Mar 25, 2018 7:03 pm

Vërno był dobrą istotą prawda, prawda? Wszak zdziwił się zażaleniom dzielnego Raymonta, gdyż jako dziecko przynajmniej nasz blond włosy Kavindell był grzeczny, tak... Naprawdę miał ochotę powiedzieć Rayowi, że zabronił swym przyjaciołom atakować słabego białowłosego chłopca, a jednak... Coś to zmieni? No właśnie, gdyż te większe przewinienia były już doprawdy trafne, Kavindell nie omieszkał przyprzeć do ściany najpiękniejszej ze służek rodu w którym służył chłopak... Ekhm! Pewnie i na córce Ilvythiela położył by łapska gdyby zwyczajnie się jej nie bał. Na samą myśl o młodej szermierce przeszedł blondyna zimny dreszcz.
Na sam koniec Kavindell chciał rzucić coś w stylu iż nie wszyscy Elae są tacy źli jak ród w którym służył i że sam jest najlepszym przykładem braku tolerancji wobec ras. I może jeszcze, że Elae i ludzie się zmieniają? Nieee, blondyn sam nie wierzył by Ray był na tyle głupi by o tym nie wiedzieć, ludzie kierowali się emocjami tym bardziej po jednym głębszym. Czyż na sam koniec nie rzekł iż skory jest do rozmowy? Oczywiście Kav nie wykluczał iż Ray pragnie swego rodzaju zemsty, ale nie byłby pierwszy i bardziej liczył na ciekawość mężczyzny.
Vërno mógł tą jego wypowiedź potraktować tylko skinieniem głowy i uśmiechem, który zdawał się zarazem nim nie być. Jedno było pewne Taeil nie miała co się martwić Vërno wszak nie miał wrogów i nie zamierzał się dziś z nikim potykać.
Tak więc, podróż do gospody minęła doprawdy szybko, gdzie mężczyzna wypatrywał brata małej dziewczynki i musiał przyznać iż to doprawdy było to meczące zajęcie. Ale miało jedną zaletę, otóż Kavindell śmiało przyglądał się płci pięknej podczas festynu, a gdy któraś zauważyła iż zbytnio się wpatruje to zagajał do niej pytając o brata dziewczynki. Uśmiech Elae i jego zacna misja z pewnością wywoływały dobre wrażenie mimo zbrojnego wizerunku, który tłumaczył iż wymknął się z patrolu Elae by zobaczyć święto. I nawet jeśli Ray zgrzytał na ten widok zębami, czy też biegał ostrzegać niewinne podpite białogłowy to Kavindell mógł skwitować to tylko śmiechem. Był festyn, a on się baw... Znaczy, ciężko pracuje by odnaleźć brata dziewczynki. Niestety, albo raczej w końcu dotarli pod gospodę, gdzie ów chłopak spostrzegł siostrę i podchodząc do rodzeństwa Vërno tylko dodał z ciepłym uśmiechem.
-Uważaj na przyszłość, sam mam równie wspaniałą siostrę o którą muszę się często martwić, ale która przynosi mi zarazem największą dumę.
Rzekł melodyjnym głosem choć w istocie nie miał żadnej siostry,ale gdyby miał to z pewnością tak by było! Kavindel spoważniał i zwrócił się do pozostałej dwójki.
-Moi drodzy skoro jesteśmy już przed gospodą to może wstąpimy? Tak się składa iż z mojego żołdu jestem w stanie postawić wam i trunek i ciepły posiłek. Możecie mi wierzyć, bądź nie, ale my Elae Lata pragniemy dobrych stosunków z mieszkańcami Filirjonu i nie ukrywam, że liczę iż pomożecie mi w ramach naszej wspólnej misji w poleceniu trunku i jedzenia.
Oczywiście Kavindell nie miał nic przeciwko piciu przy stoisku, ale czy to wygodne? W gospodzie tych co mieli już dość wynoszono, a na ulicy takich wymijano. Poza tym do alkoholu nie dobrze było skomponować przekąskę, prawda? Nasz blondyn był zresztą ciekaw tutejszej gospody, Elae jedli w końcu w ciszy, bądź w akompaniamencie muzyki, a nie okrzyków i ogólnego hałasu. Liczył także, że poprawi relacje z Raymontem i złoży mu ciekawą propozycję, ależ czy to nie zależało tylko od niego? Ostatecznie Vërno domyślał się, że może się to skończyć próbą usilnego rozgłaszania złej reputacji blondyna, ale cóż ten rozdział zostawmy samemu Rayowi prawda?
-Oczywiście żywię nadzieję Tajemniczy Irysie iż ocenisz mnie sama, nie na podstawie tego co mówią inni. I że zasłużę sobie na szansę zasłyszenia Twego imienia, nawet jeśli nie będzie to dziś.
Rzucił jeszcze uśmiechając się do wielowarstwowej kobiety, nie umknęło mu to, że od czasu wypowiedzi Raya poczęła bardziej mu nie ufać. Było to smutną rzeczą, jednakże dobrze blondynowi znaną i choć się uśmiechał to jego oczy zdawały się wyrażać inne uczucia.
-Pójdę przodem, poszukać miejsca...
Rzekł odrywając wzrok od tej dwójki i udał się do gospody.

Misja główna 3/10; misja ze stoisk festynowych 3/3.
z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raymont
Najemne Ostrze

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Czw Mar 29, 2018 1:17 pm

Walka? Na festiwalu? Między stoiskami, które obserwowane są przez strażników? Jeden kufel to był zdecydowanie za mało, aby wprowadzić białowłosego w nastrój takiej głupoty, by żywić chęć do potyczki z Kavindellem. Nie wszystko musiało kończyć się na rękoczynach. On zwyczajnie dał znak i ostrzeżenie, ale nie miał zamiaru prowokować konfliktu. Nie czuł też chęci zemsty wobec Elae Lata, bo krzywda jaką zaznał nie była zbyt wielka i głównie spowodowana samym charakterem Raya. Wciąż jego rodzina mieszkała na Dworze Lata, wciąż faktem było, iż otrzymał edukację i trening na poziomie, o którym inni mogą pomarzyć, miał dostęp do szerokiej wiedzy i informacji. Ogólnie niczego mu nie brakowało, a bycie zabawką... cóż, wtedy był nieporadny, targany emocjami, złością, młodzieńczym buntem, ale teraz już z tego wyrósł. Zrozumiał, że zwyczajnie dawał sobą manipulować, było to tak jego winą, jak Elae Lata, zatem w tej kwestii nie mógł czuć nic więcej, niż niechęć. Nie zamierzał jednak uspokajać widocznie poddenerwowanej dziewczyny, bo dodatkowa ostrożność jej nie zaszkodzi, a po za tym... był to całkiem osobliwy widok. Mało spotykało się ludzi, którzy tak żywo reagowali na bodźce. Albo tak żywo i widocznie.
Kavindell oczywiście nie przepuścił okazji, aby porozmawiać z niemalże każdą przedstawicielką płci pięknej, gdy jej uroda rzeczywiście mogła wskazywać na piękno. Raymont nie uważał Markiza za głupca, aby próbować czegoś więcej w tym momencie, w którym oczywiste było, że spoczywa na nim wzrok Najemnego Ostrza, zatem nie poświęcał mu więcej uwagi, niż krótkie spojrzenie. Sam starał się wypatrzeć brata małej dziewczynki, jednak nie miał w tym szczęścia. Za to ich towarzyszka, która słabo znosiła chłody miała go więcej, gdyż nagle pojawił się "właściciel" swojej "zguby". Nie musiała nawet machać, chociaż i tak jej nie powstrzymał od tego. Lepiej byłoby, gdyby nie wołała do siebie dwójki uzbrojonych mężczyzn, ale skoro to zrobiła... to Ray spokojnie, powoli podszedł i zamierzał milczeć, mając łagodny wyraz twarzy. Jedna brew uniosła się, gdy odezwał się Kavindell. Wewnętrznie białowłosy ciężko westchnął. Tak, jakby to nie ciało, a dusza czy umysł były zmęczone Elae Lata, który nie omieszkał wtrącić swoje kilka słów. Jeszcze żeby były one normalne lub chociaż prawdziwe... ale Raymont nie potrafił sobie w pełni przypomnieć czy Markiz rzeczywiście posiada siostrę, chociaż wątpił w to - zapamiętałby ją chociaż z wyglądu lub słyszałby o niej. A tutaj nic, cisza, głucho. Czy Kavindell kłamał? Wziął to pod uwagę, lecz nie był pewien. Miał zamiar zapytać w przyszłości. Zamiast odzywania się, pomachał chwilę dziewczynce na pożegnanie. W głowie zanotował sobie informację o, jak się okazało, Taeil. Znał jej imię, a przynajmniej tak mu się wydawało, no i zajęcie, a nawet przybliżone miejsce pracy. Jeżeli była medykiem, to mógł mieć propozycję dla niej, ale wolał nie mówić o tym przy samym Kavindellu, gdyż dotyczyła ona w końcu Elae Zimy, a nie Lata. Jeszcze zostałby uznany za szpiega tak, jak to już mu zarzucono.
Blondwłosy natychmiast wyszedł z propozycją, która niby była całkiem kusząca, ale jednak nie. Chciał z nim porozmawiać, bo ciekawym wydawał mu się dialog z kimś, z kim wcześniej nie tylko z powodu miejsca przebywania, ale także charakteru nie był w stanie. Miał do niego trochę pytań, ale karczma w tym momencie była przeludniona i jeżeli rzeczywiście znalazło się tam miejsce, to prawdopodobnie był taki gwar i ścisk, że i tak nie dałoby się rozmawiać. Nim zdążył jednak powiedzieć coś więcej, to Kavindell ruszył w stronę gospody i znikł gdzieś między ludźmi. Tym razem białowłosy westchnął już normalnie. Dołączę do niego później. Teraz nie miał ochoty podążać za nim, by w tym mało komfortowym miejscu spędzać festiwal. Nie było przecież tak zimno, a alkohol był i tutaj, zatem po co miałby wchodzić do środka? Liczył na to, że Markiz przekona się, iż nie ma czego szukać wewnątrz i wyjdzie po chwili. Nie znał Filirjonu, ale Ray już przeżył tutaj kilka lat i zdążył nauczyć się pewnych zależności. Festiwal? Nie ma po co iść do karczmy, bo i tak jest tam tłok i huk.
- No i poszedł... - mruknął półgłosem do dziewczyny, by po chwili przenieść wzrok z pleców nieznajomych, na nią. - Za chwilę pewnie wróci. Niedługo zrozumie, że był to zły pomysł. - dodał i odchrząknął, jakby chciał doprowadzić się do porządku, a także zwrócić na siebie uwagę Taeil.
- Wybacz mi, że się nie przedstawiłem. - zaczął, a jego ręka płynnym, wyuczonym i wyćwiczonym ruchem skierowała się na serce, zaś druga za plecy, by po chwili lekko ukłonić się. Z gracją, która była wymagana na Dworze. - Raymont Nightlie, Najemne Ostrze. Miło mi Ciebie poznać, Panno Taeil. - ostatnie słowa wypowiedział już wyprostowany, z lekkim uśmiechem na ustach. Już chciał z przyzwyczajenia położyć lewą rękę na rękojeści Pióra, ale opamiętał się i płynnie pomknęła ona, by zawiesić się na kieszeni spodni. Wolał nie wskazywać na swoją broń, bo to nie pomagało w kontaktach międzyludzkich, a najwyżej w rozwiązywaniu ich.
- Nie chcę być natrętny, jak to w zwyczaju ma nasz znajomy od osobliwych pseudonimów, zatem zapytam - czy mogę prosić o chwilę Twego czasu, Panno Taeil? - nie przechodził na samo imię, gdyż mimo różnicy wieku wolał zachować się kulturalnie i traktować każdą kobietę jak damę nawet wtedy, gdy była prostą mieszkanką Filirjonu. Zapytanie było poważne na co wskazywał wzrok i mina, ale Ray nie do końca chciał zabrzmieć tak sztywno. - Chodzi mi tylko o przyjemną rozmowę i może wspólny grzaniec, jeżeli Panna oczywiście jest chętna. Chociaż... te warstwy ubrań mówią same za siebie. - dodał, aby chociaż trochę rozluźnić sytuację i lekko się roześmiał. Nie chciał na nią naciskać, ani wymagać czegoś od niej. Równie dobrze mogła już mieć dość ich specyficznego towarzystwa i miał zamiar to uszanować. No i ta pewna formalność miała zostać zachowana tak długo, aż ich relacje staną się nieco głębsze niż "razem szukaliśmy brata zagubionej dziewczynki, a po za tym to nic o sobie nie wiemy".

//No to misja poboczna zakończona. 3/3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Taeil
Córka medyka

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Czw Mar 29, 2018 8:08 pm

- W środku jest raczej sporo ludzi, więc nie wiem, czy to najrozsądniejszy pomysł - zdążyła mruknąć, patrząc i machając jeszcze na małą dziewczynkę, która, już zadowolona, ściskała brata za rękę tak, jakby nie chciała już za żadne skarby dopuścić do tego, żeby coś lub ktoś ich rozdzieliło. W sumie rozsądna decyzja, w tak ogromnym tłumie łatwo się zgubić, czego doświadczyła już ta parka na swojej skórze. Miała tylko nadzieję, że zaraz znowu jej nie spotkają płaczącej lub jej brata spanikowanego. Potem odwróciła się do wysokiego Elae z pewną dozą niepewności, choć sama przed chwilą miała taki pomysł, żeby jednak tam wkroczyć i jakimś cudem skrawek miejsca znaleźć. Co jak co, ale czuła delikatną ulgę, że ktoś jednak wyręczył ją z tego pomysłu i mogła sama przed sobą jeszcze bardziej przyznać, że ten pomysł jest iście idiotyczny, skoro przeprawa przez stoiska była dla niej męcząca i zdecydowanie przepełniona ludźmi. - Zresztą czuję, że to powinien być mój obowiązek szanownym panom chociaż po trunku zafundować - dodała nieco zakłopotana, bo to brzmiało niesamowicie... niemrawo? Fragment o Elae Lata i jakimś sojuszu miedzyrasowym specjalnie pominęła, ponieważ... ponieważ co miała w takiej sytuacji powiedzieć? Lepiej i wypadało jej milczeć, a przynajmniej tak uznała, że będzie wskazane. - Ach, nie zdążyłam się po prostu panu... - zaczęła, jeszcze bardziej zakłopotana i czerwona na twarzy, kiedy mężczyzna nagle się od nich oddalił i jednak mimo wszystko poszedł szukać miejsca w gospodzie. - ...przedstawić. - Westchnęła cicho. - Tak. Do zobaczenia, jaśnie panie - dopowiedziała sama sobie bez najmniejszego cienia ironii, a raczej samokrytyki.
Kiedy Kwiaciarz już sobie poszedł czy też może przypadkowo go zostawiła samemu sobie, zauważyła, że drugi mężczyzna jeszcze jej nie opuścił. Zaraz potem usłyszała jego głos i stwierdzenie, na które w odpowiedzi tylko skinęła niepewnie głową.
- Mhm... - mruknęła potakująco jakby bardziej do siebie niż do niego.
Kiedy zwrócił się już bezpośrednio do niej, automatycznie podniosła nieco głowę i uniosła brodę, jakby akcentując nagłe przyjęcie formalnego tonu. Chwilę na niego patrzyła takim jakby zamglonym wzrokiem - jakby taka nagła zmiana tonu nie dość, że automatycznie podniosła jej poziom zestresowania, to jeszcze nieco zaskoczyła i jej świadomość potrzebowała chwili na przetworzenie tych wszystkich informacji, w wyniku czego cały jej mechanizm zrobił sobie parosekundową przerwę. Nie był przecież Elae, ale maniery miał ich godne. A przynajmniej takie miała o nich wyobrażenie. Mimo tego, że ten mężczyzna zachowywał się mniej podejrzanie od tamtego, poprzedniego, nie mogła powiedzieć, że temu akurat by zaufała. Zwłaszcza kiedy w grę wchodzą formalności. Co jak co, ale zawsze wtedy miała się na baczności, bo nigdy nie mogła przewidzieć, co zaraz padnie. Czy to będzie miało dla niej efekt pozytywny czy negatywny, czy będzie musiała szukać natychmiast jakiejś wymówki, czy wystarczy się będzie uśmiechnąć ładnie i dygnąć godnie, jak to przecież jej wypada. Nie mogła ukryć, że nagłe przejście na ton formalny oprócz chwilowego przygaszenia, to spowodowało u niej chęć zaśmiania się. Szybko więc zasłoniła usta ręką, po czym sama się ukłoniła. Na dźwięk własnego przezwiska trochę zamarła, po czym uświadomiła sobie, że przecież przed chwilą je przy nich wypowiedziała. I przy okazji wspomniała o swojej profesji. A więc jednak czasem ktoś słucha, co tam w krzakach mamroczą.
Nim zdążyła odpowiedzieć, chłopak dokończył swoją wypowiedź, a ona już także się roześmiała, teraz już tylko delikatnie zasłaniając usta.
- Taeil. Igła na zlecenie. Miło także miło pana poznać - przedstawiła się ponownie i przywitała pogodnie, jakby nawet zbyt pogodnie. - Proszę się nie kłopotać z formalnościami, do mnie nie trzeba tak od razu z pannami wychodzić. Mogę się zrobić podejrzliwa, skoro jeszcze zamierza pan mnie zaprosić i, że tak to ujmę, "zabrać trochę mojego czasu" - powiedziała całkowicie szczerze. Naturalnym dla niej byłoby teraz ugryźć się w język, ale także naturalnym dla niej byłoby na głos wyrażać swoje myśli - jakby podążając za tym, jak ci dwaj panowie rozpoczęli swoje spotkanie. Poza tym, dawno nie miała do czynienia ze zwracaniem się do niej w taki sposób. Zwykle rzucano jakoś "prze pani" i na tym grzeczności się kończyły do niej, choć ona zawsze formalnościami odpowiadała, bo tak została nauczona. Plus uważa, że to jednak okazywanie szacunku formalnego, do istoty drugiej jako istoty drugiej, jako klienta, który chce czegoś od niej kupić. - Z całym szacunkiem, ale ilość warstw moich ubrań o niczym nie świadczy, chociaż, nie powiem, coś ciepłego bym spożyła - skwitowała może trochę nieco śmielej, ale jak już chciał ją ująć pod pretekstem, że jest jej zimno... Dzień się robił coraz bardziej feralny, naprawdę.
Zaraz potem jednak spojrzała na niego poważniej, jakby dając mu znak, że nawet jeśli czuje się swobodniej niż w towarzystwie tamtego mężczyzny, a już na pewno swobodniej od bycia w sytuacji z nimi dwoma, to jednak nie do końca chciałaby przejść na bardziej... pozytywne stosunki. Zwłaszcza, że ten Ray czegoś od niej chciał. Było jej faktycznie już trochę zimno, ale w tej chwili nie miało to zbytnio większego znaczenia.
- Że tak pozwolę sobie zapytać - czy ma pan do mnie interes we własnej sprawie, czy też może świadczy pan właśnie usługi najemne? Jeśli pytanie nie na miejscu, to proszę mi wybaczyć, po prostu chciałabym mieć jak najklarowniejszy obraz sytuacji zanim doszłoby do spożycia alkoholu. - W tym miejscu się delikatnie skrzywiła, ponieważ lekarskie usposobienia. Odezwała się chyba jeszcze zbyt ostro niż zamierzała, ponieważ niekoniecznie chciała być brana jako całkowita formalistka. Owszem, była formalna, ale nie przesadzajmy. Uśmiechnęła się zaraz łagodnie i delikatnie przechyliła głowę w jedną stronę. - Chyba że całkowicie wyprzedzam pańskie zamiary i wszystkie szczegóły zaraz usłyszę. Lub też jestem w błędzie i pan stwierdził, że towarzystwo medyka do pijaństwa jest sytuacją idealną, żeby w końcu się zrelaksować - powiedziała, po czym sama się roześmiała. Cały czas patrzyła na niego w ten swój nieokreślony sposób - przytomnie nieprzytomny, przenikliwie nieprzenikliwy. - Słucham więc, w czym mogę służyć, proszę pana?
Zastanawiała się przez chwilę, czy sobie w ten sposób przypadkiem nie odstraszy potencjalnego klienta. Może ktoś to uznać za dziwne, że Taeil podchodzi do niego akurat od strony formalnej transakcji, ale będąc w terenie i to jeszcze po przeżyciu tak dziwnej i niby tak normalnej, ale jednak niecodziennej sytuacji, to człek nieco inaczej myśli. A że tamten inaczej próbował podejść do niej, to chyba naturalnym jest, że Taeil będzie w tym momencie miała włączony tryb podwyższonej ostrożności, czyż nie? Zresztą halo, rozmawia z najemnikiem - czy to nie naturalne myśleć, że jeśli najemnik spotyka medyka i chce o czymś porozmawiać, to znaczy, że aktualnie jakieś zlecenie ma? Ale równie dobrze to może być lekko paranoiczna natura tej dziewczyny, która aktualnie może być spowodowana nieco podwyższonym poziomem stresu. Ale bez paniki, bez paniki, to wszystko jest normalne, wszystko pod kontrolą.
Czekała na słowa chłopaka w końcu.

_________________
Voice | Theme | Relationships | Work
#9999ff
_______________________
Art credit: Rosuuri
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Serahel
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Pią Mar 30, 2018 11:26 pm

Festyn był doskonałą okazją na wyjście do miasta i pokazanie się innym ludziom. Okazją do zabawy, wspólnego picia oraz wymienienia się plotkami. Szansą na zabłyśniecie nowym żartem i poklepanie sąsiada po ramieniu. W takim dniu nawet najwięksi wrogowie odkładali na bok spory i posyłali sobie sztuczne aż do bólu uśmiechy.
Festyn stanowił także okazję do zaprezentowania się z jak najlepszej strony. Pomimo iż wiosna jeszcze nie zdążyła na dobre zagościć w Filirjonie, w powietrzu nadal wyczuwało się zimowy chłód, sporo mieszczan zrezygnowało z grubych tkanin na rzecz lżejszych ubrań o weselszych kolorach i ładniejszych zdobieniach. Jakiś zamożniejszy obywatel wydał parę monet więcej na kocioł gorącego gulaszu. Każdy nieszczęśnik, któremu gorzej wiodło się w życiu mógł dzisiaj liczyć na darmową miskę gulaszu od gburowatego kucharza siedzącego przy kotle. Żebraków biedaków niezainteresowanych posiłkiem przepędzono do slumsów. Widok nędzy tyko psuł świąteczny nastrój mieszkańcom.  
Markiz lubił odwiedzać miasto. Ostatnio nie miał po temu wielu okazji, ale gdy już nadarzyła się taka okazja, nie zawahał się z niej skorzystać. Filirjon wiązało się ze sentymentalnymi wspomnieniami. W tychże wspomnieniach Markiz był nieco młodszy i dużo bardziej niewinny.
Korzystał więc z okazji i przechadzał się miarowym krokiem między festynowymi stoiskami, chociaż zapisane w jego genach poczucie estetyki i piękna wzdragało się przed bardziej tandetnymi drobiazgami oferowanymi na sprzedaż. Ma się rozumieć, niczego nie dał po sobie poznać. W takim radosnym dniu byłoby to bardzo nieuprzejme. Był po prostu spokojny i skupiony. Starał się nie dawać ludziom dodatkowego powodu do nieufności. Ludzie i tak nieufnie podchodzili do Elae. Zupełnie jak do egzotycznych stworzeń po których można spodziewać się nie wiadomo czego. Całkiem słusznie. Nigdy nie wiadomo czego można spodziewać się po Elae.
Serahel zatrzymał się nieopodal stoiska z ciastkami. Sprzedawca, tak jak należałoby tego oczekiwać, wstrzymał się z zachwalaniem towaru. Jeśli Elae zechce łaskawie kupić ciastko, sam zapyta o cenę     zdawało się mówić jego spojrzenie.
Serahel akurat nie planował kupować żadnych ciastek, więc wstrzemięźliwość sprzedawcy była mu na rękę. Natarczywi handlarze potrafili być irytujący. Potrząsnął lekko głową w odpowiedzi na pytające spojrzenie człowieka. Miał już ruszać dalej kiedy spostrzegł kto właśnie zmierzał w jego kierunku. Wzorem sprzedawcy ciastek wstrzymał się z jakąkolwiek reakcją. Stał w miejscu i obserwował. Poszedł dopiero gdy Selphin i jej kompan znaleźli się bliżej stoiska.
- Przyjmij proszę życzenia z okazji święta Fegnai, Selphin. Niech szczęście i radość sprzyja ci aż do następnego roku - powiedział miękko i pochylił się (był wyższy, oczywiście, że był od niej wyższy), żeby złożyć pocałunek na policzku małżonki. Żadnych wianków. Wianki wydawały się tu kolejnym pustym gestem. Życzenia i pocałunek w zupełności wystarczały.
- Tobie - przeniósł wzrok na nieznajomego Elae - Także życzę wielu powodów do szczęścia i radości. Panie.
Nie wyglądał na zaskoczonego nieoczekiwanym spotkaniem i samym faktem, że Selphin spacerowała sobie w towarzystwie tajemniczego mężczyzny. Albo nie poruszyło go to w jakiś szczególny sposób. W każdym razie, zachował swoją chłodną uprzejmość.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Selphin
Baronessa

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Sob Mar 31, 2018 2:06 am

Festyn okazał się przynieść Selphin raczej więcej powodów do rozważań aniżeli odpoczynek od nich. Oczywiście, problemy  ze zdecydowanie zbyt dobrze poinformowaną hybrydą, która dziwnym trafem orientowała się w zawiłych konwenansach dworskiej etykiety niemal tak dobrze jak Elae, nie wystarczyły. Musiał do tego dołączyć się Inkwizytor, który dziwnym trafem wiedział o rodzie Myrios zdecydowanie więcej niż powinien. Selphin dziwiło tylko, że tak jawnie podzielił się tymi informacjami – nawet jeśli samo jej miano nie było niczym, co mogłoby jej w jakikolwiek sposób zagrozić, najprawdopodobniej miała potraktować to jako swego rodzaju ostrzeżenie. Z pewnością jednak nie od tego człowieka, a przynajmniej nie personalnie. Skoro zwrócił się w ten sposób bezpośrednio do niej, musiało to dotyczyć jej rodu, a w najbardziej ogólnym wypadku, Dworu Zimy. Zbyt mocno podkreślił jej nazwisko. Musiał zatem mieć na myśli albo fakt sprawowania władzy na Dworze Zimy przez jej ród, albo coś bardziej osobistego rodzaju.
Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, Selphin pewnie postawiłaby hipotezę, iż ktoś z przeciwnych jej rodzinie przedstawicieli Elae zaczął do swoich knowań wykorzystywać Inkwizycję, co mogło mieć pewien sens, biorąc pod uwagę, że w Kronikach znaleźć można było perełki takie jak spis Aspektów.  Zazwyczaj jednak ludzie pragnęli zapłaty, a Gaspard nie był z tych, którzy potrzebowali pieniędzy. W takim wypadku interes musiał być zaiste intrygujący i choć Elae nie miała wątpliwości, kto wyszedł na nim stratnie, musiała pozostać uważna. Zarówno Selphin, jak  i Lotos.
Stragany wydawały się być miejscem nieco mniej zatłoczonym niż Plac Inyangi. Oraz wolnym od napuszonych Inkwizytorów, którym wydaje się, że mają jakąkolwiek wartość. Ci tutaj znali swoje miejsce, dlatego też, wbrew logice, jak mogłoby się wydawać – Selphin lepiej się czuła w ich otoczeniu. Próby stawiania się na równi z Elae były... Po prostu żałosne, a nawet jeśli z początku zabawne, bardzo szybko stawały się nudne.
Nie zastanawiała się zbyt długo nad kupnem torebki cukierków, nawet jeśli zwykle nie przepadała za miejskimi  smakołykami. Niektóre z nich były w istocie dość wyjątkowe.
Nie można było powiedzieć, że Selphin zaskoczył widok Serahela w takim miejscu. Jej obecność mogła być niecodzienna, jednak markiz pod wieloma względami był osobą dość... Wyjątkową. Z początku kobieta przekonana była, iż to tylko kolejna maska, ale im dłużej go znała, tym bardziej zdawała się upewniać w przekonaniu, że on naprawdę po prostu taki jest.
I tobie tego życzę, mój drogi – odparła równie miękko, z łagodnym uśmiechem przyjmując gest Serahela. – Pozwól, że przedstawię  Hadesa, barona z domu Vertilis, mojego wieloletniego przyjaciela. Hadesie, spotyka cię dziś nadzwyczajne zrządzenie losu w kwestii poznawania członków mojej rodziny. Przedstawiam ci mojego męża, markiza  Serahela Albini – rzekła, ponownie przybierając na moment ten typowy dla tego rodzaju okazji, uprzejmy ton. Tradycji musiało przecież stać się zadość.  Tak zawsze ją uczono.

Główny [6/10] (zaliczone 4/5)
15-10=5 koniczyn

_________________
"Did you really think I wouldn't cheat
just because I was already winning?"
Relacje
Dobytek
Mieszkanie
Komnaty
Theme
Voice
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raymont
Najemne Ostrze

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Pią Kwi 06, 2018 1:51 pm

Zazwyczaj zwykli ludzie reagowali na trzy sposoby, gdy zwracano się do nich w sposób... niezmiernie kulturalny. Pierwszym przypadkiem byli ci, dla których takie zachowanie było durne i śmieszne. Nic dziwnego i zapewne sam Ray postępowałby w ten sam sposób, gdyby nie wychowanie na Dworze Lata. Drugim typem byli Ci, którzy uważali, że to obelga, naśmiewanie się i reagowali agresją, co było zupełnie bzdurne. Kilka razy białowłosy niemalże oberwał kolanem w nos, gdy lekko skłaniał się, ale całe szczęście refleks miał wystarczający, by nie dać się trafić i, poniekąd, upokorzyć. No i trzeci typ, który był najbardziej ludzki i zwierzęcy jednocześnie - obawa, ostrożność i ogólnie pojęta czujność. Naturalne zachowanie, gdy spotykamy się z czymś nieznanym lub niecodziennym albo nawet osobliwym. Taeil początkowo wydawała się reagować na pierwszy ze sposobów, chociaż im dalej w rozmowę, tym bardziej okazywało się, że jednak jest pomieszaniem pierwszego i trzeciego ze znaczą przewagą tego ostatniego. Białowłosemu nie chodziło o to, aby ją dodatkowo stresować, więc postanowił wejść na lżejszy ton tak, jak w sumie ona sama zaproponowała.
- Dobrze, to pozostańmy na Taeil i Raymont, bądź Ray - jak wolisz. - zauważył, że nie podała mu swego nazwiska, ale nie było to konieczne, chociaż on sam nigdy go nie ukrywał. Wciąż miał pewne przywary z Dworu Lata, a tam byle uchybienie mogło prowadzić do konfliktu poważniejszego, niż danie sobie po mordzie, więc zwracano uwagę na takie drobnostki jak ton wypowiedzi, mina, głębokość skłonu i inne pierdoły, które poza Dworem niewiele się liczyły i pozostawały najwyżej ciekawostką. - Igła do wynajęcia? Jeszcze skłonny jestem pomyśleć, żeś krawcową, a akurat płaszcz mam zniszczony... - odezwał się z drobnym uśmiechem na twarzy, a jego ton wskazywał jasno, że zwyczajnie żartuje. Zresztą nie zamierzał tego tematu ciągnąć dalej, bo jego "Najemne Ostrze" mogło brzmieć dla kogoś jak eufemizm na rzeźnika czy to do zwierząt, czy do ludzi.
Odezwała się śmielej i to, prawdę mówiąc, nieco go zaskoczyło. Wydawała się raczej osobą, która w takich kontaktach pozostaje nieco wycofana, może trochę onieśmielona, a jednak zwróciła mu uwagę na durnotę w tym pretekście, by zachęcić ją do wspólnego napicia się. Jak to zwykle bywało - ekspresja została ograniczona, więc ledwo zauważalnie jego oczy otworzyły się szerzej, ale za to znacznie bardziej widocznie pogłębił się uśmiech.
- Świadczy o zamiłowaniu do ciepła, a mało trunków rozgrzewa tak dobrze, jak grzaniec. - odparł spokojnie i przeniósł swój wzrok na stoiska, które akurat serwowały ten rodzaj alkoholu. Co prawda byle wódka rozgrzewała mocniej, ale też mąciła w głowie nieporównywalnie mocniej, a nie chodziło Raymontowi o pijacki bełkot, a interesującą rozmowę. Niestety jego formalny ton z samego początku i najpewniej wcześniejsze wydarzenia sprawiły, iż Taeil potraktowała go znacznie poważniej, niż powinna. Wrócił do niej spojrzeniem i przyglądał się z twardą miną, jakby patrzył na potencjalnego zleceniodawcę, a przecież to ona podejrzewała go o próbę załatwienia jakichś interesów. Wysłuchał jej w zupełnym milczeniu, a jego wzrok nawet na sekundę nie powędrował gdzieś indziej. Tak samo nie zmieniła się mimika, która dalej wyrażała powagę lub nawet... stanowczość? I nawet jak ona się roześmiała, to on pozostał niewzruszony do momentu, w którym zadała ostatnie pytanie. Tak naprawdę, to przez cały ten czas chciało mu się śmiać, bo został zrozumiany zupełnie na opak, a powaga Taeil i jej dobór słów tylko podkreśliły cały absurd tego wydarzenia. Cóż, nie mógł się jej dziwić, że doszło do nieporozumienia. Kavindell z pewnością swym zachowaniem włączał podwyższoną ostrożność, zaś sam Ray wcale sytuacji nie ułatwił, gdy zwrócił uwagę na występki Markiza. Zresztą białowłosy świadomy był, że nie wygląda jakoś wielce bardziej godnie zaufania, gdyż wciąż miał przy boku miecz, a jego styl bycia raczej odstawał troszkę od ludzi, którzy wychowali się w Filirjonie. Zatem jak tylko Taeil skończyła mówić, to Raymont nie wytrzymał i wybuchł śmiechem. Nie był głośny, chociaż część uczestników festynu spojrzała się na niego tak, jak spoglądano na głupców. Lekko się zgiął, chwycił za brzuch i po prostu śmiał. Jeszcze w trakcie śmiechu pokiwał ręką, jakby chciał temu wszystkiemu zaprzeczyć. Chwilę zajęło mu uspokojenie się na tyle, by móc wyprostować się, odchrząknąć i wreszcie wytłumaczyć wszystko.
- Jak najbardziej we własnej sprawie. - odezwał się wciąż rozbawionym tonem głosu. - Może i władam ostrzem sprawnie, ale zapewne nie na tyle, by proponować swe usługi medykowi. - dodał po chwili, by płynnym ruchem ręki wskazać palcem na własną twarz. - Naprawdę wyglądam tak podejrzanie, by posądzać mnie o szemrane interesy, które wymagają zawarcia pod wpływem alkoholu, by uśpić czujność? - i ponownie się zaśmiał, ale tym razem lekko i krótko. Dłoń opadła, a on pokiwał głową na boki. Przynajmniej miał nauczkę, by na przyszłość ograniczać formalności, chociaż prowadziły one do dosyć zabawnych nieporozumień.
- Powiedziałbym, że moje intencje są zbliżone do ostatniej opcji. Co prawda nie chciałem proponować wspólnego pijaństwa, a już z pewnością nie ze względu na Twój zawód, ale chciałem się nieco zrelaksować, to prawda. - no i nieco wytłumaczył. Miał w pamięci, że Taeil mogła okazać się cenną osobą w wyprawie do Nieprzebytej Puszczy, ale nie chciał od razu wyskakiwać z propozycją, bo w sumie nie znał też umiejętności dziewczyny, ani nawet jej usposobienia. Nie każdy charakter pasował do tego zadania, a Ray nie chciał popełnić błędu. Ten błąd mógłby kosztować życie albo ją, albo jego, albo całą wyprawę. Od drobnych rzeczy się zaczynało.
- Tak jak powiedziałem - chciałem zaproponować wspólną rozmowę przy grzańcu. Skoro już trafiliśmy na siebie, to pomyślałem, że mógłbym Cię poznać. Jest festyn, więc to idealna okazja, by porozmawiać z nieznajomymi w lekkim tonie. A lubię poznawać ludzi, zatem jeżeli nie masz nic przeciwko, to proponuję swe najemne usługi towarzysza rozmów. Cena jest niewielka, bo wystarczy zgoda i uśmiech. - powiedział zadowolony i położył lewą dłoń na rękojeści miecza, zaś prawa poprawiła płaszcz. Uniósł też nieco głowę do góry, wyprostował się i starał zaprezentować tak, jakby naprawdę oferował swe umiejętności jako Najemne Ostrze. Tak, nie najemnik. Nie używał tego słowa w określeniu własnego zawodu. Był bardzo na to wyczulony, bo przeszłość wspominała mu, że najemnik, to niekoniecznie osoba dobra czy godna, a co ważne - na wynajem, a więc na rozkaz. On nie był ani zły, ani, jego zdaniem, niegodny, a tym bardziej nie był na wynajem, by rozkazywać mu. Chodziło o wolność, która była dla niego bardzo, bardzo istotna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Taeil
Córka medyka

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Pią Kwi 06, 2018 8:53 pm

- Z krawcowej w sumie też coś mam, ale to jako hobby raczej. Kiedy to co zszywasz jest nieco mniej żywe, to jednak nieco przyjemniej się tą igłą operuje. Czasem mogę coś zakrawcować, ale to raczej w zestawie do zabiegu, więc jednak nie życzę ci mojego cerowania - powiedziała po chwili namysłu, kiedy już wymienili pierwsze słowa. Chwilę na niego parzyła jakby zamyślona. - Ray... tak? Bardzo mi miło - powiedziała to trochę jakby nieobecnym tonem, ponieważ jej musk już nieco odczepiał od jej obrazu chłopaka to imię. Pozostało tylko kwestią czasu, aż nada mu swoje własne imię, tak trochę ochrzci go na nowo. Ciężko było przewidzieć, co się stanie i jak to imię będzie brzmieć, bo może być bardzo podobne lub niesamowicie inne, abstrakcyjne od niego. Trzeba więc tylko czekać na to, aż główka i wyobraźnia tej panienki coś wyprodukuje i ostatecznie coś wypluje. Uśmiechnęła się potem nagle, trochę jakby na ułamek sekundy się gdzieś zgubiła i teraz wróciła, i nie wiedziała, co się dzieje. Naprawdę mimika twarzy tej dziewczyny, jej kalejdoskopowe uczucia, które się kolejno ukazywały i szkopuły w detalach, które czasem były faktycznie trudne do wychwycenia, choć najlepszych w percepcji to nigdy nie ujdzie. Ale także i tym, co znają Taeil już trochę dłużej.
Powędrowała wzrokiem za nim, spoglądając na stoiska z alkoholem. Uśmiechnęła się jakby półgębkiem, dalej patrząc w tamtą stronę.
- Taka interpretacja może, ale nie musi być poprawna - powiedziała nieco ciszej i jakby od niechcenia, jakby nieco bardziej wyrzuciła słowa w powietrze, w przestrzeń konwersacji między nimi dwojga, licząc, że jak już, to słowa same złapią się na te nikłe i cienkie nici komunikacji, jakie między sobą próbowali (przynajmniej z jednej strony) rozstawić. O alkoholu nie wspomniała ani słowa, bo w sumie... co będzie wybrzydzać, to nie tak, że w ogóle nie piła, po prostu nie przepadała, ale jak już trzeba było, to nawet mogła czerpać z tego przyjemność. Bardziej był to potem dyskomfort moralny, że tak to ujmę, że tak to powiem, że tak to będzie nazwane. Poczuła delikatny chłód na karku i coś jej powiedziało, żeby na chwilę się nie odwracać, a potem jednak to zrobiła i wyruszyła ze swoim monologiem. Mogła wtedy obserwować jego kamienną twarz, z której nie potrafiła zbytnio odczytać reakcji, co po niej dało się w sumie wyczuć. Nie była już aż tak bojowa, jak tych parę sekund wcześniej, może nawet było widać u niej cień wycofania, ale przede wszystkim czekała na jego odpowiedź, a wtedy jej zachowanie poszłoby naturalnie w którąś ze stron - w stronę dalszego "rozbrojenia" lub wycofania.
Delikatnie zadrżała, kiedy chłopak zaczął się śmiać. Jej reakcja? W sumie to ciekawa sytuacja, bo jej reakcja była pomieszaniem różnych odczuć, może taką bardziej plątaniną myśli. Otworzyła nieco szerzej oczy w akcie irytacji, zdziwienia, zawstydzenia i zwykłego szoku, a potem przechodziło to w zdumienie i niezrozumienie ("Bo czy palnęłam aż taką głupotę? Czy coś? Coś powiedziałam?"), a potem w rozluźnienie i nieco większe ocieplenie. Wyglądała tak, jakby się rozluźniła z faktu, że zaczął się śmiać. Jakby dodało jej to otuchy, tak jak zwykle empatycznie odczuwa się szczęście drugiej osoby, takie jakby samozadowolenie. Skrzyżowała ręce na piersi pod najbardziej wierzchnią warstwą swoich ubrań i przechyliła się trochę na lewo, cały czas nie spuszczając z oczu chłopaka. Uśmiechnęła się nieco szerzej, nieco naturalniej, jakby delikatnie wychodząc zza swojej zasłonki.
- Uroczy jesteś - powiedziała tak, jakoś między jego zdaniami, po czym wysłuchała go dalej i parsknęła śmiechem. O poprzedniej wypowiedzi już "nie pamiętała" lub też... po prostu ją zignorowała. - No nie wiem, kobiecej czujności nie zaspokoisz nawet ładną buźką. Szczególnie po tym, jak ewidentnie żeś kręcił pan trochę z tym postawionym paniczem. Panem. Paniczem. Mniejsza. Ech, to nawet podejrzliwym już być nie można? - Ostatnie zdanie wypowiedziała już jakby dramatycznie, wydąwszy nieco usta i unosząc brwi w sarkastycznie retorycznym pytaniu. Ale sama zaraz chrząknęła, ponieważ nawet jeśli on zrezygnował z formalności na jej prośbę, to nie czuła się jeszcze na miejscu, żeby mogła też tak sobie popuszczać pasa w mowie. Wyprostowała się też i wskazała na niego dłonią, ale zaraz potem spojrzała na niego i zaczęła się śmiać. Zasłoniła usta i stanęła bokiem, choć teraz to ona machała tą już wystawioną ręką na lewo i prawo, jakby odgarniała od siebie mgłę, dym czy jakiś obraz wirujący przed jej oczami. Ewidentnie teraz do niej doszedł ten jego śmiech i się jej udzielił, ale już potrafiła doprowadzić się do ładu. Machnęła sobie ręką przed twarzą, tak jakby zrzucała z niej rozbawienie i z jednoczesnym szybkim wydechem zwróciła się już do niego całkowicie przodem.
- Nie wiedziałam, że szukam najemnika w tej kwestii. Ale skoro już się pan pojawił, to mi byłoby szkoda i głupio odmówić - powiedziała już nieco poważniej, jakby powoli, powolutku już odrzucała poprzednie podejrzenia. Ale powoli, powolutku i nie tak całkowicie, bo dosyć szybko reagowała na różne bodźce, co było po niej bardzo często aż za bardzo widać. - Mimo wszystko rzadko kiedy rozmawiam z nieznajomymi wtedy, kiedy nie chodzi o jakąś usługę, tak więc proszę mi wybaczyć, jakbym nieco nie dorównywała w tej kwestii. Ale staram się jak mogę - powiedziała już miło, a potem niczym piesek przechyliła delikatnie głowę na bok. - Drażliwa kwestia, ale kto zajmuje się pierwszymi fun... fun... - Nie dokończyła, bo nagle jakby się zatrzymała.
Wzrok jej utkwił gdzieś na wysokości piersi chłopaka, ale nie był na nim skupiony. Bardziej raczej był rozproszony. Powoli uniosła jedną rękę z wyciągniętym palcem wskazującym na znak i sygnał, że coś się chyba zaraz stanie. Nabrała powietrza, delikatnie odchyliła głowę, otwierając trochę przy tym usta. Zmarszczyła nagle nos i gwałtownie pochyliła się do przodu, dosyć głośno kichając. Bardzo gwałtownie się podniosła, ale dopadł ją wyjątkowo mocny przykurcz w ramionach, które były nienaturalnie wysoko, a na jej twarzy malował się "szok postkichnięczy", który prezentował się w postaci przymrużonych oczu, zmarszczonego noska i ust ściśniętych w wąską linię. Wyglądała przekomicznie, a jeszcze co jakiś czas mocniej ją przechyliło do przodu czy do tyłu, jakby nagle gwałtowna fala ją złapała i dostawała skurczy od tego zimna. Jeszcze warto wspomnieć, że to kichnięcie było tak wysokie, jak pisk u myszki czy innego małego, uroczego i piskliwego gryzonia. A ona wcale nie miała piskliwego głosu, więc proszę sobie wyobrazić siłę absurdalności i prześmiewczego charakteru całego zajścia w stosunku do Taeil. Co ciekawe jednak, nie miała ona zbytnio żadnej myśli wokoło tego zdarzenia i dalej mrużąc oczy, spojrzała na chłopaka i kiwnęła głową w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku.
- Nie żebym narzekała, ale możemy się powoli przemieszczać w kierunku obiektów o nieco wyższej temperaturze niż to otoczenie. Czy tam w kierunku grzańca, jak kto woli to nazywać - powiedziała, po czym bezceremonialnie, "bezpardońsko", "bezcereglowo" poszła przed siebie. Ramiona już jej nieco opadły, oczy trochę szerzej otworzyła, nosek niby też był w normalnym stanie, ale ewidentnie niesmak pozostał jeszcze. Przeszła parę kroków, po czym stanęła jak wryta i niczym jakieś zwierzątko odwróciła się gwałtownie z karykaturalnie pokrzywdzoną miną.
- Nie jest mi zimno. Taka moja uroda - powiedziała jakby urażona czymś, czego nie powiedział, nie pomyślał i śmiał nawet zasugerować. Czekała, aż on ją dogoni. I przy okazji niekoniecznie wyśmieje.
W sumie całkiem miły się wydaje. Albo tak dobrze sobą kieruje, manipuluje, cholera wie czym. Mniejsza. Zimno. Chodźże, weźmy już coś wypijmy może, co? Niefajnie jest tu tak sterczeć. Mogę nawet zapłacić, prze oana.
Pomyślała, po czym nerwowo podrapała się po tyle głowy. Liczyła, że chłopak zaraz ją dogoni. Męczące było już to stanie w miejscu, a przede wszystkim - zbyt zimne i ryzykowne, bo to prawdziwe zagrożenie chorobowe już w tym momencie. Nie żartuję. Taeil też nie. Serio, naprawdę.

_________________
Voice | Theme | Relationships | Work
#9999ff
_______________________
Art credit: Rosuuri
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raymont
Najemne Ostrze

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Pon Kwi 09, 2018 1:00 am

Hobby. Raymont nigdy o tym nie myślał i dopiero teraz zrozumiał, że prawdopodobnie nie posiada takowego. Nie miał zajęcia, któremu oddawałby się z pełną przyjemnością w wolnych chwilach. Lubił robić sporo rzeczy, ale nie nazwałby ich swym hobby. Jak istotne jest posiadanie go? Nie żyło mu się źle bez niego, ale w tym momencie czuł, jakby brakowało mu tego, co miał każdy inny człowiek. Szukać na siłę? To mija się z celem. Nie mógł wymusić na sobie, by jakaś czynność sprawiała mu radość. Walki nie chciał nazywać swym hobby, bo chociaż ją lubił, to niekoniecznie chciałby się nią zajmować w wolnych chwilach. Rozsądek podpowiadał, że byłoby to głupie. Muzyka była bardzo przyjemna, ale kto nie lubił słuchać dobrych grajków? Było to powszechne tak, jak zamiłowanie do dobrego jadła. A może jeszcze nie znalazłem tego, co jest moim hobby? I była to myśl, która dodała mu nieco nadziei, że uzupełni w sobie lukę. Musiał próbować więcej, "kosztować" różnych zajęć, by sprawdzić, które może mu się spodobać. Ciekawe założenie, bo zmuszało do poznawania na własnej skórze.
Istota krawiectwa zapewne różniła się czymś więcej, niż tylko materiałem, jak powiedziała Taeil. Ludzi zszywało się tak, by wyglądali jak wcześniej. Nie tworzyło się niczego, a z materiału wręcz przeciwnie. Z tkaniny powstawało ubranie, które w zależności od rzemieślnika mogło być prostym ciuchem albo dziełem sztuki. Ray nie miał zamiaru komentować hobby dziewczyny czy rozwijać tego tematu dalej, bo wydawało mu się to zwyczajnie bezsensowne.
- W takim razie podziękuję i liczę, że nie skorzystam z Twych usług. - odparł lekko i kiwnął samą głową, jakby na powitanie, gdy usłyszał krótszą wersję swego imienia. Naturalnie, jak to bywało w rozmowach, utrzymywał kontakt wzrokowy i przyglądał się swemu rozmówcy, by wyczytać z jego słów więcej, niż tylko znaczenie. Patrzenie na Taeil było całkiem zajmującą czynnością, gdyż jej mina... nie, twarz... nie, ciało, tak! Jej ciało wyrażało co chwilę inne emocje, które zmieniały się tak gwałtownie, jak... no właśnie, jak nic innego. Nie potrafił znaleźć porównania do tej szalonej zmiany, która następowała raz niespodziewanie, a raz wręcz z wyczekaniem.
Później nastąpiła ta dziwna akcja, która sprawiła, że Raymont wybuchł śmiechem. W tym momencie nie był w stanie przyglądać się dziewczynie, więc umknęła mu cała gama pomieszanych emocji, ale nie umknęły mu dwa słowa, które nastąpiły między jego wypowiedzią. Nie spodziewał się komplementu. Jego twarz chwilowo zastygła w zdumieniu, wręcz osłupieniu, bo te dwa słowa z jej ust wydobyły się tak niespodziewanie. Taeil zdawała się nie być świadoma tego, co powiedziała albo zwyczajnie obdarzała komplementami na tyle często, że nie było to dla niej nic specjalnego. Białowłosy czuł się z tym inaczej, ale ciężko było powiedzieć, że się zawstydził czy speszył. Ot, był lekko zmieszany bezpośredniością i nagłością. Pani medyk mówiła dalej tak swobodnie, że Ray przez chwilę pomyślał, że może przesłyszał się lub zwyczajnie wydawało mu się, że usłyszał coś na temat swego uroku. Nie czepiał się tego tematu, bo było to głupie, aby rozwodzić się nad faktem komplementu i postanowił chwilowo o nim zapomnieć.
- Oh, jak najbardziej można, a nawet trzeba. Szczególnie, gdy chwilę wcześniej spotkało się wysoko postawionego Elae, który, jak gdyby nigdy nic, paraduje po ulicach Filirjonu podczas festynu w pełnym rynsztunku. - powiedział z drobnym uśmiechem na ustach i rozłożył ręce na boki, by po chwili spleść je na piersi. - Miło słyszeć, że moja ładna buźka nie odbiera rozsądku. Tego samego nie da się powiedzieć o Twojej. Wszak Kavindell wydawał się być całkiem bezrozumny. - pozwolił sobie na trochę uszczypliwości względem Markiza, bo w sumie czemu miałby być miły wobec niego? Wiedział na co było go stać i wiedział, że jego ładna buźka zdecydowanie uśpiła czujność zbyt wielu kobiet, a tym, którym nie uśpiła, to pomógł już sam i to siłą. Może i się zmienił przez te lata, ale przeszłość pozostawała przeszłością, a jej nie dało się zmienić. Jego karty były zapisane niezbyt dumnymi uczynkami i choćby teraz byłby wcieleniem dobra, to księga jego życia nadal będzie opowiadać wiele nieprzyjemnych historii.
Sytuacja się rozluźniła, bo nie tylko rozmawiali dosyć swobodnie, a nawet śmiali się. Raz on, raz ona. Jej śmiech wywoływał na ustach Raymonta drobny, zadowolony albo nawet dumny uśmieszek. Z czego był taki dumny? No z siebie, bo sprawiał w jakiś sposób radość lub wprawiał kogoś w dobry nastrój. Dzięki temu czuł się nieco lepszym człowiekiem, a o to chodziło. W końcu cały czas pragnął być kochankiem Roht, a na to musiał sobie zapracować i być kimś więcej, niż dobrym człowiekiem.
- Nie, nie, nie najemnika. Najemne Ostrze. To znaczna różnica. - zwrócił uwagę nieco poważniejszym tonem, ale wciąż na jego twarzy gościł przyjazny, drobny uśmiech. - Zresztą czegoś nie rozumiesz w naszej drobnej transakcji. To nie Ty masz spełniać moje oczekiwania i mi dorównywać, a to ja mam spełniać Twoje. Czuj się swobodnie, a ja postaram się być dobrym towarzyszem rozmów, byś chętniej korzystała z mych... - i tutaj przerwał sobie, spojrzał gdzieś wyżej, gdzieś dalej, jakby się zamyślił czy szukał poprawnego słowa. Jego brwi ściągnęły się ku sobie, jakby był z czegoś niezadowolony, a wzrok zmienił się znów na bardziej skupiony, obecny, by wrócić do obserwowania Taeil. ...usług. - dodał mniej pewnie, niż wtedy, gdy wypowiadał poprzednie słowa. Jakby to mu nie pasowało, jakby nie tego określenia szukał lub jakby brzmiało to źle, nie tak, jak sobie wymarzył.
Fun? Fun, co? Przyglądał się jej skupiony, jego mina spoważniała. Obserwował uważnie jak jej wzrok mętnieje, jak jej dłoń unosi się, by coś zasygnalizować, dać znak, że coś się dzieje. Nabrała powierza, a on zbliżył się o krok. Nie wiedział o co chodzi, ale szybko pojawiła się pierwsza myśl. Coś się jej dzieje. Już chciał ją chwycić za ramiona, lekko kucnąć, zapytać czy wszystko w porządku, bo wyglądało to tak, jakby nagle zachorowała lub ją coś wewnątrz bolało. Przypomniał sobie o tych przypadkach, gdy ludzie w mgnieniu oka umierali, łapali się za klatkę albo zwyczajnie mdleli i odchodzili. Zmartwił się? Tak, jak najbardziej. Chciał jej pomóc, a ona... kichnęła. W dodatku ten pisk, to zgięcie się, ta mina. Raymont stał przez chwilę jak wryty, jego usta były delikatnie rozchylone, a oczy otwarte szerzej. Patrzył na nią jakby nieobecny, a umysł przetwarzał to, czego białowłosy był świadkiem. I nadeszła reakcja. Naturalna reakcja, która chciała być stłumiona przez równie naturalny mechanizm, jaki działał gdzieś w osobowości Raya. Ponownie wybuchł śmiechem, ale był to śmiech przez zaciśnięte zęby, bo chciał się powstrzymać. Dłonią natychmiast zasłonił usta i zgiął się w pół tak, jak ona przed chwilą, lecz nie wyprostował się, a kucnął, trzymając się drugą ręką za brzuch. Trwał w takiej skulonej pozycji, a jego ciało podskakiwało w rytm wytłumionego śmiechu, który mimo wszystko wydostawał się na zewnątrz. Powoli, powolutku uspokajał się, aż prawie zamilkł i wtedy uniósł głowę, by spojrzeć na Taeil. Jego oczy były załzawione, a twarz zaczerwieniona. Spojrzał na jej minę i... znów się roześmiał, ale teraz już nie dał rady tego stłumić. Śmiał się szczerze i głośno. Znów spuścił wzrok, by z całych sił spróbować doprowadzić się do porządku i tym razem poszło mu to lepiej, szybciej. Zamilkł, ale trwał w tym przykucnięciu, ze spojrzeniem wlepionym w ziemię. Głośno, głęboko oddychał. Jego ramiona unosiły się wysoko, a później spokojnie, powoli opadały równo z odgłosem wypuszczanego powietrza. Chwycił swój szkarłatny płaszcz i przetarł nim oczy, które były pełne łez ze śmiechu. W końcu był w stanie się podnieść, ale czuł, że boli go brzuch. Nie pamiętał kiedy ostatnio tak bardzo był rozbawiony.
- Pewnie... oczywiście, chodźmy. - odparł słyszalnie zmęczonym od śmiechu głosem, który zdawał się być też wyższy z powodu nieco ściśniętego gardła. Wszystko przez nią! Znów wziął kilka głębokich wdechów, odchrząknął i spróbował rozluźnić się, by wrócić do dawnego, niższego tonu. Nim zdążył za nią ruszył, to ta już odwróciła się i zapewniła go o swoim stanie cieplnym. Zamrugał w wyrazie niezrozumienia i kiwnął głową.
- Tak, naturalnie, nie jest. - ale jego głos nie wyrażał wielkiego przekonania w tych słowach. - Chociaż Twoja uroda tkwi raczej w czymś innym. - dodał po chwili z cwanym uśmieszkiem na ustach, gdy ruszył za nią. Jego krok był długi, znacznie dłuższy niż jej, więc nie musiała długo czekać, by ją dogonił i to też sprawiło, że szedł swoim naturalnym tempem, które zapewne wymagało dwóch kroków Taeil, gdy on stawiał jeden. Stoisk było dużo i alkoholu na festynie nie brakowało, zatem szybko dotarli do miejsca, gdzie serwowano grzańca.
- Zaczekaj chwilę. - odezwał się, gdy zbliżyli się do niewielkiego tłumu. Następnie zgrabnie, zwinnie wsunął się bokiem między nich, a lewa ręka trzymała miecz, by ten o nikogo nie zaczepił. Raz lewym ramieniem do przodu, raz prawym i po chwili ponad głowami zebranych przy stoisku pojawiły się dwa kufle, a pod nimi biała czupryna, która powoli zbliżała się znów w stronę Taeil. Przeciskał się tak, aby niczego nie rozlać i przy okazji nikogo nie uderzyć Piórem, ale było to zadanie dosyć wymagające, bo o ile jego ręka była stabilna, a zwinności mu nie brakowało, o tyle o małym zbiorowisku nie dało się powiedzieć tego samego. W dodatku ich kontrola ciała została znacznie obniżona przez to, co Ray akurat niósł, a co po chwili za sprawą szturchnięcia lekko się wylało na jego głowę. Ciemnoczerwony, ciepły trunek trafił na białe włosy i chłopak wyłonił się z tłumu ze skrzywioną miną, a po jego grzywce, a później czole powoli spływały krople grzańca. Wiele na siebie nie wylał - tyle dobrego. Szybko jego mina wróciła do dawnej, a ręce zostały opuszczone. Uśmiechnął się przyjaźnie, gdy podszedł do Taeil i wystawił kufel w jej stronę.
- No to napijmy się za to nietypowe spotkanie. - zaproponował toast jak gdyby nigdy nic i jego ząbki zostały wyszczerzone w przyjaznej minie, zaś oczy lekko zmrużone. Taki już był, że problemami niezbyt się przejmował i te spływały po nim tak, jak teraz spływał grzaniec.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Taeil
Córka medyka

avatar



PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   Sro Kwi 11, 2018 8:36 pm

- Och, to Kwiaciarz nazywa się Kavindell? - powiedziała na wpół zdumiona do siebie. Zaraz potem się delikatnie zarumieniła, po czym cichutko zachichotała znów do siebie. - Słodzisz pan, słodzisz - powiedziała, czy też rzuciła, raczej żartobliwie, choć było widać, że była troszkę zakłopotana. Co jak co, ale znała swoje miejsce w tym... społeczeństwie, powiedzmy. Czuła się więc nieco dziwnie za każdym razem, jak ktoś komentował ją jako osobę, a nie jako wykonawcy swej profesji. To było takie... dziwne ukłucie rzeczywistości, o której czasem zapominała jako Taeil, ale także jako i Reidun. A zaraz potem kolejne zdziwienie ją przeszło, bo teraz miała wrażenie, że chłopak naprawdę postrzegał ją jako... nie wyżej w relacji, ale tak jakby jednak była ważniejsza. Oczywiście to brzmi jak wielkie halo, pewnie jeszcze w dodatku przesadzała, ale chodzi o taką sytuację, kiedy jest ona traktowana tak, a nie inaczej. Znaczy, oczekiwała zwykle od rozmówcy jakiegoś posłuchu, ale jesteśmy ewidentnie w sytuacji normalnej. Takiej codziennej. W sytuacji codziennej nie przepadała, jak ktoś ją traktuje tak, jakby traktował ją w sytuacji biznesowej, handlowej, kiedy ona świadczy nic innego jak komercyjną usługę. Zwykle jednak to zbywała, chyba że ktoś bardzo się narzucał lub przesadzał z tymi formalnościami, to wtedy starała się jak najgrzeczniej zwrócić uwagę, że nie do końca czuje się komfortowo w tej sytuacji. Ale tutaj... Tutaj uderzyła ją nieco inna rzecz. - Brzmi pan tak, jakby pan specjalnie mnie szukał. Albo jakbyś natrętnie szukał kogoś, kto by pod pretekstem oferowania usługi spełnił pańską chęć. Czy coś. W sumie nie wiem - wypaliła nagle, po czym zakaszlała gwałtownie w ramach zawstydzenia i nagłego wycofania się. No i po części dlatego, że akurat ją już swędziało w gardle. - Proszę mi wybaczyć, czasem plotę na głos i za głośno. Tak czy inaczej... Skoro już nie ma kto wejść w ten układ, to najwidoczniej będę musiała to sama zrobić. Cóż za sytuacja...! - Ostatnie słowa już wypowiedziała teatralnie przesadnie i sarkastycznie, żeby jakoś się wyratować po tym dziwnym stwierdzeniu. Nie skomentowała uwagi o poprawnym nazewnictwie, bo nie powinna się wykazywać taką ignorancją, kiedy sama nie lubi, jak ją porównują do tych wszystkich ludzi, którzy sobie "na nielegalu" robią jakieś mieszanki ziołowe i wciskają kity, że to pomoże w ogóle uratować odciętą rękę. No, to pewnie byłby podobny poziom ignorancji, gdyby sobie zlekceważyła jego prośbę o poprawne nazewnictwo jego fachu, choć, nie mogła tego zbytnio ukryć, brzmiało to dość zabawnie i podniośle. Zupełnie jakby był jakąś postacią z baśni, legendy czy mitu o bogach.
Sytuacja, kiedy dziewczyna ze skrzywieniem na twarzy jest zgięta w połowie, a obok niej kuca roześmiany facet z mieczem przy boku (niech nie myśli, że ona go nie widzi, takie cacka napawają ją cichym lękiem, ale nie może nie powiedzieć, że nie jest przyzwyczajona do ich widoku, a już w szczególności do widoku skutków machania nimi na boki), musiała wyglądać naprawdę dziwnie i przekomicznie. W sensie, gdyby ona ją zobaczyła, to pewnie średnio by się roześmiała, ale w duchu pewnie uznawałaby to za komiczne i warte śmiechu. Niekoniecznie mogła to powiedzieć o sytuacji, kiedy ona zajmuje jedno z tych miejsc i niekoniecznie jest jej tak ogółem do śmiechu. Akurat w tej sytuacji starała się ignorować donośny, radosny i naturalny śmiech chłopaka. Jak zobaczyła jego załzawione oczy i wyszczerzoną gębę, to, tak całkowicie szczerze, chciała go kopnąć w tą twarz. A najchętniej to kopnąć w czoło. Wiesz, co moja matka zawsze mówi w takich sytuacjach? "Naigrywasz się z medyka, to ci potem igłę w dupę wtyka", a moja szanowna matka jeszcze to motto całkiem sprawnie egzekwuje, więc nie radzę sprawdzać, czy ja też tak mogę i umiem. Na stumilowe drzewa, jak mnie w tym nosie teraz swędzi.
Usłyszała jego komentarz, a potem jak on szedł, to ona truchtała, i ona niekoniecznie chciała truchtać, więc jak się dziewczyna zawzięła, to przyspieszyła i szła tak ochoczo i dziarsko, że aż jej dwa warkocze podskakiwały, a jej głowa i w sumie cała sylwetka intensywnie podnosiła się i opadała, taki dziarski był to marsz po trunek.
Zgodnie z jego prośbą, poczekała. Co robiła w tym czasie? Nic specjalnego. Odrealniła się trochę jeszcze bardziej niż zwykle to miała w zwyczaju. Czyli w sumie stała w miejscu i oddawała się temu, czemu zwykle się oddawało w takich sytuacjach, czyli wyciekaniem świadomości w jakąś przestrzeń zawieszoną między jawą a snem. Oczywiście ta nieznajoma i straszna chmara sennych bolców nie zbliżyła się jej nawet na krok, więc nie było żadnego zagrożenia nagłym spadkiem w humorze. Ostatnio dobrze spała. Dobrze się wysypiała. Może przez głowę jej przemknęło, że dzisiaj może być niespokojnie, bo ze względu na dosyć stresującą sytuację może coś tam jej w nocy wpaść. Ale tak będąc szczerym, to nie myślała o tym. Raczej narracja w tym momencie się nad tym rozwodzi, bo Taeil już była gdzieś indziej. Tam, między rozdwojoną wizją stoisk, wcisnęła się gdzieś między tamte deski i obecnie liczy włókna i sęki. A to wszystko w kolorach zachodzącego słońca o poranku.
Kiedy poruszający się obiekt zakłócił jej oderwanie się, zaczęła wracać. Zajmowało jej to niesamowicie szybko, wręcz na pstryknięcie palców była z powrotem. Zmarszczyła jednak brwi, kiedy zaczęła mu się przyglądać. Zamrugała parę razy, po czym wzięła głęboki i ironiczny wdech.
- Żeby poderwać kobietę, to powinieneś jej podać napój, a potem odgarnąć włosy do tyłu. O właśnie tak. - Nagle przejechała dłonią po włosach z wyraźną satysfakcją. Bawiło ją to, co właśnie odstawiała i miała nadzieję, że nie wychodzi (ponownie) na kretynkę, chociaż gdyby mogła, to by sobie teraz przybiła piątkę. Z taką finezją wymyślić coś takiego? Tylko legendy tak mogą. - Jeżeli nosisz grzywkę, to pokazanie czoła jest dużo lepszym środkiem niż chodzenie półnago. Mówię poważnie, czoło to jest klucz do serca panien. Tylko byś musiał sobie trochę więcej wylać, jeśli myślisz o tym na poważnie, tak dla efektu. Zlepione kosmyki włosów są całkiem niezłe, to muszę przyznać. - Cały swój wywód prowadziła w tonie niesamowicie obojętnym, ale nie ukrywającym sztucznego rozczarowania jego "marną próbą". Zaraz potem się jednak roześmiała i pomachała ręką na znak, żeby nie brał zbytnio do serca tego, co właśnie powiedziała. Ale jednak zamiast odebrać od niego kufel, zaczęła ściągać z siebie swoją wierzchnią warstwę, ukazując pod nią ukryty płaszczyk. Kocyk zaś bezceremonialnie... zawiesiła mu na głowie, zakrywając mu ją przy okazji. Zaśmiała się cicho i krótko ze swego osiągnięcia i pomysłu.
- Proszę mi wybaczyć, mniejszego skrawka materiału nie mam przy sobie. A jeszcze mi się przeziębisz. Proszę wytrzeć i mi oddać, i tak ten kocyk był już dosyć zniszczony, a teraz będę mieć pretekst, żeby jednak go wymienić. Wie pan, męskie i obce fluidy, takie tam, najlepiej to w ogóle spalić - powiedziała to takim tonem, że ciężko było stwierdzić, czy aby na pewno żartuje. Zaraz potem jednak uśmiechnęła się tak, że było widać, że nie mówi tego na serio. Teraz odebrała od niego swój trunek. - Mogę ci potrzymać, żebyś się otarł, ja trzymam swój w prawej ręce, zapamiętaj - rzuciła, po czym upiła łyk. Miała minę... nieokreśloną. Nie ukrywała, że nie przepada za alkoholami, nieważne w jakiej formie, ale to przyjemne ciepło właściwie teraz właśnie było jej potrzebne. Zadrżała od nagłej dawki wewnętrznego ciepła, wstrząsnął nią mocny dreszcz, któremu towarzyszyło ciche sapnięcie. Zaraz potem uniosła kufel do góry roztargnionym ruchem, jakby przypomniała sobie, że powinna najpierw wznieść toast, a dopiero potem się napić. Jak gdyby nigdy nic postanowiła udawać, że przecież się nie napiła - w końcu chłopak miał przykrytą głowę jej kocykiem, więc pewnie nie zauważył, że przypadkowo zignorowała jego toast. - Ach, tak. Za to nietypowe spotkanie. Oczywiście, toast, napijmy się, do dna, gul-gul i takie tam - rzuciła, po czym trochę znowu się napiła. Dalej piła z kufla w swojej prawej ręce.
Chwilę tak na niego patrzyła. Czy skoro jest Najemnym Ostrzem i najwidoczniej znał tego Elae...? No, powiem ci, Taeil, że jeżeli teraz zaczynasz się zastanawiać nad jego rodowodem, przeszłością i rejestrem kryminalnym, no to czas najwyższy. Chociaż tak na dobrą sprawę nie wie o mnie niczego więcej nad to, że przedstawiam się jako Taeil, jestem medykiem i jestem tutejsza. Właśnie, czy on jest tutejszy? Jak dużo starszy ode mnie, a jeśli młodszy, to czy ja właśnie rozpijam młodzież, dziecinerię? Cholera, jeszcze by wyłudził ode mnie pieniądze na jakieś głupoty.
- Jeśli pozwolisz, to ja już przejdę do tej części, kiedy lekarz przepytuje, czy też, fachowo mówiąc, egzaminuje go. Postaram się pytać jedynie o rzeczy ważne i najważniejsze, jednocześnie nie wnikając zbytnio w szczegóły niezwiązane ze stanem zdrowia pacjenta. Wszelka próba wymijania pytań nie kończy się dobrze, bo wtedy się zaczynam denerwować. Jeśli mamy zgrywać skrytego, to mówimy wprost, że informacja poufna, chyba że chodzi o to, co pan jadł w przeciągu ostatnich paru godzin. Wtedy spowiadamy się ze wszystkiego - wyrecytowała formułkę lekarską swojej matki, którą kiedyś zasłyszała. Dzisiaj już tak zbytnio nie mówiła, ale Taeil się to tak spodobało, że co jakiś czas wyjeżdżała z takim tekstem co do przyjemniejszych, luźniejszych i bardziej otwartych pacjentów. - No więc, jeśli mogę wiedzieć, to jesteś stąd? Czy przejazdem? W trakcie zlecenia, może? Szczegółów znać nie muszę, ale w sumie miło wiedzieć, czy jeszcze kiedyś tą białą czuprynę w okolicy jeszcze zobaczę.
Nie to, żeby jakoś jej za specjalnie na jego obecności w mieście zależało. Nie mogła nie powiedzieć, że nieprzyjemnie jej się z nim rozmawia, bo właśnie było na odwrót - mimo początkowego zawahania i niepewności, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że może ze spokojem wchodzić z nim w dowolną konwersację. Już i tak od samego początku ta ich niesamowita relacja wydawała się pominąć parę istotnych etapów znajomości, na które nie zważali i pozwolili sobie na przejście na ten etap, który można względnie nazwać "przedpozytywnym" lub, bardziej poufale, "przedprzyjacielsim". Co prawda takie były jej odczucia, nie mogła powiedzieć zbytnio, co czuje chłopak przed nią. Ona za to mogła jeszcze czuć, że chyba jednak oddanie koca było niezbyt dobrym ruchem, bo o ile popijała ciepły trunek, o tyle jednak zimno zaczęło do niej przenikać swymi mackami. Zaczęła się już nieco delikatnie, acz widocznie trząść. Ale ona jakoś niezbyt zwracała na to uwagę, wydawała się być pochłonięta teraz przez próbę konwersacji z chłopakiem. Była teraz pustym naczynie, do którego wlewała siebie, ale i zostawiała miejsce na drugą osobę. Tak mniej więcej prezentowała się rozmowa z Taeil, jednocześnie z tym dziwnym uczuciem, że dziewczyna nie do końca jest... realna. Czy też może raczej - normalna i świadoma. Ale to już jest reakcja ekstremalna i zależała już tylko od jednostki. Zastanawiała się (tak naprawdę to nie, to nad tym się zastanawia obecnie narrator), jak on by ją opisał i jak ją widział, i jak bardzo pokrywa się to z usposobieniem Taeil i Reidun.
Czekała na jego odpowiedź, trzymając w prawej ręce grzańca, trzęsąc nogami i popijając swojego grzańca.

_________________
Voice | Theme | Relationships | Work
#9999ff
_______________________
Art credit: Rosuuri
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Stoiska festynowe   

Powrót do góry Go down
 
Stoiska festynowe
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: 
Miasto Filirjon
 :: 
Targowisko
-
Skocz do: