Wszelkie prawa do użytych utworów posiada Adrian von Ziegler



 
IndeksCalendarFAQSzukajGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 False Fire

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: False Fire   Pon Kwi 02, 2018 3:24 pm




Śnieżne połacie zalegały na zewnątrz gdzie tylko był w stanie sięgnąć okiem. Zima trwała w najlepsze manifestując swoje jestestwo białym puchem otulającym zewsząd górskie granie, korony drzew i dachy finezyjnych budynków. Elae odziany w nieodzowną malachitową zbroję wszedł na taras niespiesznym, nonszalanckim krokiem. Markiz lata podszedł do balustrady i oparł się o nią dłońmi rozkładając szeroko ramiona. Nim powierzchnia opłytowanych rękawic zetknęła się z lakierowaną, dębową poręczą cały zalegający na niej dotąd śnieg stopniał zupełnie pośród drobnych obłoczków pary. Emitowane wokół przez mężczyznę ciepło rozpuściło kredowy całun na tarasie na tyle gwałtownie, że nasycone parą wodną powietrze przybrało postać mgły. Jej mleczne opary unosiły się teraz leniwie wokół mężczyzny zamazując obraz jego sylwetki.
Zaaranżowane przez niego spotkanie było swego rodzaju przejawem przezorności, jaką na wszelki wypadek wolał przedsięwziąć. Nie bez powodu powiadano, że ostrożni żyją dłużej od odważnych. Umierają mniej tragicznie i rzadziej przy tym krzyczą ze strachu. Nie żeby Fëanáro specjalnie przywiązywał wagę do swego życia, acz śmierć, ta absolutna śmierć, wydawała mu się niezwykle nudna w swej nieuchronnej ostateczności. Był przygotowany na przyjęcie jej z uśmiechem i dużą dozą satysfakcji, ale jeszcze nie teraz.
Elae zerknął na rosnące w donicach rośliny, które nie bały się zimowej aury. Ich nazwy wspaniale komponowały się z jego rychłym zamysłem i tematem zainscenizowanego mityngu.
Po jego prawicy rósł posępnie czerniec do pary z kilkoma kościenicami. Przy wejściu na balkon rozrastały się swobodnie babimory i cykuty, zaś z lewej strony terasy wegetowały kadzidła. Benvolio skierował spojrzenie w dal wyginając się lekko do przodu oparty o gelender. Niżej, w oddali dworzanie i słudzy krzątali się zajęci rutyniarskimi obowiązkami. Życie na dworze toczyło się swoim ustawicznym torem, niczym doskonale naoliwiona maszyna codzienności. Pospolicie, przeciętnie i jakże nudno.
Nie mogąc doczekać się Shallan, rycerz wystukiwał koniuszkami palców o poręcz rytm, akompaniując przy tym pogwizdywaniom układającym się w subtelną piosnkę. Melodię zapomnianą przez ówczesnych.
Ale nie przez niego.

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Świergot
Baronessa

avatar



PisanieTemat: Re: False Fire   Pon Kwi 02, 2018 7:21 pm

Shallan de Länathari zaanonsowała swoje przybycie przykrym skrzekotem nienaoliwionych drzwi, choć początkowo wcale nie obnosiła się z podobnym zamiarem. Wkroczyła do zimowej posiadłości z królewskim rozmachem, przyklaskując surowej elegancji jej wnętrza. Niezbyt wyszukana aranżacja, oceniła pragmatycznie, posyłając spojrzenie ku wiodącym na górę stopniom, ale nie do szczętu pozbawiona uroku.
Bez zastanowienia strzepnęła pozostałości śniegu spomiędzy lśniącego włosia wytwornego futra, które następnie nonszalancko przewiesiła przez ramię.  Gdyby nie imitujące smoczą łuskę seledynowe aplikacje, dzisiejszy strój baronessy uszedłby za jeden z najskromniejszych, jakie kiedykolwiek na siebie przywdziała; zwieńczone wysokim stanem spodnie z dumą prezentowały gościniec długich i niewymuszenie szczupłych nóg, a korpus otulała wyszywana srebrnymi nićmi kamizelka. Jedynie bogato upierścienione palce i mgiełka skrzących spomiędzy włosów ozdób wskazywały na szlacheckie pochodzenie.
Fałszerka wykonała zdecydowany krok naprzód, akcentując własną obecność rytmicznym stukotem wysokich obcasów. Pospiesznie przemierzyła długość krętych schodów i skierowała się, stosownie do powziętej uprzednio instrukcji, ku strzelistym odrzwiom, prowadzącym na wyścielony puszystą pierzyną śniegu taras. Świergot oparła przedramię o dębową framugę,  uważnie taksując wzrokiem wspartą na girlandzie personę, która pogrążona głęboko pod taflą myśli zdawała się pozostawać obojętna na jej przybycie.
Oto jest — rozpoczęła podniośle, obnażając perlisty rząd zębów w najczarowniejszym z uśmiechów; spod prowizorycznej warstwy słodyczy przebijała szpetota cynizmu — mój absolutny faworyt wśród markizów. — Ustawiczne kłamstwo powtarzała wszystkim, którzy szczycili się tożsamym mianem, choć ongi nie znała ich jeszcze zbyt wielu. A w każdym razie nie osobiście.
Nie uraczyłeś mnie zaszczytem osobistego powitania, więc postanowiłam sama zaprosić się w twoje skromne progi — wytłumaczyła, z uznaniem ciesząc oczy splendorem malachitowej zbroi interlokutora. Z gracją stąpającego po wąskiej krawędzi kota przecięła taras, zatrzymując się tuż obok Benvolia i uniosła głowę, zuchwale wystawiając alabastrowe oblicze na spotkanie z pierwszymi promieniami słońca. — Tuszę, że wybaczysz mi to drobne nadużycie.

_________________
Stand in the ashes of a trillion dead souls and ask the ghosts if honor matters.


Their silence is your answer.
| Theme.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: False Fire   Pon Kwi 02, 2018 11:38 pm

Subtelny, ledwie z początku słyszalny stukot czyiś obcasów miarowo wzmagał się zwiastując nadejście wyczekiwanego gościa. Z kocią gracją Shallan dotarła na górę pałacowej posiadłości zaszczycając swym jestestwem uniżonego sługę jego książęcej mości.
- Oto jest - spapugował introdukcję rozmówczyni - mistrzyni słownej ekwilibrystyki, manipulantka cudzej przeszłości, fabrykująca rzeczywistość. - choć nie każde z tych określeń można było poczytać jako komplement, to jednak w wypowiadanych przez Elae słowach pobrzmiewała niezmącona doza uznania.
- Droga Shallan, mam zamiar w niedalekiej przyszłości poważyć się na czyn równie śmiały, co lekkomyślny. - w jego głosie dało się pod oficjalnym tonem wyczuć szczyptę bycia podekscytowanym.
- Wiąże się z nim ma żarliwa prośba wobec Twej osoby. Nie znam bowiem nikogo, kto przez wzgląd na swe umiejętności, a także czynniki natury mistycznej oraz duchowej, że się tak wyrażę, nadawałby się lepiej... - tu spauzował na chwilę wypowiedź puszczając poręcz balustrady. Obrócił się wreszcie w stronę de Lanäthari kwitując uśmiechem jej nieodzowny atrybut w postaci nonszalanckiego ubioru, nie stroniącego od przepychu i dworskości. Uderzyło go nostalgiczne uczucie cofające w minione lata. Okres, gdy miał przyjemność rozmawiać nieraz z postacią łudząco podobną do stojącej teraz przed nim.
Gwendolyn.
Wiele genów, a także zapewne i umiejętności przeszło z matki na córkę, co do tego nie miał wątpliwości. Efemeryczność zjawiska Déjà vu sprowadziła go szybko z powrotem do teraźniejszości.  
- ... lepiej do udzielenia mi wsparcia w mym małym przedsięwzięciu.
Spojrzał na Shallan skupiając na niej całą swą uwagę, co mogło oznaczać tylko jedno - bardzo zależało mu na pozytywnym rozpatrzeniu jego supliki. Zintensyfikowanie atencji na białowłosej baronessie miało także zapewne w nienachalny sposób wytworzyć delikatną nić presji z jego strony. Balansował on na granicy schlebianiu rozmówczyni, a także agitowaniu i forsowaniu zamglonej idei. Oszczędnie operował informacjami w swojej enuncjacji, najwyraźniej nie chcąc wchodzić póki co w zbyteczne szczegóły. Nadal bowiem próbował w myślach należycie wszystko uporządkować i posegregować, planując wszystkie ewentualne skutki i konsekwencje, jakie tylko mogły się później z całej tej kabały rozegrać. Benvolio przechylił nieznacznie głowę nie przestając lustrować "Świergotu" zastanawiając się, czy i jaką cenę mógł usłyszeć w responsie na swoją prośbę. Słoneczne promienie za jego plecami oblewały ich dwójkę w iście boskiej aurze jasności, co stanowiło dość przerażający kontrast biorąc pod uwagę fakt, iż już niedługo mieli próbować dobijać się do bram piekieł.

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Świergot
Baronessa

avatar



PisanieTemat: Re: False Fire   Wto Kwi 03, 2018 7:20 pm

Ukryte pod aksamitem antracytowych rękawic palce oplotły poręcz z czułością bluszczu, kiedy młoda baronessa wysłała wzrok na zdawkowy rekonesans okolicy. Szlakiem ośnieżonych ulic drobił nieoględny maczek czarnych punktów — tabun osób poruszających się bez wdzięku w chaotycznym tańcu codziennego życia. Shallan wypełniła płuca rześkim powietrzem, bezwiednie opuszczając powieki w ulotnym momencie błogiej beztroski. Malowniczy pejzaż, jaki rozpościerał się u jej stóp nadał przepychowi zupełnie nowego, głębszego znaczenia; fałszerka przywykła do żywota wyścielonego jedwabiem i złotem, jednak tutaj — w zimowej przystani markiza  Fëanáro — odnalazła bogactwo, którego nie doświadczyła nigdy dotąd.
Spontaniczna aria melodyjnego śmiechu wybrzmiała się z ust baronessy w odpowiedzi na poufałe powitanie markiza. Słowa Benvolia nakłuwały sumienie z uporczywością szpilki, lecz nie dostatecznie dotkliwie, by wzbudzić choćby tymczasowe złudzenie skruchy.
Cóż za bezbłędny osąd! — zawołała fałszerka, wykonując połowiczny obrót, aby wesprzeć łokcie lakierowanej balustradzie. Wygięła się w pozie, która teatralnością dorównywała tanecznej figurze, lecz mimo wszystko sprawiała wrażenie względnie naturalnej, a przynajmniej nie wymuszonej dla Świergot. — Wprawdzie dłonie samoistnie składają się do owacji, ale wstrzymam się z aplauzem do czasu, aż wyjawisz mi powód, dla którego zostałam wezwana. — Pod oszronionymi rzęsami błysnęła ostrzegawcza flara, która pół uderzenia serca później obróciła się w niebyt. —  Spodziewam się, że jest choć w połowie tak porywający, jak twoja percepcja.
Świergot umilkła, wyznaczając markizowi czas na odpowiedź — i choć nie określiła go dokładnie, to bezspornym było, że po upływie ostatniej sekundy konwersacja dobiegnie końca. Ostatecznie, gorliwie wierzyła w niezmierzoną magię słów, ale tylko wówczas, gdy spajały się w nierozłączną jedność z czynami.
Markiz przedstawił cel wizyty fałszerki w sposób, który generował rój pytań i nie niósł żadnych odpowiedzi w zamian.  Baronessa zmrużyła oczy, poddając interlokutora próbie pełnego podejrzliwości spojrzenia.
Jest bystry, oceniła Shallan, nawiązując do słodyczy komplementów, które serwował jej z dbałością lokaja, odkąd tylko przekroczyła próg tarasu, ale czy wystarczająco? Wygięła pociągnięte szkarłatem wargi w groteskowym łuku enigmatycznego uśmiechu, odpierając ciężar lazurowego spojrzenia z butą nieprzystojącą dworskiemu rodowodowi.
Zdajesz się już pojmować, że droga pochlebstw wydaje się najwłaściwsza, jeżeli chcesz dobić ze mną targu — podjęła zwodniczo łagodnym tonem, unosząc przed siebie wskazujący palec, jakby chciała zaakcentować istotę wskazywanej nim cyfry. — Zapominasz jednak kluczowym punkcie negocjacji, bez którego nie ruszymy z miejsca — ani teraz, ani kiedykolwiek w przyszłości.
Bezinteresowność nigdy nie leżała w naturze Lanätarich, co wielokrotnie stanowiło przedmiot uwłaczających komentarzy odbijających się echem od murów letniego dworu, i tyle samo razy spotkało się z brakiem responsu ze strony wielkiego rodu. Shallan de Lanäthari zwykła marszczyć z niesmakiem nos, kiedy określano ją niechlubnym mianem tradycjonalistki, niemniej wychodziła z założenia, że pewne cechy płyną korytarzem żył wraz z karmazynem krwi i nie sposób się ich wyrzec. Opór z reguły okazywał się równie lekkomyślny, co zbędny.
Wyjaw mi, drogi markizie, gdzie w tym wszystkim miejsce dla mojego interesu?

_________________
Stand in the ashes of a trillion dead souls and ask the ghosts if honor matters.


Their silence is your answer.
| Theme.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: False Fire   Wto Kwi 03, 2018 11:12 pm

Mroźne, zimowe powietrze ścierało się z przyjemnym ciepłem słonecznych promieni. Ta najjaśniejsza z gwiazd zawsze potrafiła sprawić, że Benvolio zwalczał w sobie marazm, a nihilistyczna gnuśność ustępowała śmiałym zamierzeniom i buzującej potrzebie odczuwania czegoś nowego. Nowe bodźce, nowe znajomości, nowe impulsy. Nie było to w jego przypadku łatwe, ale dzięki poszukiwaniom niepoznanego i nieodczutego znajdował niegasnącą chęć do dalszej egzystencji.
- Słyszałaś może, droga Shallan, o pewnej teorii teologicznej sięgającej zamierzchłych czasów i kiedy mówię o czasach zamierzchłych to są one zamierzchłe także dla mnie. - jego twarz spowił szczery uśmiech, jakby to co powiedział wprawiło go w dobry humor. Ot, dziwactwo istoty żyjącej na tym świecie zbyt długo, aby nie ociekać ekscentryzmem i niezwyczajnością.
- Nie chcę zanudzać archaicznym wywodem, więc zreasumuję to na tyle zwięźle na ile jest to w mej mocy, baronesso. Wiem bowiem, że dla osób szacujących wartość wszystkiego, czas jest bardzo intratną walutą. Nie mam oczywiście nic przeciwko nuworyszowskiemu stylowi życia, panno Lanäthari. - markiz zagestykulował w tym momencie dłońmi machnąwszy nimi na lewo i prawo, aby zapewnić o szczerości tego stwierdzenia. Nie odmówił sobie jednak przyjemności zaserwowania rozmówczyni lekkiego przytyku, co do sposobu w jaki jej ród pojawił się na salonach pośród dworskich szych. Nie było bowiem tajemnicą, iż pośród plotek i zakulisowych dyskursów określano de Lanäthari jako materialistycznych parweniuszy. Fëanáro nie tyle nie przywiązywał uwagi do dworskich efemeryd, co zwyczajnie nie bawił się w coś, co Elae nazywali Wielką Grą. Pałacowe intrygi i szlacheckie knowania od dawna już nużyły go i nudziły. Pośród wielofasadowości ukrytych motywów i gęstej sieci kłamstw brnął pod prąd mówiąc prawdę, wyzuty z tajemnic i pozbawiony fałszu. Miał wielki ubaw z faktu, że jego anormalna postawa była w oczach innych tak mało wiarygodna, odrealniona wręcz i przecząca prawdopodobieństwu, że grając w otwarte karty wszyscy inni na siłę doszukiwali się u niego drugiego dna. Najciemniej jest pod latarnią - wyświechtane, ale jakże prawdziwe. Ignorowanie dworskich komeraży nie było równoznaczne z byciem nieprzygotowanym, gdy Benvolio musiał stawać w szranki z osobnikami lubującymi się w konfabulacjach. Gdy rozmawiał z kobietami, które operowały słowną bronią z biegłością mistrza fechtunku. Ów przytyk był właśnie subtelnym przypomnieniem wskazującym klarownie na to, że Shallan ma do czynienia z kimś równie niebezpiecznym, co ona sama. Różniła ich jedynie dzierżona broń. Póki co, żadne nie nadstawiło odwłoku, aby wysunąć żądło. Oboje koegzystowali w tym samym ulu i markiz liczył na owocną kooperację. Nie byli jednak posłusznymi, bezwolnymi pszczołami robotniczymi pracującymi w pocie czoła bez własnego zdania i własnej osobliwej natury. Bardziej trafnym określeniem byłoby przyrównanie ich do osy i szerszenia. Owady posiadające silne żuwaczki, za pomocą których potrafią kształtować otoczenie wedle własnych potrzeb i własnych wizji. Insekty o zabójczych żądłach nie potrzebujących wielu powodów i poświęceń, aby tej broni użyć. Działające bardzo często wbrew rojowi, a nie z nim.
- Powstała kiedyś bardzo śmiała teoria bazująca głównie na antropomorfizacji panteonu. Znaleźli się śmiałkowie nadający bogom cechy ludzkie, stwierdzający, że wcale tak wiele nie różni śmiertelników od absolutów. Głosili oni, że nikt, ani nic nie rodzi się bogiem. Bogiem można było zostać. W wyniku bliżej nieokreślonych, podniosłych działań, czynów, czy też zbiegów okoliczności śmiertelna istota mogła dostąpić wniebowstąpienia. Tak wybitne jednostki ponoć się znajdowały, okoliczności sprzyjały i tak zapełniał się z czasem znany nam dziś panteon. - mężczyzna ciągnął opowieść oparłszy się o jedną z kolumn przy wejściu na taras. Założył na siebie ręce spozierając co jakiś czas na opartą o balustradę kobietę.
- Siłą bóstwa, swoistym warunkiem aby mógł on nadal egzystować pośród eterycznych, niematerialnych planów była zaś wiara jego wyznawców. Bóstwa nie mające zbyt wielu zwolenników traciły siłę, wpływy i potęgę, te które zapomniano odchodziły w niebyt. - perorował spokojnym głosem nawykłym do wykładania innym wiedzy nabytej z poprzednich "wcieleń";
- Na przekór temu wszystkiemu panteon oddalał się co raz bardziej od śmiertelników. Przestał wysłuchiwać swych czcicieli. Pomimo niezaprzeczalnej więzi i zależności, jaka przykuwa bóstwa do własnych krzewicieli, ci pozostają głusi na wołania swych wiernych. - pomimo ziąbu i minusowej temperatury otoczenia z jego ust nie wydobywał się nawet najmniejszy obłok dymu, a na powierzchni jego metalowego odzienia próżno było szukać znamion pary wodnej czy osadzającego się oszronienia. Jakby obecność Fëanáro tu i teraz można było poddać w wątpliwość. Niepasujący element rzeczywistości. Odrealniony, nieobecny relikt dawnych czasów. Całość zaś idealnie wpasowywała się w antyczną opowieść, którą wił starając się wzniecić w słuchaczce choćby filigranową iskrę zainteresowania. Rozpalić w niej płomyk ciekawości. Sam bowiem tkwił w samym środku pożogi wywołanej fascynacją.
- Cóż, przynajmniej tak głosi owa teza, niemniej znajduję to zagadnienie ze wszech miar ciekawym, nie sądzisz? - zapytał jakby od niechcenia, niczym persona pytająca inną o zdanie na temat pogody, tudzież koloru wykładzin. Elae nie przestawał czujnie obserwować rozmówczyni wyraźnie badając grunt pod ewentualność przyszłej współpracy. Niczym zawoalowany wywiad środowiskowy poruszający teologiczne aspekty.
- A właśnie, dobrze kojarzę, że Twym bóstwem opiekuńczym, moja droga Shallan, jest, o ile się nie mylę - Niaka. - cała kwestia aż ociekała sztuczną teatralnością, tym bardziej obsceniczną, że świadomie nie skrywaną. Nie było tu mowy o zabawy w zgadywanki. Jego buńczuczny wzrok i równie bezczelny uśmieszek były poświadczeniem świadczącym o byciu pewnym, co do retorycznie zadanego pytania.
- A tak, moja droga, ach jakże droga Shallan... - nadużywanie określenia "droga" w stosunku do rozmówczyni podczas całej konwersacji nie było przypadkowe, a jednoznacznie podkreślające materializm baronessy. Kolejna mała szpilka. W końcu wymiana takowymi stanowiła jedną z ulubionych rozrywek dworskich intrygantów, a wchodząc między wilki należało przynajmniej ubrać wilcze futro. Taką doktrynę wyznawał w tej chwili Benvolio.
... interesy, interesy. - tu markiz przybrał zamyśloną pozę podpierając okuty w blachę podbródek o równie opancerzone splecione palce.
- Co powiesz na informacje? Coś, co skrzętnie zbieram i kataloguję w swoim skołatanym umyśle od stuleci. Szczególnie nie tak odległa przeszłość może mieć dla ciebie znaczącą wartość. - tu mężczyzna zmniejszył dzielący ich dystans, gdyż, to co miał zamiar za chwilę powiedzieć wymagało odrobiny dyskrecji nie nadając się do jawnego obwieszczania na otwartym tarasie.
- Tuszę... - kolejne spapugowane przez markiza z premedytacją określenie - ... że osoba imieniem Gwendolyn leży w spektrum Twych zainteresowań. Nie chciałabyś poszerzyć wiedzy o losach swej matrony? - ostatnie pytanie wypowiedział już w pełni poważnie, bez przytyków, aluzji, czy złośliwości. Ponownie nawiedziło go ulotne wrażenie déjà vu. Pamięć o jego poprzednich "istnieniach" miała w zwyczaju nakładać się na siebie niczym klisza, gdy dziejące się w teraźniejszości wydarzenia do złudzenia przypominały mu o odbytych, iluzorycznie paralelnych odpowiednikach z przeszłości. Matka Shallan była do swej córki tak łudząco podobna, że rycerz byłby teraz w stanie uwierzyć, gdyby powiedziano mu, że zegar życia cofnął się o te dwadzieścia, trzydzieści lat.

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Świergot
Baronessa

avatar



PisanieTemat: Re: False Fire   Sro Kwi 04, 2018 10:02 am

Badawczy wzrok Świergot podążał śladem spacerującego po tarasie markiza, pomimo tego że dworska arogancja utrwaliła rachityczną sylwetkę baronessy w samochwalczej pozie. Srogi podmuch zimowego wichru wymierzył siarczysty policzek, odznaczając się na kredowym obliczu fałszerki cieniem rumianego pasma. Szczupłe ramiona ugięły się pod ciężarem puszystego futra z gronostajów na czas niespiesznie snutej narracji. Shallan słuchała z kurtuazyjną uwagą, choć ukryta za woalem ekspresyjnej ascezy twarz mogłaby na to nie wskazywać.
Miarowe echo kroków Benvolia podzwaniało nutą szlacheckiej pychy, pomimo gorliwości, jaką markiz skrupulatnie angażował w jej stłumienie. Ciężkie buty wystukiwały rytm, którym płynęła melodia obca mieszczaństwu, za to donośnie rozbrzmiewająca w kuluarach letniego dworu. Oszczędne ruchy markiza niosły dźwięki wirtuozerii nieśmiałego solisty, podczas gdy Świergot pojedynczym gestem wznosiła batutę dla całej orkiestry. Razem tworzyli pozbawioną harmonii kompozycję, której kunszt powziąć mogło wyłącznie wrażliwe ucho muzycznego konesera.
W istocie — przyznała baronessa, powtórnie przyjmując nasączoną cynizmem szpilę na zbroję wyuczonego opanowania  — wszelka doczesność materii niknie w obliczu wartości, jaką niesie czas. — Krążyli wokół siebie niczym lew i niewolnik, przytłoczeni bezkresem przepastnej areny, gotowi przechylić czarę krwi ku uciesze oddanej swołoczy; każdy krok zbliżał ich do nieuchronnego końca, choć żadne nie mogło przewidzieć, czy będzie nim śmierć, czy pyrrusowe zwycięstwo. — Niemniej tylko wśród tych, dla których przemija on bezpowrotnie.
Ponownie umilkła, kwitując kąśliwą wypowiedź ubogim promieniem uśmiechu. Pomimo nieskrępowanej wstydem powierzchowności, niedoskonały twór, za jaki uznawała się Shallan de Lanäthari, składał się z mozaiki elementów obejmujących znacznie więcej, niż wytworny strój i krasomówczy warsztat. Dotychczas nie zaprzątała głowy podniosłymi rozważaniami o bytach wykraczających poza niewzruszalne granice percepcji śmiertelnika, niemniej bezspornie wierzyła w egzystencję każdego z zaszczytnych gości panteonu. Zwłaszcza obecność Niaki — pięknej i pysznej w swej boskości Niaki — zdawała się tak nieodległa, że niemal namacalna, za każdym razem, gdy baronessa rozkładała spowity mrokiem wachlarz własnych umiejętności.
Wystudiowana powściągliwość ujarzmiła pobłażliwe westchnięcie, którym Świergot odrzuciłaby ofertę markiza, gdyby odruch zatryumfował nad ogładą. Informacje, powtórzyła w myślach sztandarowe słowo, metodycznie układając jego ciężar na szali rozsądku. Wiadomości stanowiły najczęstszy środek płatniczy w nadwornych transakcjach, lecz na przestrzeni lat fałszerka dokonała ich tyle, że machinalnie zwątpiła, by Benvolio był w posiadaniu jakichkolwiek wieści, do których uprzednio nie uzyskałaby dostępu — mniej bądź bardziej ekwilibrystyczną metodą. Nobliwość powstrzymała Świergot przed zabraniem głosu, ale nie przed sumiennym kreśleniem szkicu dosadnej odpowiedzi, uwzględniającej niedwuznaczne weto.
Do czasu, aż markiz jednym słowem skruszył pozornie niezniszczalną powłokę wyrachowanej kalkulacji.  
Gwendolyn. Imię matki sprawiło, że dotychczas jałowe ziarno goryczy gwałtownie zakiełkowało, oplatając wnętrzności baronessy kolczastymi kłączami niezmierzonego żalu.  Świergot raptownie oderwała się od balustrady, jakby ta w sekundę zajęła się płomieniem, trawiącym skórę z zapamiętałością ust wygłodzonego żebraka. Zatrzymała się przed majestatyczną formą rozmówcy bez lęku, spojrzeniem usiłując sforsować żelazne ściany dwurożnego hełmu; ostrzegawcza poświata, ciskająca gromem spod srebrzystych rzęs opalizowała atypową energią, która zwiastowała wątłe ryzyko sukcesu tego irracjonalnego planu.
Och, zatem potrafisz pogrywać nieczysto, jeżeli dołożysz należytej dbałości. — Iskra wzburzenia topniała jak pierzyna śniegu spoczywająca na girlandzie, lecz widmo jej żaru niewątpliwie nadal rozpalało umysł baronessy, z reguły chłodny i na wskroś oportunistyczny. — Powinieneś wiedzieć, że próby tchnienia życia w to, co ugrzęzło w sidłach śmierci z rzadka wieńczy sukces. Nierozważnie jest brodzić w toni pamięci tylko po to, by wyłowić z niej truchło, które dryfuje pod taflą gorzkich wspomnień od przeszło dekady. Zapewniam, że trąci odorem zgnilizny.
Stalowe tęczówki odzyskały przelotnie utraconą beznamiętność, zamieniając się w parę bliźniaczych portali, wiodących prosto w bezbrzeżną czeluść pustki. Świergot zamknęła chaotyczną kakofonię uczuć w ciasnym więzieniu zaciśniętej pięści. Wycofała się z bezkrwawej wojny, którą zaciekle prowadziły ich spojrzenia, lecz bynajmniej nie zamierzała kapitulować. Powiodła wzrokiem ku pozbawionej ozdób rękojeści miecza, leniwie spoczywającego u prawicy markiza, przyglądając się jej w milczącej zadumie.
Jednakże, to ostrze… — zaczęła melodyjnym półszeptem, z niekłamaną ulgą żegnając pozostałości ulatniającego się gniewu — wydaje się nad wyraz rzeczywiste. Niewątpliwie przelało krew wielu śmiałków, którzy wyszli mu naprzeciw. — Fałszerka rozłożyła ręce, prezentując się oczom markiza jak przedmiot, mający za moment trafić na zbycie. — Nie jestem wojowniczką, Fëanáro. Uczestniczę w Wielkiej Grze uzbrojona w zgoła inny oręż. — Baronessa uznała, że nadeszła stosowna pora, aby wyciągnąć asa ze zubożałej talii kart, jakie zostały jej na podorędziu. — Ale jeżeli uznasz, iż jesteś gotów dobyć miecza w dobie grożącego mi niebezpieczeństwa, wtedy ja udzielę gwarancji, że zrobię użytek z własnych zdolności, aby odpłacić się tym samym. Również podczas realizacji bieżącego planu, jakkolwiek bezrozumny by się okazał.

_________________
Stand in the ashes of a trillion dead souls and ask the ghosts if honor matters.


Their silence is your answer.
| Theme.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: False Fire   Czw Kwi 05, 2018 10:16 pm

"A knight in shining armor is a man who has never had his metal truly tested."

W pewnym momencie trwającego dyskursu usta markiza skrzywiły się nieznacznie skryte pod metalową przyłbicą. Shallan potrafiła skrzętnie dawkować "emitowane" na zewnątrz swego jestestwa emocje. Ich oznaki były zaś tak skąpo racjonowane i wydzielane, że zdawała się ona niekiedy rzeźbą wykutą w alabastrowej skale. Finezyjnie, precyzyjnie i z dbałością o najmniejsze detale, bogata o najdrobniejsze szczegóły. A jednak tak uboga w okazywane uczucia. Szermierza irytowało to z tego względu, iż ciężko było z takiej rozmówczyni odczytać coś więcej, aniżeli łowiąc zasłyszane słowa i odcedzone ewentualne podteksty, czy ukryte aluzje. I dopiero wypowiedziane przez niego miano matki jasnowłosej okazało się strzałem w dziesiątkę. Jakkolwiek nie przypudrowane i nie zawoalowane, to jednak wyraźnie wyczuwalne. Fëanáro był pewien, że uzyskał zamierzony efekt, a chłodny respons wydał mu się nieszczery i sztuczny. Rachityczna kobieta odziana w zwierzęce futro mogła udawać przed nim osobę, której los jej rodzicielki jest jej zupełnie obojętny, zaś pamięć o niej nie warta funta kłaków, a i tak nie przekonałoby to całkowicie rycerza. Mężczyzna postanowił jednak przemilczeć całą sprawę i nie kontynuować póki co tematu Gwendolyn.
Ku wszystkiemu nadarzała się odpowiednia pora i zapewne tak miało być i w tym przypadku.
Benvolio ujął pewnie lewą dłonią za pochwę przypasanego u pasa miecza i z wystudiowaną lekkością podbił kciukiem jelec broni. Oręż bezszelestnie wysunął się ze skórzanego pokrowca ukazując w całości swą kunsztownie wykutą głownię. Wciąż ostrą mimo licznych uszczerbków, rys i załamań świadczących o bogatej przeszłości. W miejscu takim jak dwór Elae pełno było person noszących pancerz i broń wyłącznie w celach reprezentacyjnych, a to i tak nie było najgorsze. Za znacznie większych ignorantów Fëanáro uważał szermierzy traktujących swój oręż, jako narzędzia służące prostolinijnej, pozbawionej finezji i wyczucia rąbaninie. Gardził osobami, które nie potrafiły wziąć na siebie konsekwencji za krzywdzenie bronią innych, za pozbawianie ich życia. Markiz wykonał gwałtowny, zamaszysty krok do tyłu, aby móc w bezpieczny sposób przedsięwziąć następną czynność. Niepozbawionym teatralnej nuty ruchem Elae zakręcił w powietrzu kilkukrotnie młynka mieczem dobywając go w pełni i unosząc nad sobą. Jego powierzchnia pokryła się jaskrawym, karminowym ogniem. Płomienie zafalowały wesoło na stalowej powierzchni rozedrgane w euforycznym tańcu. Zmieniły swą barwę nabierając znacznie jaśniejszego, pomarańczowego odcienia emitując przy tym jednocześnie co raz wyższą temperaturę. W końcu niszczycielski żywioł oblekł się mieszającymi naprzemiennie kolorami błękitu i czegoś co można było nazwać bielą. Wydzielane ciepło stało się niemal nieznośne w odbiorze, powietrze parowało zewsząd wysuszając wszystko wokół. Trwało to ledwie moment, aż Benvolio opuścił dłoń wbijając trzymaną broń białą w marmurową powierzchnię posadzki przed sobą. Na nie wiele większą odległość, niźli metr względem swej rozmówczyni. Wbicie broni w podłoże nie oddawało w pełni iluzyjnej naturalności z jaką oręż zagłębił się w marmur. Niczym wetknięty w taflę wody, sztych miecza dosłownie przeniknął w głąb posadzki stapiając materię, jaką napotkał na swojej drodze. Zastygł teraz pośród wciąż unoszących się obłoków gorąca i kilku zbłąkanych iskier unoszonych bezwolnie przez górski wiatr. Efekty tego małego pokazu wciąż były odczuwalne, gdyż zalegający dotąd na krawędziach tarasu, daszku i balustradzie śnieg ściekał teraz już jako wodny stan skupienia. Niektóre z rosnących na balkonie roślin miały przywiędnięte, a nawet sczerniałe koniuszki liści. Świadectwa te, jak i resztki skwaru wokół świadczyły jednoznacznie o tym, że akt ten nie był ledwie prestidigitatorską sztuczką. Rycerz uniósł nad swą bronią wyciągniętą w geście zawarcia porozumienia prawicę zwracając się do Shallan usatysfakcjonowanym głosem:
- Zgoda. Przystaję na taki układ.
Baronessa miała teraz naoczny dowód tego, że jego ostrze rzeczywiście było jak najbardziej materialne i myliła się tylko co do jednego - markiz rzadko kiedy przelewał czyjąkolwiek krew. Jucha wymieszana z wnętrznościami, chrząstką, zwojami mięśni i kośćmi działała niszcząco, niemal korozyjnie na głownie miecza. Nie mówiąc już o silnym uderzeniu w skórznie, pancerze, kolczugi, czy zbroje. Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że typowy miecz przestawał nadawać się do efektywnego użytku już po pięciu, sześciu zderzeniach z twardą materią podobną ludzkiemu ciału.
Jego miecz nieczęsto miał wątpliwą przyjemność ciąć.
On topił.
W akcie spalania, swoistej popielnej dematerializacji było coś oczyszczającego. Istne śmiertelne katharsis. Ogniste danse macabre. Powiadają, że miecz jest zwierciadłem duszy, a te najczystsze stalą tkwią w pochwie. Benvolio niejako obszedł ten system przy pomocy dzierżonego aspektu.
Cały ten przesadny z pozoru występ miał uświadomić i urealnić de Lanäthari na co się pisze i z pomocy kogo ma zamiar skorzystać. Subtelnie zobrazować do czego może doprowadzić dobycie przez niego miecza. Tak na wszelki wypadek.
- Jednakże zabolało mnie to, że zakładasz nazywanie mojego niepoznanego jeszcze planu za pozbawiony logiki. - wtrącił z udawanym wyrzutem. W rzeczywistości miał niezły ubaw z prób wyobrażenia sobie tego, co mogą myśleć o nim inni w takich sytuacjach jak ta. W jego oczach zamknięta społeczność Elae uchodziła za bardzo zaściankową, zacofaną i oporną na jakiekolwiek próby podjęcia inicjatyw przejawiających pierwiastki czegoś monumentalnego. Brakowało im szerszej, kosmicznej można by rzec, perspektywy. Oni woleli skupiać się na klaustrofobicznej złotej klatce jaką był w jego oczach dwór.

"Sometimes the hand of fate must be forced."

- Naturalną koleją rzeczy jest aby czyjeś dzieło chciało wreszcie, po tak długim czasie, spotkać się ze swym twórcą, nie sądzisz? - dodał pełen animuszu i jowialności.
- Niech wystarczy Ci, moja droga, póki co, że chciałbym zamienić parę słów z naszą boską Niaką. Władczynią wiatrów i panią iluzji. - wyłożył wreszcie coś konkretnego. Po zasłyszanych słowach Shallan mogła w pełni zrozumieć dlaczego istota, która wydawać by się mogło, oszukiwała cyklicznie śmierć, woli przedsięwziąć dodatkowe środki ostrożności. Choćby w postaci znalezienia sojuszniczki w jej osobie. Spotkania z bytami absolutnymi można było przyrównać do harcowania z przewiązaną na oczach opaską na krawędzi wulkanicznego krateru. Jak bardzo szalony, zdesperowany, czy autodestrukcyjny był Fëanáro?
A może po prostu znudzony?

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Świergot
Baronessa

avatar



PisanieTemat: Re: False Fire   Sob Kwi 07, 2018 10:04 am

— Następnym razem bądź ostrożna, Shallan. — Piętno płomieni odznaczało się szkarłatnym wykwitem na grzbiecie dziecięcej dłoni, przypominając bezkształtną plamę odbitą na bieli płótna. Słowiczy trel niańki do pary z chłodnym okładem z gazy konsekwentnie studziły wynik młodzieńczej nieroztropności. Zafascynowana tańczącym pod kotłem płomieniem baronessa cofnęła palce na tyle szybko, by uniknąć trwałego naruszenia tkanki, ale nie dostatecznie prędko, by umknąć przed strofującym smagnięciem żaru bez szpecącej pamiątki.
— Nie rozumiem — wyznała ze skruchą dziewczynka, starannie ukrywając wstyd za delikatną kotarą włosów. Nieobecne oczy nieśmiało łypały zza kaskady złocistych kosmyków, z uwagą przyglądając się nieregularnym krawędziom zaognionego fragmentu skóry. — Wyglądały ładnie i zdawały się ciepłe.
Niańka westchnęła ciężko, posyłając małej szlachciance promień wyrozumiałego uśmiechu. Pachnąca ziołową maścią dłoń z czułością przetarła szlak platynowych pukli, a następnie wróciła do pierwotnego zadania, wieńcząc prowizoryczny opatrunek supłem.
— Trafne spostrzeżenie — przyznała spolegliwie kobieta,  zabezpieczając słój z maścią korkowym wieczkiem. — Ale tylko w połowie prawdziwe. Widzisz, mała Shallan, ogień to niebywale kapryśny sojusznik — potrafi wypełnić komnaty ciepłem na czas mroźnych nocy i dzień w dzień dba o to, byś nie musiała spożywać zimnej strawy. Jednakże czasami…
Filigranowe palce bezwiednie powędrowały ku smukłej kolumnie szyi, którą pokrywała lita skorupa zgrubiałej blizny, rozgałęziającej się niczym brzoza w rozkwicie pod kołnierzem lnianej koszuli.
— Czasami wymierza surową karę, jeżeli nieopatrznie zapomnisz o jego prawdziwej naturze. Nierzadko niewspółmierną do przewinienia.


Iskry przetoczyły się wielobarwną feerią tuż przed fasadą niewzruszonego oblicza, kiedy markiz w dynamicznym tańcu udowadniał mylność wyartykułowanego przez Świergot twierdzenia. Aspekt Benvolia nie stanowił dla baronessy zagadki — zaznajomiła się z nim dosyć szczegółowo podczas brawurowej podróży w odmęty jego pamięci. Źródło potęgi wojownika okazało się jedną z niewielu informacji, które udało jej się powziąć, nim bezlitosna kanonada gromadzonych przez przeszło siedem wieków wspomnień pozdrowiła ją z dostojnością obuchu. Pomimo niezmierzonej ciekawości, bezrozumnej eskapady nie powtórzyła nigdy więcej, choć wielokrotnie rozważała powrót na nieprzetarty szlak wspomnień długowiecznego markiza — tym razem z należytym rynsztunkiem.
Świergot przyjrzała się opancerzonej prawicy towarzysza, wyciągniętej w pojednawczym geście; wystarczyło, aby umieściła w niej swoją, aby odmalować pieczęć pod treścią niepisanego układu. Zawahała się przez moment, bezwiednie przywołując odległe wspomnienie — dłoń napiętnowaną pocałunkiem płomieni, ostrzegawczy ton głosu niańki i bliznę, która nie pozostawiała złudzeń co do prawdziwości słów wybrzmiewających z jej ust wraz z nutą nieuchwytnego żalu.
Czasami wymierza surową karę, jeżeli nieopatrznie zapomnisz o jego naturze, powtórzyła Świergot, niespiesznie oswabadzając dłoń z jedwabnego więzienia antracytowej rękawicy.
Sfinalizowali transakcję pojedynczym uściskiem dłoni, który w całej swej ulotności zachował doniosłość obietnicy. Świergot poczuła widmo dreszczu, przebiegającego wzdłuż kręgosłupa jak pajęczy orszak; drgnęła niczym niesione wiatrem gałęzie wierzby, ale nie zamierzała cofnąć ani własnych słów, ani czynów. Wrzeciono losu nawinęło na szpulę nową nić i rozpoczęło pracę, splatając dotychczas osobne dratwy przeznaczenia w nierozerwalną jedność.
Nim nasza współpraca nabierze pełnego rozkwitu, muszę wyznać ci jedną rzecz, markizie. — Wstrzemięźliwy alt wskazywał na doniosłość wydźwięku nadchodzącej wypowiedzi, lecz otoczka napięcia kruszała pod zdecydowanym naciskiem subtelnego uśmiechu, odmalowującego się wąskim łukiem na obliczu baronessy. — To doprawdy znakomity marmur — rzuciła nonszalancko, wskazując na wypaloną w posadzce dziurę, nad którą unosił się łagodny welon siwego dymu. — Jeden z najwspanialszych, jakie spotkałam na Dworze Lata. Apeluję, abyś następnym razem obrał mniej kunsztowny cel.
Baronessa wypuściła z krtani pełne niemocy westchnięcie wraz z obłoczkiem pary w spontanicznej reakcji na plan Benvolia.
Oczywiście, pomyślała z rezygnacją, naciągając na dłoń rękawiczkę, którą uprzednio zdjęła, by należycie przypieczętować pakt z markizem, spośród całego panteonu, upodobał sobie akurat Niakę.
Dotychczas Świergot nie zaprzątała sobie głowy genezą bytów, które wykraczały hen poza ramy percepcji śmiertelnika, przytomnie skupiając się na korzyściach płynących z doczesności własnego żywota. Wierzyła w ich istnienie, lecz w przeciwieństwie do markiza, nie potrzebowała namacalnego dowodu potwierdzającego boską egzystencję, bez miejsca na wątpliwość. Ostatecznie, mistyczne zjawisko nie bez powodu nazywano wiarą, nie zaś uznaniem faktu.
Rzeczywiście, zarzut bezrozumności sprawia wrażenie zgoła pochopnego — przytaknęła Świergot, krzyżując ręce na piersiach. Przechyliła głowę, spoglądając na interlokutora z ukosa, jakby chciała zbadać, czy na kanwie ożywionej rozmowy omyłkowo nie utracił jasności umysłu. — Niemniej nie zwykłam stosować zwrotów zamienić parę słów z Niaką i rozważny w jednej sentencji. To niedorzeczny plan, Fëanáro, i mniemam, że masz tego pełną świadomość.
Wystudiowana kurtuazja powstrzymała fałszerkę przez posłużeniem się bardziej dobitnymi określeniami, które urodzajnie pączkowały pod złotowłosą kopułą. Ochoczo skorzystała z dobrodziejstwa skrupulatnie prowadzonego słownika inwektyw, mieląc w ustach ich cierpki smak wraz z imieniem matki. Zrobiła użytek z jeszcze jednego przekleństwa, zarezerwowanego specjalnie dla własnej rodzicielki, po czym skapitulowała, zanosząc się ostentacyjnym westchnięciem:
Powinniśmy wyruszyć natychmiast, zanim bogowie zwrócą mi światłość zdrowego rozsądku.

_________________
Stand in the ashes of a trillion dead souls and ask the ghosts if honor matters.


Their silence is your answer.
| Theme.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: False Fire   Sob Kwi 07, 2018 9:05 pm

"Choć to szaleństwo,
Lecz jest w nim metoda."

Baronessa zdjęła rękawiczkę i ujęła jego dłoń swoją, by przypieczętować zawiązane między tą oto nieszablonową dwójką przymierze. Benvolio delikatnie potrząsnął prawicą kobiety zauważając jej lekkie drgnięcie mogące wynikać z wielu różnych przyczyn. Teraz jednak w pełni skupił się na tym, co miało wydarzyć się wkrótce. Właśnie zasadzili pierwsze nasiona, później zaś miało przyjść zbieranie z nich plonów.
- Marmur? - odezwał się lekko zdekoncentrowany. Jego myśli krążyły już bowiem gdzieś wysoko ponad przyziemnością otaczającej go materii.
- Ach, tak. - odparł zdawkowo kiwnąwszy głową w geście sugerującym aprobatę i zrozumienie.
- Zapewne będę miał jeszcze mnóstwo czasu, aby przywrócić mu uprzednią świetność i nieskalaność. - machnął jakby od niechcenia dłonią jakby zbywając owe zagadnienie gdzieś na bok.
- Całą wieczność. - dodał znacznie ciszej i subtelniej pod nosem. Bardziej chyba kierując ostatnie słowa do siebie, aniżeli rozmówczyni.
- Ludzie, którzy są szaleni rzadko zastanawiają się nad tym, czy są szaleni. Gdybym miał pełną świadomość owej niedorzeczności, o której to wspominasz, to cała ta rzeczona bezrozumność i nielogiczność by gdzieś uleciała. - wyłożył robiąc krok do tyłu.
- Zanegowałbym uchodzenie w oczach innych za absurdalne, ekstrawaganckie i kuriozalne indywiduum, a nie chciałbym przecież was zawieść. - tu markiz zamarkował lekki ukłon sięgając jednocześnie po wbity w posadzkę miecz.    
W rzeczywistości Shallan mogła dzięki swym wnikającym w pamięć ofiary umiejętnościom uszczknąć sporo z psyche Fëanáro i tym samym dzięki zajrzeniu w studnię jego przeszłości wiedzieć o nim więcej, aniżeli większość obecnie żyjących Elae. Dogłębne poznanie markiza było o tyle utrudnione, że jego jestestwo, to z czego składała się jego dusza był aktualnie składową wielu "wcieleń". Kilkunastu przeżytych żywotów, jakby w tej cielesnej, widzialnej i materialnej powłoce zagnieździła się cała zgraja bytów. Ich historia, wszystkie doznane na ziemskim padole wydarzenia. Ta zwielokrotniona egzystencja stanowiła istny labirynt niezliczonych kolei losów. Zawiły gąszcz splecionych wzajemnie zdarzeń, wypadków minionych stuleci. Próba nawet nie ingerencji, a samego wejrzenia weń przypominała niekończącą się wędrówkę po minionych dziejach. Trudno było tu mówić o jednej jaźni, a symultanicznie, nieustannie nakładających się na siebie tożsamościach. Spajanych jednym rozumem, jednym umysłem, jednym wewnętrznym "ja".  
- Ale nie martw się zanadto, podobno szaleństwo jest jedyną rzeczą, której można zaufać. - jego usta znów były na granicy uśmiechu.
- Czasami utrata zmysłów bywała najwłaściwszą reakcją na rzeczywistość. - zakończył pozbawiony powagi wywód wyciągając przy tym z podłoża oręż, niczym utkwiony w skale Excalibur. Nieprzyjemny zgrzyt tarcia stali o kamień przerwał melodyjnym ptasim trelom, jakie unosiły się regularnie pośród rześkiego powietrza. Choć tak wysoko w górach, gdzie leżał kompleks dworskich budynków lata, nie spotykało się zbyt wiele skrzydlatych zwierząt, to jednak często ptaki wiły gniazda w co wyższych zadaszeniach, czy kominach. Uwagę rycerza zwróciła para jaskółek, a może jerzyków kołujących teraz przy wtórze charakterystycznych dźwięków przypominających bardziej pulsującą częstotliwość aniżeli zwyczajowy świergot. Markiz śledził z uwagą ich lot będąc ukontentowany tą oznaką nadchodzącej wiosny.
Nadchodzących zmian.
Elae schował miecz z powrotem do pochwy i zerknął z ukosa na stojący opodal na fikuśnym stojaczku zegar słoneczny.
- Spotkajmy się jutro rano w pałacowych ogrodach, wtedy przedsięwziemy kolejne kroki. - jej westchnięcie poczytał za pewien rodzaj kapitulacji względem chłodnych argumentów przeciwko jego planom, jakie z pewnością podsyłał kobiecie jej bystry umysł.
- A teraz musisz mi wybaczyć. Nie da się wiecznie uchodzić obowiązkom. - rzucił jeszcze do Shallan, nim z dołu zaczęły dochodzić do ich uszu narastający hałas. Benvolio podwinął ku górze karmazynową pelerynę i usiadł na jednym z plecionych wikliną krzeseł. Ku tarasowi po schodach wchodził niewielki zbrojny oddział pobrzękując płytami pancerzy i dudniąc ciężkimi trzewikami o kolejne stopnie. Jeden z patroli wracał właśnie z porannego obchodu chcąc zdać przełożonemu raport.

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: False Fire   

Powrót do góry Go down
 
False Fire
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: 
Eventy i misje
 :: 
Misje
 :: Retrospekcje
-
Skocz do: