Wszelkie prawa do użytych utworów posiada Adrian von Ziegler



 
IndeksCalendarFAQSzukajGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Opuszczona Polana

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Opuszczona Polana   Sro Mar 21, 2018 10:21 pm

Opuszczona Polana

Kilkanaście kroków po wejściu do lasu granicznego od zachodnich jego krańców znajduje się całkiem przestronne miejsce. Rozległa polana, która w centralnym punkcie mieści sadzawkę, otoczoną licznymi płaskimi kamieniami, idealnymi na odpoczynek i zażycie odświeżającej kąpieli. Prócz świergotu ptaków i rechotania żab miejsce to jest niezwykle spokojne i tylko z czasem jakaś przypadkowa zwierzyna zawędruje, aby zaspokoić pragnienie. Drzewa, jakie tu rosną zdają się nachylać nad zbiornikiem wodnym, a ich najdłuższe gałęzie niemal muskają tafli wody. Przestronność miejsca zapewnia spore oddalenie od jakichkolwiek ścieżek prowadzących ku Filirjonowi.  


Jedną z ulubionych miejscówek Fëanora był właśnie zapomniany przez wielu, odosobniony zakątek. Miejsce to miało w sobie coś wyjątkowego, rosnące tu drzewa były wiekowe, pradawne i pamiętające jeszcze czasy, gdy świat był inny.  
Obcowanie na tej polanie z naturą przywodziło elae odległe lata dzieciństwa. Gdy sam był brzdącem razem z rówieśnikami spędzali całe dnie na zabawie w polowania z kijkami miast łuków. Skakali po drzewach, bawili się w zarządzanie wymyślonymi dworami i krainami, które oddzielali kamieniami i wstążkami uwieszonymi gałęzi.
Fëanáro poszukiwał tego typu miejsc, gdy potrzebował zebrać w spokoju myśli odprawiwszy świtę. Wolny od obowiązków, toksycznego towarzystwa dworzan i całego zgiełku panującego wśród skupisk ludności.
Mężczyzna przeszedł przez oplatające niewielki prześwit pnącza robiąc krok na polanie. Spod wizury hełmu uleciał kłąb pary wodnej.
- Cholerna zima, mogłaby wreszcie ustąpić miejsca wiośnie. - rzucił pusto w przestrzeń dając upust awersji wobec mroźnej pory roku. Choć śnieg był praktycznie nieobecny, to i tak jako ciepłolubne stworzenie hołubił rozgrzewające słońcem dni, a nie zimne poranki, jak ten. Opatulił się ciaśniej płaszczem i podszedł pod sam staw przysiadając na wielkim, płaskim kamieniu. Zdjął z głowy opancerzenie stawiając wymyślny hełm obok i zanurzywszy delikatnie dłoń zmącił taflę wody. Ta była czysta, niczym źródlana, a do tego jej barwa przywodziła na myśl egzotyczne morza, aniżeli poślednią sadzawkę do której sikają zwierzęta. Słońce nieśmiało jeszcze próbowało przedostać się przez korony drzew, ale było już dostatecznie widno, aby elae był w dobrym humorze.
Rycerz zaznał orzeźwienia ochlapawszy twarz życiodajną cieczą i złapawszy za krawędź peleryny wysuszył przy jej pomocy mokrą facjatę. Lazurowe oczy odbiły się w sadzawce, gdy spojrzał w wodną toń. Nic z niej wyskoczyło, żadne puff, ani abra kadabra. W końcu to był tylko staw.
Na licu dostrzegł pierwsze zmarszczki i parę wyblakłych włosów pośród zmierzwionego czerepu. Następnie zdjął z pleców skórzaną torbę i wyjąwszy zeń bukłak napełnił go wodą z sadzawki. Założywszy nogę na nogę poprawił ukryte w cholewach sztylety, aby nie obijały się o kostki i uchyliwszy usta począł nucić pod nosem, jakąś rzewną, wolną piosnkę, pogwizdując co jakiś czas. Czekał, aż słońce wzejdzie wreszcie wyżej myśląc o fajce, która nudziła się pewnie sama na dnie torby. Nie mógł jednak za żadne skarby przypomnieć sobie, czy miał ze sobą zapasy tytoniu, a wątpił, by o tej potępieńczej porze roku mógł znaleźć pośród roślin cokolwiek nadającego się do palenia.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Tempest
Przybłęda

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Sro Mar 21, 2018 10:56 pm

Nienawidziła zimy; odnosząc się tutaj do samej pory roku, a konkretniej do chłodu jaki przynosiła ze swoim przybyciem. Bądźmy szczerzy - była to piękna pora roku, ale tylko gdy pojawiał się śnieg, a ona siedziała przy kominku i przyjemność podziwiania miała tylko przez okno. Jednak gdy już stała się tragedia taka jak ta i musiała wyściubić nos poza ciepłe domostwo by poszukać składników alchemicznych, to faktycznie wolała by tego śniegu nie było. Raz - łatwiej było się poruszać i dwa - łatwiej było odnaleźć rośliny, które nie "zimowały".
Opatulona w płaszcz podbijany futrem i zdobiony na kołnierzu kruczymi piórami wybrała się na spacer. Uzbrojona w księgę, w której zawarte były wszystkie te dziwne krzaki i kwiaty, chwastom też zróbmy tam miejsce, zamierzała po prostu zebrać informacje, które z nich nie są typem, który na zimę znikał. Naturalnie było to opisane w książkach, ale wydanie to było stare, nowego na ogólnodostępnych półkach nie było toteż wiedzę trzeba było zweryfikować. W mieście była dość kojarzoną postacią - nie wszyscy ją znali, ale kojarzyli odzianą na czarno kobietę, która zwykle obijała się o przechodniów na ulicach, podczas gdy dreptała z nosem w książce. Znak rozpoznawczy? Grube tomiszcze o mało porywającym tytule. No i oczywiście coś, co można podpiąć już pod obsesję, czyli mnóstwo dodatków z wizerunkiem sroki. Nikt nie wiedział skąd ten znak, choć mówiła, że to herb rodowy. O jej rodzie nie słyszano, w kronikach w bibliotekach słowa o Voltach nie było. Dlaczego tak? Może ród ten i symbol wymyśliła, a może kryła się za tym jakaś grubsza historia. Cassandra bardzo też broniła swojej historii i nikomu o sobie za wiele nie opowiadała.
Teraz była tutaj, plącząc się po lesie granicznym.
Nie miał szczęścia ten nasz markiz. Na ten moment wydawało się nierealne, żeby był tutaj sam. Ba, chyba nie zdawał sobie sprawy z jej obecności w niedalekiej od niego odległości. Stąpała cicho i lekko po wydeptanych ścieżkach, gdzie ciężko było o zdradę ze strony ściółki; jeszcze gdyby ta "cholerna zima" przyniosła ze sobą śnieg to pewnie usłyszałby ją po chrupaniu śniegu pod butami.
Od zajęcia oderwało ją to, co usłyszała. Wyprostowała się i podniosła wzrok, który dotąd był wbity w poziom właśnie ściółki. Zmrużyła oczy w badawczym spojrzeniu, podążając nim w kierunku, który wskazał słuch. Tomiszcze trzymamne w jednej dłoni zamknęła (oczywiście nie zapominając o zakładce!); Rozejrzała się uważnie, jak gdyby sprawdzając czy ten pan tutaj to nie czasem trubadur, który z powodu braku poklasku wśród ludzi występuje dla tutejszej zwierzyny. Ale zwierzyny też nie było, a przecież nie było AŻ TAK źle. I to tylko narrator jest uszczypliwy.
Woląc uciąć mu ewentualnego mini-zawału spowodowanego tym, że brutalnie uświadomi sobie, że występuje nie aż tak kameralnie, chrząknęła cicho.
- No, no. Po co marnować taki talent dla szyszek i uśpionych drzew? - zagadnęła, spoglądając na jegomościa dość uważnie. Wcale się z niego nie śmiała! Ton miała przyjazny, zdecydowanie uprzejmy, a uśmiech, jaki błysnął w kąciku jej ust z pewnością nie był drwiący.

_________________

Ay de mí llorona, llorona de azul celeste
Que aunque la vida me cueste, llorona
No dejaré de quererte

THEME
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Sro Mar 21, 2018 11:51 pm

Benvolio począł rozglądać się za złamanymi gałęziami, zmurszałymi kawałkami drewna, czymś, co nadawałoby się do rozpalenia małego ogniska, aby się ogrzać. Czymś co i tak nie miało już rosnąć i rozkwitnąć życiem.
Czymś naturze niepotrzebnym.
Zanim jednak mógł ziścić swoje zamierzenie, czyjś głos wyrwał go z zamyślenia.
Wyrwał to bagatelizujące niedopowiedzenie.
Jego serce przestało bić przez kilka sekund, a wszystkie mięśnie naprężyły się jak postronki. Pieśń, którą nucił, uciął momentalnie, omal nie odgryzając sobie języka akompaniującego dotychczasowe gwizdy. W automatycznym już, wystudiowanym odruchu miał zamiar złapać za rękojeść przypasanego miecza, ale jego umysł był przez ułamek sekundy w takiej rozsypce, że wydawał ciału zbyt wiele rozkazów na raz. Dobycie miecza zbiegło się więc symultanicznie z próbą odskoku, mającego zwiększyć odległość od ewentualnego zagrożenia. Doszło do tego kompletne zaskoczenie i psychiczne ganienie się za kompletny brak przygotowania. On, pradawny rycerz, markiz letniego dworu, charyzmatyczny lider i niedościgniony szermierz dał się podejść jak małe dziecko, a miało być jeszcze gorzej.
- O KURW...! - zdołał wyartykułować tylko część najpopularniejszego przekleństwa we wspólnym, bo poleciał ryjem do przodu.
Próba wykonania kilku akcji jednocześnie skończyła się ni to fikołkiem, ni to ześlizgnięciem i tylko cudem nie przypłacił całości kompromitującym upadkiem. Gdy już miał bowiem zetknąć się z twardym podłożem wykonał upośledzony przewrót balansując na granicy wywrotki. Obrócił błyskawicznie głowę w stronę, skąd doszedł go głos, aby ocenić, czy przybysz widział całe zajście, jak to ma się w zwyczaju, gdy wyryjemy gdzieś w miejscu publicznym. Szarpnięty z pochwy miecz zaplątał się w ładnie wyglądające, ale diablo niepraktyczne tasiemki u pasa.
- E tu Brute... - przemknęło mu przez myśl.
To nie był pech, to była kurewska, gargantuiczna kompromitacja na całej linii. Brakowało tylko tego, żeby wylądował w jelenim łajnie. Patrząc na to, co mu się przydarzyło było to całkiem prawdopodobne i dyskretnie, przelotnie zlustrował on podłoże pod sobą.
- Tylko spokojnie, ona mnie nie zna. To nikt z dworu, nawet nie Elae. - próbował mentalnie uspokoić sam siebie robiąc przy tym wolny wdech i jeszcze wolniejszy wydech. Tu wreszcie przyjrzał się dokładniej osobie, która o mało nie przyprawiła go o zawał. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, były, nomen omen, ślepia dziewoi. Te, elektryzująco błękitne, miały taką samą lazurową barwę jak jego. Był jeszcze jeden czynnik świadczący o pewnym podobieństwie w ich wyglądzie, a będąc bardziej specyficznym, w ubiorze.
Ptaki.    
Zaintrygowała go wszechobecna u nieznajomej srocza ornamentyka. Było to na swój sposób zabawne, gdyż jego peleryna spięta była broszą ze znakiem rodu Benvolia - feniksem. Zresztą cały jego pancerz był naznaczony symbolami tegoż mitycznego stworzenia, czego uwieńczeniem był fikuśnie wyrzeźbiony hełm. Brunetka nosiła sygnet, tasiemkę, a także kilka innych elementów zdobionych smolistym ptakiem. Rodzinne oznaczenie? Nie przypominał sobie żadnej familii mającej srokę za herb, ale z drugiej strony nie uznawał się za mistrza ludzkiej heraldyki. Może była to oznaka przynależności do jakiegoś człowieczego stowarzyszenia, bądź sekty. Kto ich tam wie. Ludzie bywali dla niego dziwni i już dawno pogodził się z tym, a nawet w znacznym stopniu to tolerował. Twarz całkiem ładna, o ciemnych rzęsach podkreślających czerń włosów, jak i całego odzienia. Stanowiło to osobliwy kontrast na tle wschodzącego nieśmiało zza koron drzew słońca. Choć niska, to w tym momencie i tak górowała nad, pożal się boże, przykucniętym markizem. Niosła ze sobą pokaźne tomiszcze mogące służyć różnym celom, to też nawet nie próbował zgadywać.
Zdecydowanie nie wiedział z kim ma do czynienia i zważywszy na klapę, jaką właśnie zaliczył, rad był, że nie jest to nikt znajomy. Nie miał jeszcze pomysłu jak wybrnąć z twarzą z tego ambarasu, ale jego milczenie i zastygnięcie, jakby przymurowało go do ziemi, trwało stanowczo zbyt długo, toteż odezwał się wreszcie wyraźnie zakłopotany:
- Ja tu tylko... - udało mu się wydukać niezbyt poważnym głosem, za który było mu wstyd.
- Ekhm. - odkaszlnął twardo.
- A cóż to za niewychowana interrupcja? - oznajmił nabrawszy wyraźnej werwy. Tłumaczą się winni, a nie mógł za takiego uchodzić, jeśli miał zamiar odkręcić całe zdarzenie.
- Jeszcze chwila i pomyślałbym, że panienka chciała mnie napaść. - dodał wymyślając na poczekaniu. Spodziewał się, że może zostać wyśmiany za użyty wobec niej zwrot, nie wiedzieć czemu ludzkie kobiety albo peszyły się na wzmiankę o byciu pannami, albo też reagowały bezpardonowym śmiechem. Cóż, wychowany na dworze miał dworskie maniery, zakorzenione i umacniane przez dziesiątki lat. Ciężko było przywyknąć do tego, że w obecnym społeczeństwie często uchodziły za jakiś śmieszny, archaiczny wymysł.
Jego wzrok powędrował ku leżącemu na kamieniu hełmowi. Wiele by dał, aby móc go szybko nałożyć, gdyż miał wrażenie, że się rumieni, a to była oznaka bycia skonfundowanym i zażenowanym własnymi słabościami. Na to zaś nie powinien móc sobie pozwolić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Tempest
Przybłęda

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Czw Mar 22, 2018 12:30 am

To, co właśnie wydarzyło się przed nią wyglądało jak jakaś komedia odgrywana w teatrach, gdzie aktorzy umyślnie przewracają się na różne sposby i w różnych sytuacjach na oczach widowni by ich tym rozbawić. I tak się złożyło, że rozbawiło ją to, jednak będąc profesjonalną jednostką zdrowego społeczeństwa nie wybuchnęła gromkim śmiechem, nie parsknęła ani nawet nie wyszczerzyła się jak kot z Cheshire. Jej oczy mogły ją zdradzić, bo na moment pojawiło się w nich coś, na wzór właśnie błysku rozbawienia. Jej aura piorunów lekko się naruszyła i gdzieś przy niej pojawiła się mała, malutka błyskawica, kiedy to jej spokój został zaburzony przez rozbawienie. Dobrze ukrywane przed wzrokiem innych, ale przecież nie przed nią samą. Dość szybko jednak przywróciła się do porządku.
Uniosła lekko brew, widząc, a raczej słysząc, jak osobnik zaczyna mówić. Składniej. A potem odwrócił to przeciwko niej, jak gdyby to ona była winna, że jemu zachciało się występów w lesie, do którego każdy może wejść, w każdej chwili. Nie zdenerwowało jej to, jeno minimalnie zaskoczyło. Ciekawy zwrot akcji. Nie kazała mu długo czekać na jej reakcję.
- Napaść? Uzbrojonego mężczyznę? Tak bez broni? - spojrzała na niego zaskoczona, a potem zerknęła po sobie - I co bym panu zrobiła, mój panie? Zatłukła opasłym tomiszczem czy podcięła gardło papierem? - nie oszukujmy się, papier potrafi być dupkiem i mocno można się nim zaciąć - Czytałam o bardziej finezyjnych sposobach napadania na istoty, ale o takim z woluminem to jeszcze nie. - oznajmiła. W jej głosie nie dało się usłyszeć drwiny, był to bardziej żart, nie mający na celu nikogo urazić. - Ale dobrze, spokojnie. Chowam już swoją broń, bo w końcu nie godzi się atakować kogoś nieuzbrojonego - tutaj oczywiście spojrzała na jego oręż uwięziony w splotach pasów. Jednocześnie, mówiąc to, swój wolumin upchnęła w torbie na ramię, która wyjątkowo wybrała się z nią w podróż, tak na wszelki wypadek gdyby podczas wycieczki znalazła coś ciekawego, większych gabarytów. Na co dzień była niepraktyczna i Tempest stroniła od zabierania jej ze sobą. Zazwyczaj polegała tylko na swojej mniejszej, skórzanej torbie przytroczonej do pasa. Fin. Nic więcej, żadnych zbędnych bagaży. Dziś się jednak tej drugiej torbie poszczęściło i kawałek świata zobaczyła. Oraz... rycerza-akrobatę-leśnego-trubadura. Spokojnie, torba nikomu o tym nie opowie.
Fakt, poza książką miała też magię, ale po co od razu odsłaniać wszystkie karty przed obcym? Nie to, żeby miała coś do ukrycia, a jednak była tutaj sama naprzeciw rosłemu facetowi. Biorąc poprawkę na przeszłość, lepiej wciąż mieć przewagę w formie elementu zaskoczenia. Samo nazwanie jej "panienką" było dość przyjemne dla ucha, bo zwykle spotykała się z "e, lala, fajny masz tył" albo "te, czarna, wpadnij do mnie wieczorem to się lepiej poznamy, hehehe". Per "panienko" zwracali się już ci z lepiej dobranego przez nią towarzystwa. Przykładowo właściciel antykwariatu, który znał ją i bardzo lubił i nawet pomimo tego, że wielokrotnie prosiła, by mówił jej po imieniu, to on wciąż szedł w zaparte i za każdym razem widząc jej kłaniał się i wołał "Ach, witaj panienko".
- W każdym razie - splotła dłonie za sobą - Twoja tajemnica jest ze mną bezpieczna, mój panie. Jakby nie patrzeć to ja wtargnęłam bez zaproszenia na ten kameralny występ trubadura połączony z pokazem akrobatyki. - Naprawdę! Ona z niego nie drwiła. Może była uszczypliwa, ale złych intencji nie miała. W każdym razie - obiecała mu, że nie rozpapla nikomu o tym, co tutaj widziała; czego była świadkiem. Plotek nie lubiła a i szanowała ludzi i nie robiła im koło dupy, mówiąc kolokwialnie. Postanowiła też odsunąć już ten temat, by biednego jegomościa nie denerwować, bo niestety dla niego, ale najwyraźniej zauważyła, że całe zdarzenie było mu nie na rękę i teraz cierpi przez to jakieś wewnętrzne katusze. Obiecała mu milczenie, powinno go to jakoś pocieszyć? Choć z drugiej strony nie znał jej i nie wiedział, że akurat ten człowiek słowa faktycznie dotrzymuje.
- Gdybyś jednak planował nasłać na mnie zabójców by usunąć jedynego świadka to niech pytają o Cassandrę lub zwyczajnie o Tempest. - jakże odważnie z jej strony i miło, że ułatwiła mu sprawę przysłania skrytobójców. Choć wiadomo - gdyby faktycznie nie chciał świadków to zatłukłby ją tu i teraz. On miał miecz, zaplątany co prawda, a ona książkę, choć ustalili chyba już, że książka to niedoceniana, acz mordercza broń.

_________________

Ay de mí llorona, llorona de azul celeste
Que aunque la vida me cueste, llorona
No dejaré de quererte

THEME
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Czw Mar 22, 2018 12:55 am

A miało być tak przyjemnie. Poranny rytuał podziwiania wschodu słońca na łonie natury z fajką w kąciku ust. Chwila relaksu w samotności.
Czy to wyglądało na relaks?
Może dla tej całej sroki, jak ją sobie elae nazwał w myślach. Ubaw po pachy i to za darmo, na koszt firmy. Dwór lata funduje.
Zażenowanie ustąpiło miejsca kotłującej się irytacji.
- Jak ona śmiała?! Czy ona wie w ogóle z kim ma do czynienia? Szyszki i uśpione drzewa, dobre sobie. - myśli przepełnione podrażnieniem zakuły go gdzieś w tył głowy. Rozsądek, choć przytłumiony, starał się uspokoić skołatany umysł. Jej głos był spokojny i stonowany, a uśmiech nie był podszyty drwiną. W chwili, gdy elae miał zamiar odgryźć się nieznajomej jadaczkę zamknął mu rozum. Kobieta pozwoliła sobie na nieznaczną ironię, ale zachowała przy tym umiar i klasę, czego nie można było powiedzieć o nim samym. Wybuchowa natura jak zwykle dawała o sobie znać, bo rycerz uspokoił się momentalnie, choć przed sekundą gotów był ciskać gromy. Nie było potrzeby odkręcać swojej gafy, wystarczyło zwyczajnie ją zaakceptować.
- Wybacz mą słabość. - rzekł nie mając na myśli zaskoczenia i fikołajka, a responsu wobec niej.
- Gdzie moje maniery? - zapytał w myślach.
Stanął wreszcie prosto tylko po to, by chwilę później wykonać głęboki ukłon, jaki był winien czarnowłosej.
- Benvolio Fëanáro, członek dworu lata i śpiewak amator. - zakończył introdukcję pozwalając sobie na odrobinę humoru. Miał przy tym nadzieję, że srocza dama nie weźmie jego "profesji" za prawdę.
W pewnym momencie wydawało mu się, że dostrzegł niewielki błysk przy nieznajomej, jakby iskrę, ale zwalił to na karb promieni słonecznych, co raz śmielej wychylających spośród drzew.
- Nie ma co marznąć, dobrze jest w tak mroźny poranek jak ten zaznać nieco ciepła. - oznajmił zbierając na kupkę trochę suchych gałęzi, igliwia i chrustu. Usypał z tego niewielki kopczyk i machnął przy nim dłonią, a całość zajęła się niezwykle jasnym i intensywnym płomieniem, zupełnie jak gdyby ktoś polał go łatwopalną cieczą i przyłożył doń żagwi. I choć tego "drewna" było tyle, co kot napłakał, to jednak na przekór prawom fizyki ogień ten dawał zaskakująco dużo ciepła. Może była w tym jakaś sztuczka, albo mamienie zmysłów, kto wie? Faktem było, że ogrzanie się pośród leśnego chłodu było bardzo przyjemne. Usiadłszy przy ognisku Benvolio wskazał rozmówczyni na miejsce opodal wykonawszy zapraszający gest dłonią do wtóru ze skinieniem.
Jej słowa odpierające możliwość napaści były jak najbardziej racjonalne i logiczne. Nie próbował nawet tego negować, gdyż sam wymyślił je jako własną linię obrony. Słabą bo słabą, ale zawsze. Nie skomentował wzmianki o mordowaniu opasłymi tomiszczami i podrzynaniu gardłem papierem, gdyż znał i takie przypadki, ale uznał, że nie był to najlepszy moment, aby chwalić się takowymi wypadkami. Poeta mówił, że słowo pisane bardziej ostre niźli miecz i choć nie miał  raczej na myśli tego w swej dosłowności, tak różnie to los potrafił niejednego zaskoczyć.
- Ależ nie róbmy z tego wielkiej tajemnicy, ot chwila słabości. Rad jestem, że panienkę rozbawiłem. - odparł w responsie na jej zapewnienie, że nikt nie dowie się o całym zamieszaniu, jakie wywołał. Słowa te nie były do końca szczere, gdyż gdzieś w głębi serca olbrzymi głaz, czy może nawet kilkuset tonowy menhir właśnie spadł z bijącego swym rytmem organu.
Benvolio zaśmiał się dźwięcznie słysząc o nasyłaniu na nią zabójców. Zaraz jednak przybrał poważniejszy ton mówiąc:
- Cassandra zwana Tempest, będę pamiętał. - zaś w jego oczach błysnęło coś na kształt impulsu bycia zaintrygowanym.
- Jeśli wolno mi spytać, co sprowadza pannę z tak opasłym tomiszczem, miejsca takiego jak to? - tu rozłożył szeroko ręce, jakby próbował objąć nimi otaczający ich, zimowy krajobraz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Tempest
Przybłęda

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Czw Mar 22, 2018 1:33 am

Przyjrzała mu się nieco uważniej, kiedy przedstawił się. W myślach miano powtórzyła dwa razy, by dobrze zapamiętać, za informacją o mianie dostała jako-taką informację o frakcji, do której należał, a to pozwoliło wydedukować jej, że był z niego Elae. Albo raczej upewnić się w swojej tezie, którą postawiła tak szybko, jak tylko zdążyła przyjrzeć się jego twarzy.
Dygnęła, jak to nakazywała etykieta, bo tak była wychowana.
- Enchanté, mój panie. - powiedziała, posyłając ładny, nieznaczny uśmiech. Fakt, to przyjemność poznać Elae, zwłaszcza z dworu. Bardzo, ale to bardzo żałowała, że nie miała tam dostępu. Ktoś jej kiedyś nagadał, że dworskie biblioteki mają egzemplarze, których jeszcze nie widziała, o których nawet nie słyszała. A ona jak małe dziecko - wierzyła. Zresztą nigdy nie poznała jakoś lepiej członka dworu by móc po prostu zapytać.
No, to teraz się znali. Przynajmniej z imienia (w jego wypadku i nazwiska).
Nie kryjąc lekkiego zaciekawienia przyglądała się, kiedy ten szykuje stos na ognisko. Zdecydowanie za mały stos, który nie miał prawa zapewnić płomieniom zbyt długiej egzystencji. A jednak. Cały zabieg użycia mocy, w efekcie czego powstało ognisko nie mające faktycznie prawa bytu, trwał chwilę a i tak ją urzekł. Podeszła bliżej płomieni i kucnęła przy nich, obejmując rękami kolana i opierając na jednym z kolan brodę. Wpatrywała się w to zjawisko z podziwem i fascynacją godną małej dziewczynki, która ogląda wystawę sukien u zdolnej krawcowej. Fascynowały ją zdolności magiczne u innych osób, każdy aspekt przecież był inny, a ona miała wielkie, trudne do spełnienia marzenie - chciała poznać je wszystkie, a jeśli nie wszystkie to chociaż znaczną większość. Kiedy ktoś pokazywał przed nią, że ma jakiś talent, niestety dla tej osoby oznaczało masę pytań. Można nazwać ją wścibską, ale wolała mówić o sobie "nastawiona na cel". Zresztą, gdy ktoś odmawiał jej współpracy i kazał nie zadawać pytań to ich już więcej nie zadawała. Szanowała prywatność innych, bo sama tego oczekiwała.
Zerknęła na niego zza płomieni.
- Po prostu Ogień? Czy coś więcej? - zapytała, na razie darując sobie atakowanie go salwą dokładnych pytań, dopraszających o doprecyzowanie działania jego mocy. Na chwilę obecną badała grunt, czy w ogóle będzie chciał cokolwiek powiedzieć.
Naciskać nie będzie, taką miała zasadę a i z oszczędności czasu swojego i cierpliwości rozmówcy wolała najpierw zbadać czy skory do współpracy. Bo mogłaby go zasypać pytaniami - a skąd, a dlaczego, a po co, a jak to, a ile, a jak długo, a dokąd, a czy naprawdę? Jednak po co, gdyby ktoś jej powiedział po tym wszystkim, że nie chce o tym opowiadać.
- Mnie? Tutaj? - drgnęła jakby wytrącona z transu, w jaki wprowadził ją zachwyt nowo poznaną mocą. - Ach, tak. Mam ten stary zielnik - poklepała torbę, w której teraz spoczywał - To stare wydanie, o nowszym nie słyszano. W każdym razie w żadnym antykwariacie czy bibliotece. Weryfikuję informacje w temacie tego, które rośliny zimują, które nie. - odpowiedziała, jak najbardziej zgodnie z prawdą. Parała się przecież alchemią, toteż musiała mieć jako-takie pojęcie o składnikach, które się wykorzystuje. Była w tym temacie skrupulatna i pilnowała zebranych informacji. Sama powinna księgi pisać, jednak niestety dla kolegów-naukowców-alchemików, wszystkie notatki trzymała samolubnie dla siebie.

_________________

Ay de mí llorona, llorona de azul celeste
Que aunque la vida me cueste, llorona
No dejaré de quererte

THEME
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Czw Mar 22, 2018 3:06 am

Dygnięcie Cassandry i jej odzew spotkał się z pozytywnym zaskoczeniem u Benvolia. Rzadko bowiem uzyskiwał przestrzegające etykiety zachowanie u ludzi, tym większą miało to dla niego wartość. Zwłaszcza, że dworskie jej odmiany były tak sztuczne i wyzute z emocji. Elae czynili je zasłaniając swe prawdziwe intencje i pod większością uśmiechów i ukłonów na dworze toczyła się gra pozorów. U ludzi relacje takie były o wiele bardziej naturalne, jeśli ktoś cię nienawidził, gardził tobą, czy szkalował zwykle nie krył tego. Według niego życie pośród ludzi było na swój sposób prostsze i bardziej prawdziwe. Był to powód dla którego lubił odwiedzać Filirjon, gdzie mógł doświadczać tego na własnej skórze.
Gdy Tempest przysiadła do ogniska, przyjmując jego zaproszenie, mógł z bliska przyjrzeć się towarzyszce. Przykucnęła ona bowiem przy palenisku tak, że płomienie oświetlały dokładnie jej jestestwo. Delikatne rysy twarzy, alabastrowa cera, zgrabny nos i amarantowe policzki. Wszystko zaś przystrojone w czerń, którą szczelnie była otulona.
- Mężczyźni jednak są wzrokowcami. - pomyślał uświadamiając sobie, że zbyt długo i zbyt intensywnie wlepiał w nią wzrok. Na szczęście uwaga jego kompanki skupiona była na ognisku, toteż może nie zostało to odczytane.
- "Po prostu Ogień? Czy coś więcej?" - słowa te sprawiły, że na jego twarzy z krótko przystrzyżonym zarostem zajaśniał nikły uśmiech. I nie był to uśmiech odpowiadający na, w jego mniemaniu, jej ignorancji, a raczej oznaka tego, że czuł się mile wręcz połechtany mając możliwość zaprezentowania kilku sztuczek. Twarz zachowywała powagę, ale tańczące w oczach kurwiki zdradzały niemalże dziecięcą radość.  
- Ogień nigdy nie jest prosty. Uważam go, być może w swej próżności, za najbardziej złożony z żywiołów. - odparł wkładając prawicę wprost w ognisko. Poruszał kilkukrotnie palcami i za każdym razem barwa płomieni zmieniała się przybierając zupełnie inny odcień. Wpierw purpurowy, później fuksji, następnie turkusowy, aż wrócił na powrót do karminowej czerwieni. Gdy elae pstryknął palcami ogień zaczął syczeć wydając odgłosy niemalże przypominające odgłosy żywych stworzeń. Częstotliwość tych dźwięków nie była do końca naturalna, przez co akustyczna iluzja pozostawała iluzją. Na końcu Benvolio zacisnął palce w pięść, a kształt płomieni załamał się, kumulował i skupiał w jednym punkcie tworząc skondensowaną, ognistą kulę. Płomienie wydawały się niemalże namacalnie ciężkie, jakby jakaś olbrzymia rzecz, jak góra, albo słońce, zapadła się w sobie, aby to coś zaistniało. Trwało to chwilę, ułamek sekundy. Mężczyzna wyjął wreszcie dłoń z paleniska i próżno było szukać na niej jakichkolwiek oznak poparzeń, czy choćby śladów sadzy. Całe przedstawienie, niczym jarmarczna sztuczka, pozostawała po sobie uczucie niedosytu i zostawiała gapia z nieodpartym wrażeniem, jakoby był świadkiem iluzji. Magicznego triku, niczego więcej.
Temperatura przy palenisku stała się na tyle przyjemna, że Fëanáro pozwolił sobie legnąć założywszy zgięte w łokciach ręce za głowę. Gdzieś w oddali dosłyszeć można było trele ptaków obwieszczające rozpoczęcie nowego dnia. W powietrzu zaś unosił się aromatyczny zapach truskawek i kojąca różana woń...
- Zaraz, jakie truskawki i róże?! - abstrakcja tego odczucia, aż zakuła go w umyśle.
Przez moment Benvolio nie był pewny, czy zwyczajnie nie usnął, gdyż dochodzące do jego nozdrzy zapachy były w tym miejscu i o tej porze roku zupełnie anormalne. Może całe dzisiejsze spotkanie z czarnowłosą damą było jedynie wymysłem jego wyobraźni? Elae zerknął na rozmówczynię, aby upewnić się, że hypnos nie zabrał go do swej krainy. Ale ona wciąż tam była, i ogień i las.
I jego uprzedni wybryk także się wydarzył.
Cóż, nie można mieć wszystkiego.
Gdy zaczęła opowiadać o swym zielniku wyobraził sobie zwykłą, szarą zielarkę, która samotnie o brzasku wybiera się do dzikiego lasu pośród chłodów zimy. Nie wydawało mu się to zbyt prawdopodobne i przypuszczał, że kobieta ta, musi potrafić sama o siebie zadbać, a jeśli nie bała się podejmować takich eskapad jak ta, to z pewnością posiadała jakieś bojowe zdolności. Czy to magiczne, czy też czysto fizyczne. Przypomniał sobie o iskrze, tajemniczym błysku przywodzącym na myśl wyładowanie. Ciekawe, czy coś było na rzeczy.
- A Ty Cassandro? Jakim żywiołom rozkazujesz i naginasz je do swej woli? - zagaił strzelając na ślepo. Kto wie, może rzeczywiście jego przypuszczenia nie były jałowe. I choć wierny etykiecie sam nawet nie zauważył, że przeszedł na "Ty" w rozmowie z nią. Może było to spowodowane tym, że czuł się w jej obecności dosyć swobodnie. Skoro przyłapała go na nuceniu rzewnych ballad i była świadkiem jego wystraszonego fikołajka, to nie musiał w jej obecności silić się na przybieranie jakiejkolwiek sztucznej pozy, a to było dość miłe doświadczenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Tempest
Przybłęda

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Czw Mar 22, 2018 8:46 am

Była ona przybłędą. Nikt nie wiedział, skąd przybyła, ani też dlaczego nie poszła dalej, tylko na dłuższy czas osiedliła się w tym mieście. I dziwne, bo już od pierwszych chwil czuła się tutaj jak w domu, choć przecież nie powinna. Już pierwszego dnia wiedziała jak się poruszać po ulicach tego miasta, w większości przypadków wiedziała nawet gdzie co jest, znała na pamięć topografię, jak gdyby to tu się wychowywała. A przecież nie pochodziła stąd, przynajmniej taką wersję podtrzymywała. Zresztą przecież - zawartość kronik opowiadała się za nią, ani słowem nie wspominały o Voltach. Ale to właśnie dzięki rodzinie znała i rozumiała znaczenie hasła "ogłada".
Otworzyła usta, chcąc zaraz w pewien sposób wnieść poprawkę do tego, jak ją odebrał. Jednak wtedy jegomość wcisnął dłoń w ognisko. Cassandra uniosła lekko brwi, przyglądając się uważnie. Płomienie przybierały różne barwy, wedle najwyraźniej woli Elae. Nie mogła się nadziwić. Rzecz jasna jeszcze większym efektem byłoby dla niej, gdyby płomień przybrał jej ulubiony kolor, którym wbrew pozorom nie był czarny. Był to niebieski, czy może raczej błękitny, który rzadko bo rzadko, ale jednak pokazywał się na stroju kobiety. Nie w dzisiejszym wydaniu, jednak były dni, kiedy swój ubiór rozjaśniała właśnie ta barwa. Dlatego też prócz fascynacji mocą równolegle szło zainteresowanie barwą tęczówek właściciela ognistego talentu. Później płomienie zaczęły mówić. No, może nie tak dosłownie mówić, ale wydawały dźwięki inne niż trzaskające drewno. Teraz ściągnęła brwi w wyraźnym zamyśleniu, nie odrywając wzroku od płomieni i wciśniętej w nie prawicy mężczyzny. Przychodziło mu to z taką lekkością, tak dużą, że Tempest była niemalże pewna, iż jest to tylko zalążek jego mocy. Takie miała przypuszczenie. Czekała zatem na kolejne oblicza tej mocy. Kiedy z płomieni uformowała się gula, tak niesamowicie wyglądająca przez narzuconą płomieniom regularność, miała ochotę dotknąć tego zjawiska, w efekcie czego zacisnęła dłoń w piątkę i dalej oglądała. Parę razy po łapach dostała podczas prób dotykania wszystkiego, co było dla niej fascynujące.
- Ja... Cóż, źle się wyraziłam. Nie jest prosty, jest raczej dziki i w swej dzikości niebezpieczny i tyle samo potężny. - oznajmiła, ale jakby nie patrzeć to pierwszy raz oglądała jak ktoś temu "dzikiemu żywiołowi" narzuca swoją wolę.
- Niesamowite - powiedziała ze szczerością godną małego dziecka, które właśnie zobaczyło coś nowego.
Zdjęła rękawiczki, z lekką niechęcią, bo było to świadome wystawianie jej ciała na mróz, którego przecież nie znosiła. Była nań bardzo podatna. A jednak, z najwyższym chyba poświęceniem dla sprawy, ukazała swoje smukłe dłonie, w tym prawą, na której miała sygnet. Ogień przyjemnie ogrzewał, a jednak tak ciepłolubne stworzenie jak ona zostało przeszyte przez krótki, nieprzyjemny dreszcz. Chłodno. Poruszała palcami po czym podniosła się z kucków (co swoją drogą było przyjemnym uczuciem, bo zaczynały jej nogi drętwieć w tej pozycji) i odsunęła się o parę kroków od ogniska i markiza. W końcu wyciągnęła dłonie przed siebie i między jedną a drugą zaczęły przeskakiwać prędko wątłe, malutkie błyskawice z bardzo krótkiej chwili na chwilę przybierając na intensywności. W parę sekund w dłoniach miała jaśniejącą kulę energii, jak gdyby złapała kilka piorunów i zamknęła je w przestrzeni między swoimi rączkami. Jej tęczówki nabrały nieco intensywniejszego blasku. W końcu z tych pokładów energii zebranych między jej palcami wymknął się jeden, długi, powykrzywiany piorun, który uderzył w stare, złamane już i tak drzewo zamieniając jego część na drzazgi w efekcie tego uderzenia. Energia, którą skupiała w dłoniach, rozszalałą się jeszcze bardziej i mrugała, błyskała intensywniej jak gdyby rozochocona tym uderzeniem. Wyglądało to teraz, jak gdyby skupianie energii stało się trudniejsze, a sama kula próbowała się wyrwać, jednak nie wyglądała na bardzo silną. Tempest zmarszczyła minimalnie brwi, przyciskając kulę z dwóch stron, jak gdyby na siłę zmniejszając ją jeszcze bardziej, coraz bardziej, aż w końcu złożyła dłonie i energia nie miała już racji bytu. Widoczne było, że po złożeniu dłoni przez kobietę, wiązki energii przeszły losowo po jej ciele i wszystko ucichło.
Tempest strzepnęła dłonią z ramienia niewidoczne zabrudzenie i prędko wróciła do ognia, bo mimo szalejącej między jej rękami energią to jednak palce jej zaczęły marznąć. Przykucnęła na powrót przy płomieniach, tym razem jednak podwijając długi płaszcz w ten sposób, że mogła usiąść na jego końcówce. Podniosła pozostawione przez siebie rękawiczki i zaczęła je ubierać. Zerknęła na Elae.
- To dość złośliwy towarzysz i bardzo krnąbrny - powiedziała, w odniesieniu do tego rzekomego żywiołu nad którym panowała. Czy pioruny były żywiołem? Podobno były tym piątym, kwintesencją. - Trudno tu mówić o rozkazywaniu. To bardziej wymuszanie na nim współpracy. Stąd też, mój panie, te środki ostrożności. - powiedziała, mając na myśli nabranie dystansu. Nie chciała przypadkiem pozwolić jednemu z piorunów wyrwać się i uderzyć w zakutego w blachę mężczyznę. To by się mogło nieprzyjemnie skończyć, a już na pewno nie wpłynęłoby pozytywnie na ich relację. - No i bywa bardzo humorzasty. - dodała.
Dlatego też ona musiała panować nad swoimi emocjami tak dobrze. Ponieważ wtedy nie miałaby mocy ponad piorunami, nie miałaby tej siły by je kontrolować. Emocje by ją skutecznie rozpraszały. Nie pokazała mu naturalnie całości swojej mocy, bo przecież ta potężniejsza i bardziej niszczycielska jej część zależna była od negatywnych emocji. Niestety lub też stety - żadne takie nie pałętały się teraz po jej umyśle. Jej aura była cicha, jej moc w kajdanach.
- Daruj moją ciekawość, mój panie, czy... to prawda, że na Dwór ma dostęp do bibliotek, do których zwykli ludzie - dziwnie zabrzmiało - nie mają? - zapytała.
I oto nie wytrzymała. Zdjęła ją ciekawość, rozbroiła. I ona nie zrezygnowała z oficjalnego zwracania się do niego. Z jednej strony ponieważ nie wiedziała czy jej wolno, a z drugiej strony ten zwrot, (choć tylko w oryginalnej wersji - my lord), brzmiał na swój sposób błogo, z deka też wampowato. Tytuł dla ucha przyjemny, zaznaczający wyższość, którą uznawała. Tempest najwyraźniej naczytała się za dużo Greya.

_________________

Ay de mí llorona, llorona de azul celeste
Que aunque la vida me cueste, llorona
No dejaré de quererte

THEME
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Czw Mar 22, 2018 9:36 pm

Czarnowłosa wydawała się zaintrygowana jego małym pokazem, polegającym na manipulowaniu właściwościami ognia. Zainteresowanie na moment zeszło na dalszy plan, gdy na licu kobiety pojawiło się zamyślenie, zupełnie jakby analizowała to, na co właśnie patrzy.
- Dziki i niebezpieczny... - powtórzył jej słowa zdając się na moment nieobecny. Cassandra trafiła w samo sedno jego aspektu. Ogień może i potrafił ogrzać, jeśli nie dało mu się swobody i nie spuściło z niego oczu. Dawał ciepło, gdy był skarlały, zamknięty jarzmem nałożonych ograniczeń. Nienaturalnie oswojony, choć oswoić do końca nie dało się go nigdy. W końcu nie bez kozery mówiono "igrać z ogniem", zwykle taka zabawa nie kończyła się zbyt dobrze. Niezaspokojony głód i apetyt na pożeranie wszystkiego wokół przerażał niekiedy jego samego. Choć posiadający pierwiastki hipnotyzującego piękna, to jednak był szalenie niewdzięcznym kompanem. Przelotne, krótkotrwałe zjawisko. Kwintesencja niestałości. Pojawiał się nagle, nabierał z impetem życia wykonując taniec głodu, podczas gdy wszystko wokół kurczyło się i czerniało. Gdy nie miał już nic do pożarcia, znikał nie pozostawiając niczego z wyjątkiem popiołów i resztek niezużytego paliwa - kawałków drewna, liściu, czy papieru. Zbyt nieczystych, by spłonąć, za mało cennych, by połączyć się z roztańczonym płomieniem.
- Dziękuję. - odpowiedział kłaniając się lekko, jak magik, który zakończył występ. Miło było wzbudzić przy pomocy posiadanego aspektu odczucia i reakcje inne, aniżeli przerażenie, strach, czy nienawiść. Gdy Tempest zdjęła rękawiczki wzdrygnęła się nieznacznie, co nie uszło uwadze Benvolia.  W końcu nie co dzień mógł spotkać istotę, która by nie lubiła chłodu jeszcze bardziej od niego. Srocza dama poczęła odsuwać się od ogniska i przez moment rycerzowi wydawało się, że dziewoja ma już dosyć jego towarzystwa zwyczajnie odchodząc, ale teza ta szybko została odrzuca, gdy Cassandra wyciągnęła przed siebie dłonie zapoczątkowując magiczne wyładowania. Teraz to elae otworzył szeroko oczy unosząc się z leżącej pozycji.
- Ha! Moje przeczucie mnie nie myliło! - powetował sobie w myślach skupiając całą uwagę na pokazie, jaki rozpoczęła kobieta.    

"I'm a white light that's burning right across your sky. Gonna light up the city and light up your night. Like a flame that keeps burning - shining on bright. I'm a flash across the sky. My name is Thunder."

Początkowe, drobne wyładowania tworzone między dłońmi Tempest dość szybko przerodziły się w kontrolowaną burzę. Do wtóru jej iskrzących oczu elektryczność zbiła się w kulistym kształcie krzesząc piorun. Ten, niczym wystrzelony bicz, uderzył w złamane drzewo rozsypując w powietrze z impetem liczne drzazgi i odłamki. Fëanáro wzdrygnął się mimowolnie, bo choć umysł przypuszczał, że Cassandra nie naraziłaby go na odniesienie obrażeń, to ciało i tak wyzwoliło odruchową reakcję. Elae nie chciał nawet myśleć o skoncentrowanym na nim strumieniu elektrycznej wiązki, jaka przeszłaby po jego przewodzącym w pewnym stopniu elektryczność pancerzu. Nie dziwił się też zupełnie temu, iż czarnowłosa oddaliła się paleniska na kilka kroków. Żywioł jakim dyrygowała, bo tak w jego odczuciu to wyglądało, był nie tylko destrukcyjny, ale i piekielnie szybki. Co jest bowiem w stanie doścignąć samą błyskawicę?
W czasie tego pokazu nadeszło też pełne zrozumienie, co do osobliwego spokoju, jaki jej towarzyszył podczas samotnej wędrówki w leśne ostępy. Elektryzujący występ przybrał jeszcze na sile, aż został dosłownie stłamszony wraz z zetknięciem ze sobą powierzchni dłoni. Iskry i wyładowania rozeszły się jeszcze w nieregularny sposób bo ciele Tempest, co znaczyło, że podobnie jak u niego - władany żywioł nie czynił jej samej widocznej krzywdy. Gdy dama przysiadła się na powrót bliżej paleniska, Benvolio przyklasnął dłońmi akompaniując tym wypowiadanym słowom:
- Ha! Wspaniałe! - rzucił widocznie pobudzony.
Ciepło ogniska i obecność miłej towarzyszki, do wtóru z jej kojącym zapachem perfum, sprawił, że jeszcze przed chwilą odczuwał nieodpartą pokusę błogiej drzemki. Jednak po zaprezentowanym przedstawieniu pokusa ta przerodziła się w podekscytowanie. Tempest, która obdarzyła go namiastką władanego aspektu była skromna, bądź też nie chciała od razu obnosić się w pełni swymi możliwościami, ale elae był niemalże pewny o posiadaniu przez nią znacznie większych pokładów tej mocy.
- Rozumiem środki ostrożności... - przytaknął jej słowom.
- ... ale pozwolisz, że nie zgodzę się do końca z tym całym wymuszaniem. Wyglądało to dla mnie, jakby ów żywioł tylko czekał na okazję, aż będzie mógł zaistnieć i narozrabiać. - odparł uśmiechając się filuternie pod nosem. Pytanie, jakie mu chwilę później zadała, nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Sięgnął on po leżakujący na kamieniu od dobrych kilku minut hełm i położywszy go na kolanach rzekł:
- Tak jak elae mają swoje prywatne księgozbiory, takoż i ludzie. Istnieją w Filirjonie zbiory ksiąg, do których to nie mam dostępu, bo nie spełniam konkretnego, szczególnego w danym przypadku, warunku. - ciągnął dalej zakładając ręka na rękę.
- Czy to bycie członkiem takiego, czy innego kultu, organizacji, czy choćby przynależność do danej familii. Podobnie jest u nas. - tu nastąpiła pauza, gdyż mężczyzna zastanowił się nad czymś przez chwilę.
- Rzeczywiście mamy publiczną bibliotekę odwiedzaną przez dworzan, a także służbę i gości. - dodał zakładając na czerep fikuśnie zdobiony hełm. Ostatnie słowo zaakcentował jakby nieco wyraźniej.
- Czemu pytasz? - zadał własne pytanie podnosząc ku górze jedną brew, widoczną teraz ze środka szczeliny w wizurze hełmu. Domyślał się powodów, ale wolał usłyszeć je od niej wprost.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Tempest
Przybłęda

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Pią Mar 23, 2018 2:57 pm

Gdyby głębiej się nad tym zastanowić, to kwintesencja czy też elektryczność była wyrzutkiem wśród żywiołów. O ile wszystkie cztery pozostały żyły w harmonii ze sobą, jedno dopełniało drugie, to piorun zdawał się sam od siebie nic nie dawać i mieć tylko tę niszczycielską naturę. Przynajmniej tak to się teraz prezentowało bo nie było takiego Franklina z latawcem, żeby odkrył elektryczność jako rodzaj paliwa. W końcu nie było tu technologii opierającej się na energii elektrycznej, nie było żarówek, odkurzaczy ani nic. Ale chyba jeszcze wszystko przed ludźmi. Na chwilę obecną, w mniemaniu Tempest, jej żywioł był wyrzutkiem. Nieposłuszny, niezbadany i niszczycielski. Jedyne co potrafił wytworzyć to ogień po uderzeniu w odpowiedni obiekt. Piorun uderza w drzewo, drzewo staje w płomieniach.
Uśmiechnęła się jedynie delikatnie, widząc że jej towarzyszowi spodobał się pokaz jej umiejętności. Naturalnie większe wrażenie robiłoby to, gdyby pokaz odbył się w nocy, jednak pora była taka a nie inna i wyboru nie było, zresztą gdyby mu powiedziała "Pokażę ci moją moc, przyjdź do mnie jak się ściemni" to nie zabrzmiałoby to dobrze. Przynajmniej w jej umyśle.
Przez chwilę jakby rozmyślała nad tym, co od niego usłyszała w temacie swojej mocy, po czym rozłożyła dłonie.
- Punkt widzenia tutaj zależy chyba od punktu leżenia, mój panie. Gdy przywołuję ten żywioł i pozwalam mu się skupiać i nabierać intensywności to mam tę świadomość, że nie będzie chciał robić, tego czego ja od niego oczekuję. Jestem jego uziemieniem, tak jakby, chyba nie za bardzo mu się to podoba - obwieściła, obejmując ramionami kolana i przyciągając je do siebie. O swoim żywiole mówiła jakoby byłby żywą istotą, z własnym rozumem. Czasem tak to właśnie wyglądało. - Ale potrafi też być zazdrosny o mnie, tak to przynajmniej wygląda. - uśmiechnęła się pod nosem do siebie. W myślach miała swoją aurę piorunów, która potrafiła "kopnąć" każdego kto się zbliżył. Nie jakoś boleśnie, jednak było to nieprzyjemne, krótkie ukłucie energii elektrycznej. Pstryk. Aua.
Zaczęła w umyśle analizować to, co jej powiedział. O ichniejszych bibliotekach, o tym dostępnych dla służby i gości, ale bardziej o tych prywatnych zbiorach. Pewna rzecz nie dawała jej spokoju od dłuższego czasu, a teraz on pogłębił jej wewnętrzny niepokój. Podniosła spojrzenie błękitnych oczu na niego i przez chwilę przyglądała się jego zakutej już w blachę głowie. Odpowiedź, której udzielała każdemu, który pytał skąd zainteresowanie danymi zbiorami ksiąg i tym podobnymi, zawsze była taka sama. Zawsze zrzucała to na swoje realne zainteresowanie alchemią, jednak nigdy o to nie chodziło. Nigdy nie był to główny powód, ten zawsze zostawał z nią, nikomu go nie zdradzała. Tak samo miało być i w tym przypadku.
- Po prostu zastanawiam się, czy ta konkretna księga - dotknęła torby, w której spoczywał wolumin - nie ma jednak nowszego wydania, wydanego w małym nakładzie i może zarezerwowanego dla Dworu. - odpowiedziała.
Pierwsze kłamstwo, które mu powiedziała. Chyba jakaś niewidzialna istota wepchnęła jej swoją łapę w klatkę piersiową, otoczyła szponami jej serce i ścisnęła niemiłosiernie. Nienawidziła okłamywać ludzi, w każdym razie nie tak wartościowych rozmówców i nie chodziło tutaj nawet o status elae. Nie rozprawiała nad tym czy był w swojej specyficznej urodzie przystojny czy nie, bo był; po prostu był dla niej miły (choć z początku gburowaty, ale zrzućmy to na jego krótkotrwałą fajtłapowatość). No i był oczytany; inteligentny. Brzydko to zabrzmi, ale kogoś na poziomie było ciężko znaleźć. Et voila; spotkała Elae. W środku lasu. Na polanie. Chyba w najmniej spodziewanym miejscu. Bolało ją, że musiała kłamać, ale prawdy też powiedzieć nie mogła. Odpowiedź "Aaaaa, tak sobie pytam, bez powodu" nie wchodziła w grę. Był zbyt bystry, żeby dać się tym zbyć. Tak obstawiała. Rozprawiając tak nad tym, na moment jakby odcięła się od rzeczywistości, by po paru dłuższych chwilach drgnąć, zamrugać kilkakrotnie i odchrząknąć. Tak, zachowywała się przecież całkiem normalnie.
- Ale to chyba bez sensu? Elae, z tego co słyszałam, nie parają się za bardzo alchemią. - powiedziała, zawieszając spojrzenie gdzieś w eterze.

_________________

Ay de mí llorona, llorona de azul celeste
Que aunque la vida me cueste, llorona
No dejaré de quererte

THEME
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Pią Mar 23, 2018 9:22 pm

Elae nie skomentował jej tłumaczenia na temat korzystania z mocy użyczanej jej przez kapryśny element. Jego nieposłuszeństwu i nieprzewidywalności. Wyglądało bowiem na to, że kobieta, przynajmniej według niego, źle postrzega koegzystencję ze swoim aspektem. Jeśli rzeczywiście stanowiła ona uziemienie, to nie było niczego dziwnego w tym, że błyskawice i pioruny nie były zadowolone z takiej symbiozy. Żywioły tak dzikie i nieujarzmione, jak elektryczność, czy choćby jego ogień, były upośledzane przez nakładanie nań ograniczeń. Zakładając na nie kajdany skazywało się na odwieczną z nimi walkę i rywalizację. Należało pozwolić im dojść do głosu współgrając z nimi. Wsłuchać się w to, co mówią, czego chcą i pojednać mieszając z ich charakterem. Takie było jego zdanie w tym temacie i do takich doszedł wniosków po setkach lat życia z płomiennym aspektem. Życia nie obok niego, nie na przekór niego, a w nim samym.
- Przewodnikiem, nie uziemieniem. - odparł jedynie, nie siląc się na zagłębianie w temat , które mogłyby być uznane za demagogiczne brednie i moralizatorską paplaninę. Każdy winien sam dojść do pojednania z posiadanymi mocami i znaleźć złoty środek na egzystencję pośród nich. Poza tym dopiero, co poznał Tempest i nie sądził, by była to odpowiednia okazja ku takim wywodom.
Odpowiedź na jego pytanie o biblioteki Elae sprawiło, że spojrzał nieco uważniej na dzierżony przez Cassandrę wolumin.
- A więc alchemia. - przeszło mu przez myśl grzebiąc w pamięci wzmiankującej o tej dziedzinie nauki. Szalenie złożona i obszerna bo dotykająca nawet spraw mistycznych i religijnych. O wiele bardziej skomplikowana aniżeli czysta odmiana botaniki. Sam nigdy nie pałał ku niej jakimś szczególnym zamiłowaniem, acz skłamałby jeśli nie próbował kiedyś nawet tykać pewnych związanych z nią zagadnień. Uważał on za szczególnie interesujące próby pozyskania przez alchemików eliksiru nieśmiertelności. Czegoś, co przedłużałoby życie śmiertelnej jednostki choćby i w nieskończoność. Jak feniks z popiołów...
- Osobiście nie znam pośród Elae kogoś, kto specjalizowałby się wyłącznie w alchemii i był autorytetem w tej dziedzinie. Już nie. - dodał głosem poważnym, przebrzmiewającym echem smutku.
- Co zaś się tyczy książek na podobieństwo twojej... Hmm... - Benvolio zapewne podrapałby się po czerepie, gdyby nie miał na nim hełmu, więc poskrobał palcami o metaliczną powierzchnię.
- Zapewne, coś mogłoby się u nas znaleźć. Musiałbym jednak to zkonfirmować. - tu zrobił pauzę i wystawił przed siebie opartą o kolano dłoń.
- Choć dwory mej rasy zamknięte są dla przybyszów z zewnątrz, to zarządzanie obecnymi tam zasobami leży w geście samych dworzan. Jakiś lubiący ryzyko Elae pewnie nawet poważyłby się na wyniesienie stamtąd tej, czy innej książki. Nie wydaje mi się to nieprawdopodobne. - tu uśmiechnął się niemal bezczelnie, dodając:
- Ciekawe, co ktoś taki mógłby uzyskać za to w zamian. Czysto hipotetycznie oczywiście. - oznajmił, po czym wrócił do cichego pogwizdywania patrząc wyraźnie ukontentowany na co raz jaśniejsze promienie słoneczne.

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Tempest
Przybłęda

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Pią Mar 23, 2018 10:14 pm

No niestety, jednak Tempest nie wytrzymała i przewróciła oczami na jego komentarz. Piękne oczy, ale gest niekoniecznie. Niemniej jednak tu zauważyła, że poglądy mają odmienne i nawet chętnie odstąpiłaby mu swój aspekt na jeden dzień, żeby zobaczył jak to jest, kiedy nie możesz sobie pozwolić na większą radość, na smutek, na złość. Kiedy musisz być przez większość czasu wypraną z emocji osobą, bo gdy raz za bardzo dasz się takim ponieść to żywioł wymknie się poza kontrolę. Można było powiedzieć, że to brak pełnej kontroli nad aspektem, jednak jego istotą było to, że był silnie związany z jej emocjami. Kontrola nad nim zależała od kontroli jaką miała nad sobą i nie dało się tego rozdzielić. Nie dało się też kontrolowanie się wściekać czy smucić.
Nie zamierzała się jednak kłócić, czy też stale wymieniać odmiennymi poglądami, bo była przekonania, że jeśli ktoś nie wskoczy w jej buty choć na jeden dzień to nie mógł wiedzieć jak to jest. Nie uważała, że czyni ją to wyjątkową czy też męczennicą pańską. Po prostu tak musiało być.
Alchemia była w jej rodzinie od początku. I to w zasadzie przez nią całe dzeiciństwo i lata młodzieńcze kobiety się posypały. Nie było ich. Wyjęte z życiorysu. Ale to już jej historia, ta której tak zaciekle broniła przed światem.
Skrzyżowała ramiona na piersi, mrużąc oczy i lustrując go przenikliwym spojrzeniem kiedy to pokazał jej się z tej mniej szlachetnej strony. A więc jednak pełnokrwisty Elae. Może i ewenement, ale jednak. Chociaż ten brak bezinteresowności ukazywał się nie tylko w Elae i w zasadzie tu zmierzyła go miarą zwykłego kmiotka, który mówi "a co mi dasz jak coś". Dobrze, że tego nie słyszał, bo sam pewnie by ją zatłukł tym jej opasłym tomiszczem.
Nabrała powietrza w płuca i wypuściła je ciężko. Zresztą, nie podobało jej się za bardzo to, co w pewien sposób sugerował. Nie szukała woluminu w temacie alchemii, to był blef. A nie mogła go też poprosić o odnalezienie tego właściwego, bo pewnie padłyby pytania pokroju "po co", a nawet jeśli to pewnie sam tytuł tej księgi zachęciłby do jej przewertowania w efekcie czego mógłby znaleźć coś, o czym miał nie wiedzieć. On, ani nikt inny. Przykra sprawa, bo teraz było się ciężej wykręcić. Przecież nie powie, że nagle straciła zainteresowanie tym, o co tak wypytywała. Trzeba było rozegrać to inaczej.
- Cóż, mój panie, nie mam zbyt wiele w ofercie dla tego lubiącego ryzyko Elae. Nie mam dużo pieniędzy i pewnie za takowymi się nie rozgląda bo mógłby mieć ich więcej ode mnie, nie jestem wpływowa, a i tak pewnie miałby władzy więcej niż ja - zaczęła wyliczać, wyciągając otwartą dłoń przed siebie i przy każdej możliwości zaznaczała ją na innym palcu - Gdyby był to mężczyzna to nie mogłabym zaproponować tego, czego większość oczekuje w zamian, a co nie zgadza się z moją moralnością; zresztą jak to Elae to pewnie nie zniżyłby się do obcowania ze zwykłym człowiekiem; Nie oferuję swojego miecza w potrzebie, bo takiego nie mam - zawiesiła głos, spoglądając na niego teraz nawet nieco chłodniej - Jedyne co mam w ofercie to przygotowanie porządnej strawy na kolację, choć pewnie woli od ichniejszych kuchtów; próbę wtajemniczenia w jakimś stopniu w tajniki alchemii. A w pakiecie sojusznika wśród - zawiesiła głos - pospólstwa.- wypowiedziała to słowo z pewnym niesmakiem.
Celem było pokazanie, że przecież nic nie ma i w efekcie czego, zniechęcenie do dręczenia tematu w dalszym stopniu. Alchemii mogą go uczyć bardziej zaprawieni niż ona, o ile tacy byli na dworze Elae (choć z tego co słyszała to każdy z nich to lebiega w tym temacie), zresztą po co by mu to było. Taka wiedza. A po drugie - gotować to mu przecież mógł każdy. Skąd mógł wiedzieć, że jak ona coś przygotuje to proszę siadać. Miał swoich wprawionych kuchtów i to oni się tym zajmowali.

_________________

Ay de mí llorona, llorona de azul celeste
Que aunque la vida me cueste, llorona
No dejaré de quererte

THEME
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Sob Mar 24, 2018 6:00 pm

Jego aluzja względem otrzymania czegoś w zamian, za wyświadczoną przysługę, spotkała się ze zmianą podejścia Tempest. Najwidoczniej odziany w zbroję rycerz nie sprostał jej wyobrażeniom o byciu kimś bezinteresownym. Prawda była taka, że pojęcie bezinteresowności było na tym świecie jedynie naiwną mrzonką. Mitem nie mającym żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. Każdy czegoś chciał, czegoś oczekiwał i czegoś pragnął. Choćby nie wiadomo jak trywialne, czy ukryte miałoby to nie być. I nie ważnym było, czy chodzi o materialne dobra, potrzebę akceptacji, czy okazane uczucia. Wszystko zawsze musiało sprowadzić się do zaspokojenia własnych potrzeb. Nawet altruizm był iluzją.
Same księgi nie zajmowały go nadto, szanował słowo pisane, acz nie przykładał doń aż tak wielkiej wagi. Już nie.
Wyniesienie tego, czy innego woluminu z dworskiej biblioteki nie stanowiło dla niego w rzeczywistości najmniejszego nawet problemu. Jako markiz, odpowiedzialny nie tylko za siły zbrojne Elae Lata, ale i wszelkie militarne przedsięwzięcia, bitewne planowanie i koordynowanie całej defensywnej machinerii dworu, nie musiał tłumaczyć się ze swych działań przed nikim, poza samym księciem. Gdyby miał taki kaprys, to wyniósłby z pałacu choćby i worek złota rozdając go na ulicach Filirjonu biedakom. Później jedyne, co musiałby zrobić, to zmanipulować księcia przedstawiając mu cały proceder, jako fortel mający na celu dobro dworu. Były to jednak jedynie spekulacje nie mające teraz większego sensu.
Czy chodziło mu w ogóle o jakąkolwiek przysługę? Nie, przynajmniej nie w tym momencie, a już z pewnością nie wymagał od Tempest rekompensaty pieniężnej, ani tym bardziej zapłaty w naturze. Nigdy nie zniżyłby się do takiego poziomu. Bądźmy bowiem szczerzy - jaką wartość miało dla niego zażywanie cielesnych rozkoszy wiedząc, że akt nie odbywa się za obopólną zgodą i nie wynika z wzajemnego afektu, a podyktowany jest jedynie wyrachowaną transakcją. Byłoby to prymitywne zaspokojenie swej chuci. Miłosny akt w skarlałej i wypaczonej formie. Pusty i nie niosący za sobą niczego, prócz krótkotrwałej przyjemności.
Bezwartościowy.
Podobnie było z przygotowanym w zamian za przysługę posiłkiem, jedzenie takie, choćby najbardziej wykwintne i wyszukane, nie smakowałoby mu, stając w gardle. Świadomość, że danie byłoby tylko formą zapłaty zabiłoby cały urok i zniweczyło wysiłek włożony w jego przygotowanie.
O nie, to nie o zapłatę tutaj w rzeczywistości chodziło, a o dowiedzenie się jak bardzo Cassandrze na owej księdze mogło zależeć. I okazało się, że zależało. Nawet bardzo.
Dzięki skryciu twarzy pod przyłbicą fikuśnego hełmu Elae mógł ukryć uśmiech wypełniony satysfakcją.
Jej teatralne westchnięcie, chwila zmieszania i próba poradzenia sobie z jego aluzją jasno na to wskazywała. Do tego chłodne spojrzenie i sposób w jaki wypowiadała niemal zniesmaczona kolejne słowa. Już sam fakt wyliczenia zapłaty w naturze i poinformowanie go, że przekracza to jej moralność. Może i przekraczało, ale chęć posiadania owej księgi była na tyle duża, że poważyła się głośno o tym wspomnieć, tłumacząc się, że nie byłaby w stanie tego spełnić.
Mężczyzna zaśmiał się perliście po całym wywodzie czarnowłosej, bynajmniej nie wyśmiewając jej, a będąc z czegoś wysoce zadowolonym. Nuda toczyła go od jakiegoś czasu jak korniki gnijące drzewo. Dzisiejsza interakcja z czarodziejką wzbudziła w nim dawno nieobecny rodzaj podekscytowania za co był szczerze wdzięczny.
Zerwał się on na równe nogi, by rozprostować dolne kończyny patrząc wprost na górujące nad lasem słońce. Czuł się znakomicie. Czuł się żywy.
- Dosyć aluzji i słownych gierek. Możesz być ze mną szczera bo i ja nie zamierzam bawić się w niedopowiedzenia. - zabrzmiał wyjątkowo twardo, choć nadal dźwięcznie i harmonijnie głos mężczyzny. Był to głos kogoś nawykłego do wydawania poleceń, ale i nigdy nienadużywającego swej pozycji bez realnej potrzeby.
- Sprecyzuj swoją prośbę, a zostaniesz wysłuchana. Spróbuję zadośćuczynić twemu życzeniu w miarę moich możliwości. Kto wie kiedy przyda mi się pomoc osoby dyrygującej piorunami, do tego alchemiczki. Zapewne wcześniej aniżeli byłbym skłony to przyznać. - rzekł przenosząc spojrzenie w lazurowe oczy Cassandry. Wwiercając się w nie żądny odpowiedzi nie przyjmując nawet do świadomości jej odmowy.
- Nie widzę złego w tym, że wzajemnie sobie pomożemy, nie jest to chyba wbrew twej moralności, moja droga? - zagaił luźno.
- Twój aspekt więcej znaczy, aniżeli tuzin zbrojnych mieczników, zwłaszcza, gdy pozwoliłabyś mu rozwinąć w pełni skrzydła. - oznajmił więcej, aniżeli pewnym siebie głosem. Wraz ze zbliżającym się powoli południem zmieniała się adekwatnie do położenia Słońca na niebie jego osobowość. Nie była to ekstremalna zmiana, ale nabierał on animuszu i pewności siebie. Posiadany burzliwy żywioł definiował także jego posiadany charakter. Próżno było już szukać u niego zmieszanego fajtłapę sprzed kilku chwil. Teraz emanowała od niego charyzma i śmiałość względem każdego postanowionego czynu.
Na koniec skłonił się nieznacznie mówiąc:
- Byłbym zaszczycony mogąc wliczyć twoją osobę w poczet mych sojuszników. - jego ton, choć oficjalny, to jednak pobrzmiewał szczerą sympatią wobec znajdującej się opodal kobiety. Na koniec wystawił przed siebie dłoń z której na wszelki wypadek ściągnął opancerzoną blaszkami rękawicę, w geście łaknącym objęcia przez dłoń Tempest.
- To jak? - zapytał czekając na respons.

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Tempest
Przybłęda

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Sob Mar 24, 2018 7:11 pm

Tempest słuchała go, a jej źrenice jakby się zwęziły. Lustrowała go, a raczej jego zakuty w blachę łeb, badawczym spojrzeniem. Cała ta przyjemna rozmowa zaczynała nabierać nieco innego kształtu. Ba, zaczynało jej się to coraz mniej podobać. I nawet nie chodziło o to, że markiz czegokolwiek oczekiwał od niej w zamian, bo przecież tak ten świat funkcjonował, a to jej wina, że wierzyła w bajki o cnych rycerzach, którzy ratują damy w potrzebie i to bezinteresownie. Zresztą był Elae, powinna mieć to na uwadze już od samego początku. A niestety jego podejście pozwoliło na uśpienie jej czujności. Była zła, że pakt toczył się tutaj o złą książkę. Nie o wolumin poświęcony alchemii szło, to bzdura, choć i tak by jej się przydał.
Potrzebowała kronik z tamtejszego dworu. Zapisków z historii, konkretnej opowieści.
Zacisnęła dłonie w pięści, z wolna się podnosząc z ziemi. Otrzepała płaszcz, na którym siedziała a następnie wróciła wzrok na pana zakutego w blachę.
Oferta współpracy. Pamiętała jedną, jedyną ofertę współpracy jaką otrzymała jej rodzina od pewnego Elae. Nie skończyło się to dobrze dla całego rodu, ale dla wysoko postawionych Elae też. Nie wyglądało to dobrze.
- Ty... - zaczęła dość ostrym tonem, jak gdyby chciała mu coś wyrzucić. Zaraz potem westchnęła ciężko i kontynuowała już spokojnie. - Nie wiesz z kim wplątujesz się w sojusz, mój panie. Ale wydaje mi się, że powinieneś jednak wiedzieć i choć raz skłamałam podczas naszej rozmowy, to teraz będę szczera - oznajmiła, przyjmując zamkniętą postawę, krzyżując ramiona na piersi. - Nie szukam żadnego woluminu o alchemii, wiedzę o niej mam dostateczną. To, czego tak naprawdę potrzebuję to dostęp do kronik, do ksiąg zawierających tę jedną historię, o której dawno już na Dworze zapomniano, a która teraz to mnie spędza sen z powiek. Nie powinno być tego dużo, ale szukam kronik o rodzinie Volta. Od lat poluję na te historie w antykwariatach, rwąc kartki z ksiąg i paląc je w kominkach. - wyjawiła, opuszczając dłonie wzdłuż ciała. Zacisnęła dłoń w pięść, jak gdyby tocząc wewnętrzną walkę z samą sobą. - Możesz mi pomóc na dobre usunąć jakąkolwiek pamięć o nich i to o to mi chodzi. Jednocześnie dowiesz się, z kim tak naprawdę wdajesz się w układy. - powiedziała, po czym sięgnęła do tasiemki na swojej szyi i zerwała ją. Podeszła powoli do markiza i wcisnęła mu w tę dłoń tasiemkę z herbem rodowym, ze sroczką. W sekundę potem chwyciła go za przedramię, zaciskając palce na karwaszach. Iskra zeskoczyła z jej ciała na metal. Nie było to wysokie napięcie, nie zadało bólu, a wręcz przeciwnie - mogło w pewien niewygodny sposób załaskotać.
- To ci pomoże poruszać się wśród herbów, a później ewentualnie mnie znaleźć. Portowy kupiec jest centaurem, oddasz mu wstążkę to mnie sprowadzi. Tymczasem ja będę musiała zaszyć się w dziurze, czekając na twój werdykt. - skończyła, odsuwając się o parę kroków od niego.
Tak o to posłała go po, zapewne jakiś stary, zakurzony i zapomniany wolumin, którego pewne istnienie nie dawało jej spokoju. Jej rodzina została znienawidzona i wyklęta przez Elae za swoje czyny. A Tempest miała teraz okazję albo pozbyć się tomiszcza i uwolnić się od widma przeszłości, albo dołączyć do przodków i również zostać wyeliminowaną przez Elae. W zasadzie to była zmęczona tym wszystkim tym ciągłym szukaniem i jeśli jej historia miałaby się skończyć teraz, po przypomnieniu z jakiego rodu pochodzi i odesłaniu do jego historii to trudno.

_________________

Ay de mí llorona, llorona de azul celeste
Que aunque la vida me cueste, llorona
No dejaré de quererte

THEME
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Sob Mar 24, 2018 11:20 pm

Rzeczywiście nie miał początkowo bladego pojęcia komu zaproponował sojusz, gdyby tak było pewnie zastanowiłby się nad tym dwa razy. Ale, słowo się rzekło, a jego słowo było czymś niepodważalnym i permanentnym. Nie zamierzał go teraz odwoływać nawet po rewelacjach, jakie chwilę później przyswoił.
A więc Cassandra wreszcie wyjawiła rzeczywisty cel jej prośby. To, co usłyszał zmroziło go wprowadzając w chwilową konsternację. Choć obecnie nazwa "Volta" nie była zbyt żywa pośród Elae, skrzętnie zamieciona pod dywan, aby nie narażać dobrego imienia dworu, to jednak osoby, które piastowały odpowiednio wysoką rangę i były wtajemniczone w kulisy tajemniczych morderstw nie spały przez to miano. Przez ten ludzki ród.
- O nie wątpię, że wiedzę masz dostateczną, jeśli pochodzisz z tego właśnie rodu. - przeszło mu przez myśl z dozą ironii. Może dla innych wydarzenia, jakie rozegrały się na owym feralnym balu były już zapomnianą przeszłością, ale dla niego był to ledwie ułamek jego żywota. Los potrafił być naprawdę okrutnym błaznem, że postawił na jego drodze członka rodu Volty. Było to o tyleż niespodziewane, że ponoć wszyscy oni zostali w ten, czy inny sposób wybici co do nogi. Obydwa dwory z zaciekłością godną łowczych ogarów rzuciły się, aby odnaleźć i ukarać sprawców tamtych czynów. Wysoce haniebnych, bo zginęło wiele niewinnych istot, a Elae nie pozostali później dłużni mszcząc się okrutnie.
- Dwadzieścia dwa lata temu, musiała być wtedy ledwie dzieckiem. - pomyślał odtwarzając niechętnie w pamięci tamte wydarzenia.
Nie dziwiło go to, że kobieta chciałaby wymazać jakiekolwiek wzmianki na temat przodków, bo prócz czarnej plamy na kartach historii jej spokojna egzystencja pośród społeczeństwa była zagrożona. Tempest chyba nawet nie zdawała sobie sprawy z jak bardzo. Co było w tym wszystkim ironiczne, to fakt, że gdyby czarodziejka wyjawiła przynależność do swego rodu innemu Elae, właśnie mogłaby już być w drodze do lochów. Z drugiej jednak strony mało kto pośród obecnego społeczeństwa tej rasy był wtedy na tyle dorosły i piastujący odpowiednią rangę, aby móc to pamiętać i skojarzyć wszystkie fakty. On na swoje nieszczęście doskonale to pamiętał, bo tam był. Nigdy nie dało się całkowicie zniszczyć demonów przeszłości. Można było je uśpić, odtrącić w kąt, ale kiedyś wracały. Równie spragnione krwi i głodne ofiar , co kiedyś.
"Jednocześnie dowiesz się, z kim tak naprawdę wdajesz się w układy." - słowa te przebrzmiały ponownie w jego umyśle. Ależ on wiedział, wiedział doskonale i wcale mu z tą wiedzą nie było dobrze. Ciążyła mu ona przytłaczając i ciągnąc na dno ciemnego stawu pełnego smutku i negatywnych emocji. Cóż, zdołał się już przyzwyczaić. Jedna z kolejnych bolączek bycia długowiecznym. Czy ta gehenną miała się kiedyś zakończyć? Bardzo krótko postrzegał właściwości zmartwychwstania swojego aspektu jako dar, bardzo szybko zrozumiał, że to bardzo paskudna, nieuleczalna klątwa. Najgorsza była właśnie pamięć minionych żywotów. Pamięć ta była momentami tak bolesna, że wpędzająca niekiedy w szaleństwo. Kiedyś wydawało mu się, że stanie w obliczu własnej śmierci musi być potwornym doświadczeniem. Wiedział, że nikt nie może być pewien, jak się wtedy zachowa, czy nie obudzi się w nim przerażone, pragnące żyć zwierzę. Nie przypuszczał jednak, że można było uniknąć śmierci i czuć konieczność dalszego życia jako straszne, ciążące brzemię.
Rycerz przyjął w ciszy otrzymaną tasiemkę i nawet iskra, która popieściła go przechodząc po metalowej zbroi nie była w stanie wymusić teraz na nim jakiejkolwiek reakcji.
- Twa prośba większa jest, aniżeli możesz sobie wyobrazić. - powiedział głosem pełnym smutku. W wizurze hełmu jego lazurowe oczy stały się szkliste. Pamięć o otrutych rodakach, z pośród których wielu było mu w mniejszym, bądź większym stopniu bliska, zakuła jak rozżarzone pręty przytknięte do gołej skóry. Z drugiej strony świadomość, że Tempest nie była temu w żaden sposób winna sprawiało, że był wewnętrznie rozdarty. Doskonale rozumiał on wiszące nad kimś fatum i mógł się z nią w pewien sposób zidentyfikować. Jej przeszłość musiała być paskudna i nawet nie próbował drążyć tego tematu.
Skinął głową wysłuchawszy wszystkich wyjaśnień i przytrzymał na moment jej dłoń, która opinała jego przedramię.
- Proszę, nie wspominaj już nigdy nikomu o swoim rodzie. To może przynieść tylko zgubę. - rzucił poważnym i posępnym głosem. Nie była to groźna, a zwyczajna prośba mająca na celu oszczędzić jej w przyszłości smutku.
I choć nie powiedział jej jawnie o tym, że wiedział niemal o wszystkim, to z jego słów mogła bez trudu wywnioskować, że wiedział. Po prostu.
Puścił jej rękę i nałożywszy z powrotem rękawicę sam począł się oddalać. Na jego zbroi jeszcze przez chwilę gościły niesforne iskierki, ledwo zauważalne pośród słonecznych promieni. Odwrócił się jeszcze na moment przez ramię rzucając na pożegnanie:
- Zrobię, co w mojej mocy pani! - siląc się na odrobinę wesołości w swym głosie.

[z/t]

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________


Ostatnio zmieniony przez Benvolio dnia Nie Mar 25, 2018 12:18 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Tempest
Przybłęda

avatar



PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   Nie Mar 25, 2018 12:25 am

To nie miało tak wyglądać. W ogóle nie miało wyglądać. Nie miała w planach, że temat tak nagle zejdzie na księgi na Dworze Elae, a ona jak kanarek wyśpiewa przed nim znaczną część swojego sekretu. Tak znaczną, że on od razu wiedział, o co chodziło. Nie wiedziała, że ten Elae to też ten, którego druhowie wyzionęli ducha za sprawą działań jej matki i ojca. Ona sama nie była winna, w końcu miała wtedy dobre pięć czy sześć lat. Fakt, gdyby miała lat więcej to pewnie sama by przy tym brała udział, bo właśnie na taką by ją wychowano. Na szczęście i jej nieszczęście - to nie jej rodzice wychowali ją, to jej starsza, niewiele starsza siostra. I tak oto jedenastolatka i sześciolatka były zdane na siebie oraz ewentualną pomoc Elae, za sprawą którego cały ten zamach miał miejsce. Nie dorastała w dostatku, często głodowała, a drwal który wziął dziewczynki pod swoją opiekę był kawałem chu... mięcha. Nienwidziła swoich rodziców i w tej nienawiści się wychowała. Z drugiej strony za cel postawiła sobie oczyszczenie siebie z zarzutów, siebie jako Sroki. Stąd też nie zrezgynowała z używania herbu rodowego. Było to głupie, a jednocześnie odważne z jej strony.
Gdy zobaczyła jego reakcję, cały świat zwolnił. On wiedział. Takie miała przeczucie, a potwierdzała je poniekąd reakcja Elae na jej słowa. I to, co potem powiedział. Domyślała się, że to, o co poprosiła nie było zwyczajną prośbą; żeby poszedł jej rogalika na targu kupić.
Wolną dłoń zacisnęła pięść, zliczając w myślach od pięciu do jednego, ponieważ przez to, co miało tutaj miejsce, jej aura piorunów zaczynała tracić swoją stabilność i małe wyładowania zaczynały przechodzić po jej ciele. Z małą częstotliwością, ale czuła, że bardzo szybko może się to rozpędzić. Potrzebowała odzyskać spokój, ale Elae na pewno nie pomógł. Nie tym, co jej powiedział. Potrzebowała samotności, potrzebowała się uspokoić. Już czuła, że mogła się tu rozpętać burza. Poza jej kontrolą.
- Więc mam żyć całe życie w strachu, że ktoś rozliczy mnie ze zbrodni moich rodziców. - stwierdziła, nie oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi.
Gdy wypuścił jej rękę, ona zacisnęła ją w piąstkę, nie czując się najlepiej.
Idź już, pomyślała, kiedy ten odchodząc odwrócił się i złożył obietnicę. Nie chodziło o to, że nagle jej podejście do Elae diametralnie się zmieniło. Ona wiedziała co się szykuje.
Skinęła głową, po czym odwróciła się.
Żal, rozgoryczenie, złość, smutek, strach, nienawiść. Mieszanka złych, negatywnych uczuć zaczęła kotłować się w tej biednej kobiecie. Skrzyżowała ramiona na piersi, zaciskając palce na ramionach. Zmarszczyła czoło, za wszelką cenę nie chcąc pozwolić swojemu Aspektowi wypełznąć. Trzask - pierwszy piorun wyrwał się z jej piersi i pomknął ku najbliższemu drzewu, by wręcz przeciąc je i zwalić na ziemię. Znów żywioł umknął jej i uderzył w ziemię nieopodal. I jeszcze trzy, może cztery takie błyskawice wyrwały się z niej, każdy z nich znalazł sobie ofiarę. Dopiero wtedy udało się te emocje stłamsić, doprowadzić siebie do porządku. Opadła na kolana, w myślach przywołując co przyjemniejsze wspomnienia dla zrównoważenia tych złych emocji.
Cisza. Nieprzyjemna cisza. Biedna, biedna Tempest.
Ocknęła się z transu, w jaki wpadła, kiedy to usilnie próbowała przejąć kontrolę nad samą sobą. Podniosła się z kolan i rozejrzała. Jej żywioł po raz kolejny coś zniszczył, znów pozwoliła mu umknąć by robił, co chciał. I oto były efekty. Wypalona miejscami ziemia i wręcz powysadzane drzewa. Zacisnęła swoje dłonie w piątki i czym prędzej stąd odeszła.
zt/

_________________

Ay de mí llorona, llorona de azul celeste
Que aunque la vida me cueste, llorona
No dejaré de quererte

THEME
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Opuszczona Polana   

Powrót do góry Go down
 
Opuszczona Polana
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Polana nad strumieniem
» Opuszczona stacja kolejowa.
» Nie-taka-znowu-opuszczona Stacja Benzynowa [włości Chestera]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: 
Dzikie tereny
 :: 
Las Graniczny i okolice
-
Skocz do: