Wszelkie prawa do użytych utworów posiada Adrian von Ziegler



 
IndeksCalendarFAQSzukajGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Szpon W Cieniu Rozpadliny - Misja

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Dagor
Alti

avatar



PisanieTemat: Szpon W Cieniu Rozpadliny - Misja   Sro Kwi 11, 2018 12:01 pm

Rezydencja Lorda Illintha De Lanäthari

Odosobniona siedziba w Górskich Terenach wykonana na planie prostokąta z wieżyczką strażniczą na wschodzie. Brukowa konstrukcja sypie się w kilku miejscach, jednak wprawne oko architekta wciąż uznałoby ją za stabilną, mimo licznych skaz i pęknięć. Drzwi wejściowe są niezwykle solidne, wzmacniane metalem na wypadek włamania, a większość okien na tyle mała, że nawet przedstawiciel małego ludu mieliby trudności z bezszelestnym wślizgnięciem się do środka.
Wnętrze prezentuje się po szlachecku, jak na mieszkanie Elae przystało. Liczne zdobienia, wiekowe meble, lustra kontrastują z surowością zewnętrznych partii. Nierozeznani w ułożeniu uposażenia, mogliby mieć nawet trudność z obraniem odpowiedniej drogi po pokojach, tak by przypadkiem nie zrzucić wazy z poprzedniego stulecia.
Jedynym miejscem odbiegającym od pozostałych lokacji w rezydencji okazuje się posępna wieża. Wysoka konstrukcja z podejrzaną metaliczną konstrukcją na czubku. Osprzęt przypomina nieco coś na kształt obserwatorium, jednak nikomu, nawet domownikom, nie wolno wchodzić na najwyższe piętro, a klucze do strażnicy Illinth zawsze nosi przy sobie. Trudno więc orzekać, do czego konkretnie służy osprzęt.   

***
Wprowadzenie Fabularne


 Bezpieczeństwo, jakże trudno osiągnąć je w tych plugawych czasach. Jednak czyż nie wszyscy go pragniemy? Chcemy czuć się swobodnie na miejskich ulicach, przy dworskich ogrodach, leśnych polanach, a zanadto we własnym domu. Co jednak daje nam bezpieczeństwo? - takie pytanie zadał sobie niegdyś Illinth De Lanäthari, lord o szerokich jak na jego stanowisko wpływach. Młody, zdolny... żonaty. Pragnął chronić siebie i rodzinę, a jasnym dla każdego dworzanina jest, że polityka, szczególnie dworska, bywa zwodnicza i niebezpieczna. Wybrał więc nietypową drogę, dla wielu - niehonorową. Zrezygnował z życia w centrum swojej społeczności, z intryg, ba, nawet ze wsparcia dla głównych odłamów swego rodu i wydał całą swą majętność na budowę rezydencji głęboko w górskich dolinach. Niezdobywalnej, niezniszczalnej, takiej by trwała przez wieki. I... cóż, udało mu się. Z dala od społeczności wiódł dostojne i spokojne życie. Cieszył się rodziną, spokojem i oddawał licznym pasją. Lecz wszystko ma swój kres, a żywi, nigdy nie powinni czuć się bezpiecznie, nawet we własnym domu...
 Śmierć przychodzi do nas nagle, pod różnymi postaciami. Tym razem okoliczności nadto jej sprzyjały. Panoszące się burze, nocna ciemność, deszcz - czegóż chcieć więcej by dogodnie pozbawić życia. Illinth De Lanäthari nie spodziewał się, że to jego tego sądnego dnia wybierze. Czy jednak możemy go winić? Miał wszystko, co mogłoby dawać pozory utopijnego życia. Jednak teraz, gdy leżał z rozszarpanymi w nienaturalny sposób wnętrznościami na stole, przy którym jeszcze wczorajszego ranka spożywał posiłek, pewnie nie otworzyłby tej nocy drzwi. Teraz jednak już za późno. Polała się krew Elae, zdobiąc ściany rajskiej rezydencji. Cień zaatakował i z pewnością na tym nie poprzestanie.
 Dwór Lata, jako pierwszy dowiedział się o żniwach tajemniczej istoty i choć ich duma została nadszarpnięta, niewielu chciało się angażować w badanie pojedynczego incydentu poza bezpiecznymi murami. Jednak wieść o zajściu rozniosła się jak pożar po całym Dworze i gorała żywym ogniem w sercach tych, którzy ujrzeli w niej zgubę nie jednego istnienia, lecz wszystkich Elae.

Poziom Trudności : Ciężkie Obrażenia (Tak wstępnie, gdyby któraś sekcja podnosiła ryzyko zostaniecie o tym poinformowani)
Ilość Uczestników : 2-5
Miejsce początkowe : Rezydencja Lorda Illintha De Lanäthari
*Gdy miejsce będzie się zmieniało zamieszczę stosowną informację, lecz wszystko będzie zapisywane w tym temacie, by nie robić niepotrzebnego bałaganu na forum.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kavindell
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Szpon W Cieniu Rozpadliny - Misja   Czw Kwi 12, 2018 8:22 pm



Siedząc przy biurku z twardej bukowiny Kavindell beznamiętnie przeglądał stos papierów, gdzie schludnie ułożone raporty zalegały całą powierzchnie blatu. Patrole, stan wojskowych spichlerzy, czy też ogół wyposażenia armii elae lata zajmowały myśli blondyna. Jednakże jak to bywa przy tego typu pracy jeden z raportów bardziej zaprzątał myśli markiza niż inne. Był to raport o rzekomej tragedii Lorda Illintha z rodu De Lanäthari, tragedii która zawisła w powietrzu i bynajmniej nie szło jej zdmuchnąć. Kavindelll był doprawdy zakłopotany, ów lord wybudował swą siedzibę zdecydowanie za daleko od dworu i to praktycznie po za jurysdykcją jego wojska. Ciężkie westchnięcie markiza było przypieczętowaniem podjętej decyzji, gdzie miast posyłać wojsko wolał sam się udać na miejsce zbrodni, dlaczego spytacie? Cóż, zależnie od sytuacji Vërno ostrzył kły na samą rezydencje, czyż nie byłaby idealną strażnicą? Kavindell jak przystało na Elae był gotów wyolbrzymić zbrodnie jaka miała miejsce i wykorzystać sytuacje by przesiedlić rodzinę zabitego na sam dwór. Sama myśl przyprawiła długowłosego w niecny uśmieszek, a jego sylwetka poczęła kroczyć z raportem w dłoni po za gabinet.

Nie minął kwadrans gdy markiz lata stał na brukowanym placu trzymając białą klacz za uzdę, wydając polecenia zbrojnym Elae. Pośród nich zaufany lord, jak i kuzyn Kavindella przybrany w srebrną zbroję z błękitnymi piórami wychodzącymi z hełmu salutował słuchając.
-Na czas mojej nieobecności zostawiam w Twych rękach nagłe sprawy, którymi nie mogłem się z góry zająć. I pamiętaj, osiem zbrojnych i dwójka czarnych płaszczy ma być w gotowości przy tym placu i bezzwłocznie wkroczyć w portal jeśli go otworze w trakcie śledztwa. Oczywiście jak zwykle i goniec dla przepływu informacji... A i niech mają przy sobie prowiant przynajmniej na tydzień, to wszystko, możecie odejść. - markiz zakończył oschłym tonem adekwatnym w wojsku i tak obcym dla jego osobowości. Nie tracąc czasu, głowa domu Vërno wsiadła na swego wierzchowca i ruszyła brukowaną drogą ku bramą dworu lata odpowiadając na saluty po drodze kiwnięciem głowy. Zbroja płytowa ze złotymi zdobieniami połyskiwała, a błękitny płaszcz powiewał gdy już Kavindell poza murami dworu puścił się galopem. O swoim wypadzie zmuszony był poinformować między innymi szacownego Benvolio z którym to był umówiony na wieczór przy tytoniu, grach o pieniężne stawki, których ogień miały gasić wytrawne drinki.



Markiz lata dotarł ostatecznie pod rezydencję Lorda Illintha prowadząc białą klacz za uzdę, tak miejsce było doprawdy odosobnione jak słyszał. Rezydencja plus tajemnicza wieża, aż prosiło się przerobić ją na strażnicę, chociaż potrzebne było włożyć w to więcej pracy i pieniędzy niż mariz przypuszczał. Co do samej sprawy Vërno nie miał złudzeń, prawdopodobnie morderca jest w domu, Elae jak i ludzie popełniali zbrodnie, a zwłaszcza w tak odległym miejscu. Pytanie było inne, czy morderca był inteligentniejszy od samego Kavindella i zdoła ukryć fakty? Wątpliwe... Oczywiście mężczyzna nawet nie podejrzewał iż ta sprawa ma z goła inne podłoże, a całe jego dotychczasowe podejrzenia są gówno warte.
Elae narzucając kaptur błękitnego płaszcza na głowę podszedł do drzwi rezydencji i gromko zapukał i zawołał.
-Przybyłem zbadać sprawę śmierci lorda Illintha z rodu De Lanäthari! Proszę otworzyć oficjelowi wojskowemu! Stanowczy ton głosu nie przyjmował milczenia za odpowiedź, więc jeśli nie będzie odzewu Kavindell kilka razy powtórzy zawołanie.
Następnie władający portalami zaniemówił, a to dlatego iż miało się okazać iż nie on jeden przybył zbadać tę sprawę.


//rozumiem, że spotykamy się przed wejściem do rezydencji, a i sorki Ben, wiem iż miałem to inaczej opisać, ale mam kaca i to nie moralnego, wybacz! //

_________________
#FFCC33

"The world is a book and those who do not travel read only one page."

|Kavindell Theme|
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Świergot
Baronessa

avatar



PisanieTemat: Re: Szpon W Cieniu Rozpadliny - Misja   Pią Kwi 13, 2018 4:04 pm

Ozdobne pióro zaczerpnęło haust atramentu, po czym wróciło do metodycznego skrobania w szorstkiej teksturze pergaminu. Układające się w zdania litery zwieńczały liczne zawijasy, zdradzające zarówno kaligraficzny kunszt autora, jak i doszczętny brak zachowawczości w jego manifestacji. Na papierze wykwitł ostatni czarny punkt, informujący potencjalnego adresata o końcu wiadomości.
Świergot oparła końcówkę pióra na glinianej podstawce i krytycznym spojrzeniem otaksowała owoc zbożnej pracy. Nieidealnie, oceniła rzeczowo fałszerka, przyglądając się wątłej smudze roztartego atramentu, która ciągnęła się w ślad za jedną z liter, ale stosownie do wymogów odbiorcy.
— Słyszałaś najnowsze wieści? — zagadnął niemrawo Evon de Lanäthari, który podczas pomocy w rutynowych obowiązkach baronessy zdecydował się wypolerować blat mahoniowego skryptorium własną czupryną. — Lorda Illintha znaleziono martwego w jego górskiej samotni.
— Och.
Zdawkowa reakcja wydawała się wysoce nie na miejscu, zwłaszcza w odpowiedzi na informację o śmierci jednego z członków rodu, lecz uzasadniała ją niechlubna tożsamość denata. Illinth de Lanäthari przywdział płaszcz złej sławy w momencie, gdy wraz z rodziną opuścił Dwór Lata, aby zasmakować pustelniczego życia w niezdobytych murach twierdzy, na której budowę przeznaczył niemal cały majątek. I choć credo Lanätarich nie obejmowało stosowania restrykcyjnej polityki wobec podobnych decyzji, ekscentryczny lord popadł odgórnie przykazane zapomnienie.
— Mój ojciec nie chciał podzielić się szczegółami, ale podobno sprawa jest zawiła i cuchnie. Juchą. — Retoryka Evona sprawiała wrażenie adekwatnej do młodzieńczego wieku, lecz mimo to wznieciła błysk niezadowolenia w karcącym spojrzeniu fałszerki.
Wrota do pracowni Świergot zaanonsowały przybycie niespodziewanego gościa nieprzyjemnym skrzypnięciem, które bezceremonialnie przerwało infantylny monolog. W progu ukazała się sylwetka Cedrika de Lanäthari — dumna i krzepka, pomimo zauważalnego zmęczenia, wynikającego ustawicznego dźwigania ciężaru odpowiedzialności za rodowe sprawy.
— Ojcze? — Lakoniczne pozdrowienie machinalnie wydostało się z ust baronessy, kiedy jej umysł, latami przystosowywany do utrzymywania ponadprzeciętnej sprawności, w pośpiechu dopasowywał fragmenty rozsypanej przed nim układanki.  
— Shallan, jeżeli pozwolisz?
Strapiony baryton nie pozostawił przestrzeni na wątpliwość w przedmiocie powodu nagłej wizyty ojca. Świergot posłusznie podniosła się znad dębowego stołu, wręczając zapisany maczkiem znaków pergamin osłupiałemu Evonowi.
— Dopilnuj, aby wiadomość trafiła do rąk hrabiny Caraleth przed zmierzchem. Obawiam się, że w najbliższym czasie nie zdołam zadbać o to osobiście.  


Górskie Tereny pachniały rześką bryzą oraz diamentami rosy; były niezmierzone i dzikie, pełne grozy oraz niespodzianek, a także ujmujące w swej surowości, nieskalanej ingerencją ludzkich udoskonaleń. Poza jednym nieprzyzwoitym wyjątkiem, odznaczającym się pejzażu wyjętym spod pędzla natury plamą kamiennej samotni. Solidne mury skruszały nieco pod naciskiem zębów czasu, lecz mimo to twierdza lorda de Lanäthari zdradzała ślady skrupulatnej konserwacji — choć może nie tak częstej, jak byłoby to wskazane.
Świergot zatrzymała karosza ostrzegawczym cmoknięciem, po czym z ostrożnością oswobodziła jego grzbiet spod jarzma własnego ciała. Baronessa z rzadka przekraczała próg, dzielący Dwór Lata od przepastnej reszty świata, toteż poziom jej wyszkolenia w sztuce jeździectwa pozostawiał wiele do życzenia, o czym dobitnie powiadomił ją tępy ból w okolicach lędźwi. Pospiesznie wygładziła zagięcia, jakie odkształciły się na szorstkim materiale spodni do jazdy konnej; gdyby nie zdecydowała się przywdziać wyszywanej złotymi nićmi koszuli, najpewniej bez większych komplikacji wpasowałaby się w kanon mody, który obowiązywał wśród mieszczańskiej gawiedzi.
Klacz posłusznie dotrzymywała fałszerce kroku, pozwalając prowadzić się w nieprzesadnie żwawym tempie chodu właścicielki, co pewien czas strofując ją upominawczymi parsknięciami. Po kilku dłużących się minutach spaceru, Świergot dotarła pod wrota posiadłości, gdzie ze zdumieniem stwierdziła, że bynajmniej nie jest jedynym gościem, któremu zaszczytnie doręczono zaproszenie na to cokolwiek posępne wydarzenie.  
Vërno, bezbłędnie dopasowała nazwisko do złotowłosej persony. Co więcej, nie byle posłaniec, lecz sama głowa szlacheckiego rodu osobiście pofatygowała się na miejsce zgonu Illitha de Lanäthari. Ale z jakiej przyczyny? — głowiła się baronessa, opuszczając głowę w pełnym niewymuszonej kurtuazji powitaniu.
Markiz Vërno — przemówiła głosem na wskroś przesiąkniętym podręcznikową grzecznością – na tyle przykładną, by bezsprzecznie ujść za nieszczerą i przypominającą wyuczony odruch. — Jakież to okoliczności sprowadzają głowę rodu do tego zapomnianego przez bóstwa przybytku?

_________________
Stand in the ashes of a trillion dead souls and ask the ghosts if honor matters.


Their silence is your answer.
| Theme.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Szpon W Cieniu Rozpadliny - Misja   Nie Kwi 15, 2018 12:30 am

Na taras wszedł zasapany mężczyzna, którego włosy przyprószone siwizną wskazywały na nieuchronny odcisk starości. Húrin - bo takie było jego miano, piastował na dworze lata znaczącą funkcję i to przez jego dłonie przechodziła większość kardynalnej korespondencji. Jeśli wieści były wyjątkowo istotne i pilne nie kłopotał się wysługiwaniem posłańcami, a osobiście, na przekór słabej kondycji, dostarczał priorytetowe nowiny.  
- Lordzie Fëanáro, ważny raport. - oznajmił głosem pełnym szacunku wręczając z namaszczeniem markizowi zalakowaną kopertę. Młodzian stróżujący przy wejściu nie potrafił ukryć zdziwienia. Posłaniec wyglądał na starszego od Benvolia o dobre dwadzieścia, może nawet trzydzieści lat. Strażnik nie wiedział, że markiz pamiętał czasy, gdy Húrin razem z innymi urwisami bawił się na placu w berka i besztany przez rodziców wracał posłusznie do domu.
- Dziękuję Húrinie. - odparł szermierz przypatrując się staremu znajomemu. I tylko Fëanáro dostrzegał w oczach tego podstarzałego Elae ukrytą przed światem młodzieńczą iskrę, jego dokonane w przeszłości zuchwałe, nierzadko lekkomyślne czyny, które popełniali razem, gdy dworzanin służył w oddziałach markiza. Czas nie obchodził się łagodnie ze śmiertelnikami na zewnątrz, a u niego to dusza była dręczona i wystawiana w nieskończoność na próbę.
Benvolio westchnął sięgając po zdobiony, szylkretowy sztylecik do korespondencji. Ujął w dłoń rękojeść z karapaksu dobierając się elegancko do zawartości papierowej poszewki. Śledził tekst przebiegając szybko wzrokiem po niedbale nabazgranym liście zauważając przy tym kilka błędów. Współcześnie nawet Elae nie przywiązywali uwagi do poprawnego posługiwania się Lorgmai, mieszali go dla własnej wygody ze wspólnym tworząc niestrawną dla markiza słowną papkę. Fëanáro zganił się w myślach za staroświeckie podejście i własną gnuśność. Mężczyzna odłożył na bok wciąż zapieczętowaną kopertę z cienką szczeliną przy krawędzi po nożu i rzekł ponurym głosem:
- A więc to prawda. Illinth nie żyje.
Choć Benvolio nie pałał może szczególną dozą sympatii względem denata za jego życia, to jednak śmierć któregokolwiek Elae Lata była w jego mniemaniu niepowetowaną stratą. Mężczyzna ten uchodził za ekscentrycznego, a nawet zdziwaczałego i wyalienowanego pośród dworu wpisując się w pewien niepochlebny trend względem rodu de Lanäthari, tak markiz dostrzegał w nim wielokrotnie namiastki człowieka wielkiego. Do tego te makabryczne okoliczności. Cała ta cuchnąca na kilometr sprawa domagała się usilnie jego atencji, a przez wzgląd na piastowane przezeń stanowisko nosiła znamiona służbowego obowiązku.    
- Rozszarpane ciało. - mruknął kasandrycznie rycerz z powrotem sięgając za kopeć racząc się relaksującym nałogiem tytoniowym.
- Ekhm, pewnie dopadły go jego własne, wygłodzone psy. Nie od dziś wiadomo za jakiego dusigrosza i skąpca uchodził lord Illinth. - odezwał się obcesowo strażnik. Húrin zmroził go beznamiętnym spojrzeniem szykując się do zbesztania jego impertynenckiej postawy, ale został ubiegnięty przez markiza.
- Podstawowym błędem jest podawanie teorii, nim uzyska się rzetelne informacje. Nierozważnie i niezauważalnie zaczyna się bowiem dostosowywać fakty, by te zgadzały się z teoriami, miast próbować stworzyć teorię, która byłaby zgodna z faktami. - rzucił grandilokwentnie pośród kłębów tytoniowego dymu. I choć nie chciał brzmieć pretensjonalnie i nazbyt pompatycznie, to próżno było spodziewać się innego odbioru, gdy siedział w tym bogato inkrustowanym, drewnianym fotelu z nonszalancko założoną na kolano nogą z podrygującą miarowo w kąciku ust fajką. Wymyślny hełm polegiwał na wysokim, trójnogim taborecie ustawionym wygodnie dla markiza w zasięgu jego prawicy. Właśnie teraz założył górne opancerzenie na lico podnosząc się przy tym z siedziska. Karmazynowa peleryna załopotała niesiona górskim wiatrem, gdy markiz zbliżył się do balustrady tarasu.
- Ruszam niezwłocznie, wiesz co masz robić. - zwrócił się jeszcze do starszego z obecnych tu mężczyzn, po czym wszedł na poręcz i zeskoczył prosto w dół. Kaskada iskier dotrzymywała mu towarzystwa ciągnąc za nim niczym nierozłączne cienie.  



Znalazłszy się przy strażnicy usytuowanej przy samej bramie murów dworu lata Benvolio zagadał do jednego ze strażników stojących aktualnie na warcie. Rozpoznał w nim Haladina, był to bystry młodzieniec, którego uwadze nie uchodził najmniejszy szczegół. Strażnik był niekiedy oczami i uszami markiza względem tego, kto, co i kiedy opuszczało dworskie tereny, bądź też przybywało doń z zewnątrz. Do tego Haladin był konkretną osobą, co pozwalało zaoszczędzić na czasie skupiwszy wyłącznie na najważniejszych informacjach. Tak było i w tym przypadku.
Młodzik skinął głową widząc zbliżającego się doń markiza.
- Vërno? - zapytał bez ogródek Fëanáro.
- Opuścił konno dwór godzinę temu.
- Ach tak. - rzekł wyzutym ze zdziwienia głosem.
- Ktoś jeszcze? - dopytał.
- Shallan de Lanäthari, panie.
- Doprawdy? -  markiz skonstatował nowiny unosząc na moment jedną brew ku górze.
- Bywaj Haladinie. - rzucił jeszcze rycerz przyoblekłszy się płomieniami. Ogień uformował wokół markiza formę przypominającą ptaka i właśnie dzięki niemu Benvolio uniósł się w powietrze szybując pospiesznie ku górskiej rezydencji Illintha, chcąc w ten sposób nadrobić stracony czas. Rycerz miał nadzieję, że zanim dotrze na miejsce ekscentryczny duet w postaci Kavindella i Shallan nie powiększy kabały, jaką było tajemnicze morderstwo lorda de Lanäthari. Nie był bowiem pewny co do możliwej interakcji tej dwójki, liczył tylko na to, że nie wyrządzą oni przyszłemu śledztwu żadnej krzywdy. Niepewność ta zrodziła jego pośpiech, ale szybko okazało się, że konna podróż po górskich traktach, nieubitych dróżkach i leśnych ostępach zajmowała znaczącą ilość czasu. Dlatego też minąwszy w locie dwie majaczące daleko w dole postacie Benvolio zleciał na ziemię. Resztę drogi postanowił przebyć pieszo oszczędzając i regenerując zużytą na formę feniksa heyat tak, aby w pełni sił przystąpić do trudów, jakie mogły czekać go przy próbach rozwikłania tajemniczego zgonu.


***

Gdy markiz wyszedł zza drzew jego okute trzewiki wydały metaliczny dźwięk zderzając się z brukowanym podłożem, jakie wiodło wprost do wyglądającej teraz złowrogo i posępnie rezydencji. Porywisty wiatr szarpał nieubłaganie za poły krwistej opończy ociekającej na koniuszkach tkaniny pojedynczymi kroplami deszczu. Pogoda jakby zdawała się dopasowywać do zaistniałych okoliczności przyklaskując makabrze i panującej zgrozie. Benvolio zastał przed wzmacnianymi metalem drzwiami dwójkę o której wspominał mu przy bramie Haladin. Rycerz skinął zadośćuczyniwszy etykiecie wpierw rachitycznej damie, następnie zaś krzykliwie opancerzonemu mężowi.
- Shallan, Kavindell. - zawtórował swym gestom pozwalając sobie na zaniechanie pełnych dworskich introdukcji.
- Moje kondolencje. - zwrócił się do jak zawsze stylowo ubranej baronessy, której odzienie przeszywane bursztynowymi nićmi wpasowywało się w równie ekstrawagancką zbroję markiza władającego portalami. I choć wyrazy współczucia u Benvolia były szczere, tak nie miał on pewności co do równoznacznego podejścia obecnej tu dwójki.  
- A więc jesteśmy już chyba wszyscy, nieprawdaż? - zagaił nieco tajemniczo malując na licu skrytym pod przyłbicą nieznaczny, wysublimowany, a przy tym cierpki uśmiech. Nie tak wyobrażał on sobie obiecany przez Vërno wieczór pełen hazardu i hołdowaniu przyziemnym nałogom, a także pozbawiony rozsądku i moralnych hamulców. Było zgoła inaczej, gdyż obecna sytuacja wymagała od całej trójki ostrości umysłu, trafnej dedukcji i owocnych spostrzeżeń.
- Gdzieś pośród tych bezbarwnych murów wije się szkarłatna nić morderstwa, a naszym zadaniem jest wysupłać ją, oddzielić i zbadać każdy jej cal. - zaanonsował wskazując obleczoną w rękawicę pełną płytek dłoń na upiorny budynek, ze specjalnym wskazaniem na tajemniczą wieżę. W jego głowie już kłębiły się niezliczone możliwości, jakie dawała współpraca z obecnym tu duetem w postaci głowy rodu Vërno, oraz chlubą de Lanäthari. Ich umiejętności nadawały się wręcz idealnie do infiltracji zarówno tej materialnej, jak i mentalnej, jedyne co mogło stanąć na drodze owego aliansu wiązało się z ich zakulisowymi, podszytymi motywami, konfliktami interesu, czy różnicami charakteru. Tu rycerz upatrywał zadanie dla siebie, w spojeniu działań całej trójki tak, aby osiągnięty został główny cel. Całość mimo smutnych i przerażających okoliczności zapowiadała się całkiem interesująco i unosząca się gdzieś immanentnie tajemnica, co do śmierci Illintha nadawała temu intrygujący wydźwięk.

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dagor
Alti

avatar



PisanieTemat: Re: Szpon W Cieniu Rozpadliny - Misja   Pon Kwi 16, 2018 5:33 pm

Któż mógł się spodziewać, że byle zabójstwo jednego z Elae doprowadzi do spotkania niemalże całej dworskiej śmietanki. Zdaje się, iż to marnotrawstwo środków, ba, wręcz igranie z kapryśnym losem. W końcu banalne morderstwo mogłoby okazać się przynętą, wytrawnie zastawioną pułapką. Próżno jednak zagłębiać się w motywy z tak dalekiej perspektywy, jaką obecnie posiadała eskapada. Kożuch tajemnicy okalał posiadłość i bynajmniej nie chciał uchylić swego rąbka.
Gromkie pukanie początkowo nie doczekało się odzewu, lecz po upływie kilku minut, słyszalne okazały się delikatne, kobiece kroki od wewnętrznej strony grodzia. Niewiele wody upłynęło, gdy przysłonięte czarną woalką oczy błysnęły za odsłoniętą, prostokątną zaślepką wrót.
- Przybywasz odprawić ostatnie pożegnanie, czy też bezcześcić pamięć zmarłego, ciągając ropiejące ciało po laboratoriach? - rozbrzmiał wymęczony długim szlochaniem głosik, choć nie brakowało w nim nutki ironii. Bowiem już z samo pompatyczne powitanie, wedle kobiety, zwiastowało rychłe upolitycznienie sprawy i brak spokoju przez następne tygodnie, a nawet miesiące.
- Illinth nie żyje, a sprawca już dawno opuścił ściany tego przybytku. Przybywacie za późno, nic tu po dworskiej jurysdykcji - dorzuciła, z trzaskiem zamykając metalową przegrodę. Wszystko odbywało się przy akompaniamencie deszczowych kropli, rozbrzmiewających na dachówkach i okolicznych głazach. Kolor nieba zdusiła ponura siwizna, zwiastująca prędkie oberwanie chmury.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Świergot
Baronessa

avatar



PisanieTemat: Re: Szpon W Cieniu Rozpadliny - Misja   Wto Kwi 17, 2018 7:26 pm

Świergot w milczeniu przyglądała się czynom złotowłosego markiza, który tembrem głosu utwierdził ją w przekonaniu, iż pod całunem bezsprzecznie przystojnego oblicza kryją się zbożne lata militarnego doświadczenia. Żołnierski ton wypracowany podczas codziennej rutyny przekazywał potencjalnemu odbiorcy klarowną wieść: moment otwarcia wrót stanowił zaledwie kwestię czasu, lecz sam w sobie nie podlegał dyspucie.
Zdumiewające, oceniła baronessa z niekłamaną aprobatą, jednocześnie uznając za stosowne wstrzymanie się z oznajmieniem własnego przybycia do chwili otrzymania jakiegokolwiek responsu.
Wbrew oczekiwaniom, na spotkanie wyszła im zmącona ptasim trelem cisza oraz odznaczająca się czarnym wykwitem na linii horyzontu sylwetka niespodziewanego gościa.
Chociaż, pomyślała fałszerka, wsłuchując się w miarowy rytm kroków okraszonych metalicznym dźwiękiem ścierających się ze sobą płatów żelaza, zważywszy na częstotliwość naszych ostatnich konfrontacji, nie sposób rozprawiać o pierwiastku zaskoczenia. Muśnięte karminem pomadki wargi wygięły się w subtelnym półuśmiechu, kiedy Świergot zwróciła się ku personie, która obcesowo przekształciła dotychczasowy duet w tercet.
Z wolna zaczynam kwestionować przypadkowość naszych spotkań, markizie Fëanáro. — Wyśmienita zbroja w barwach zachodzącego słońca do pary z dwurożnym hełmem nie pozostawiały choćby krzty wątpliwości w przedmiocie tożsamości nadchodzącego dostojnika.
A zatem jest ich dwóch, stwierdziła podejrzliwie Świergot, opuszczając długi cień wachlarza śnieżnych rzęs na równie blade policzki. Wrodzona baczność fałszerki nie była w stanie pozostawić uczestnictwa pary wojskowych wysłanników bez należytej uwagi, która natychmiast obrała nowy cel, gdy tylko odnotowała nieprzyjemne skrzypnięcie, poprzedzające otwierającą się znienacka zaślepkę.
Dobiegający zza zwiewnej bariery żałobnego woalu głos kąsał z zaciekłością pszczelego żądła, uzasadnioną zarówno nagłą śmiercią lorda de Lanäthari, jak i makabrycznymi okolicznościami, w których pożegnał się z żywotem. Baronessa uniosła wzrok, usiłując nawiązać nić kontaktu z parą zrozpaczonych oczu rozmówczyni. Skoro rezydująca w samotni Illintha niewiasta odparła z obmierzłym wyrzutem na myśl o rozmowie z wojskowymi oficjelami, logiczną konsekwencją wydawało się zastosowanie mniej autorytarnych środków.
Jeżeli próżno tu po dworskiej jurysdykcji — zaczęła fałszerka, zgrabnie cytując jadowity przytyk rozmówczyni — być może znajdzie się odrobina miejsca dla rodzinnych koneksji? — Świergot nie sądziła, by czynienie zadość zwyczajowym wymogom dworskiej etykiety okazało się nieodzowne, lecz mimo wszystko postanowiła dochować im przykładnej wierności: — Shallan de Lanäthari, moja pani. Przybywam z kondolencjami oraz chęcią ujęcia sprawcy tego haniebnego czynu. Dłoń uniesiona na jednego z Lanätharich jest dłonią wymierzoną w cały ród; należy czym rychlej ją odseparować od reszty, nim po raz wtóry dopuści się podobnego przewinienia.

Sidenote: jeżeli mamy tu jakąkolwiek kolejność odpisów, to z pewnością właśnie ją naruszyłam, ale do końca tygodnia nie będę miała aż takiej swobody w aktywnym uczestnictwie na fabule. Wobec tego wolałam zabrać się za to niezwłocznie. Wybaczcie~

_________________
Stand in the ashes of a trillion dead souls and ask the ghosts if honor matters.


Their silence is your answer.
| Theme.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kavindell
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Szpon W Cieniu Rozpadliny - Misja   Wto Kwi 17, 2018 9:17 pm

Kavindell mógł spodziewać się wielu rzeczy, jednakże pojawienie się tak niespodziewanego towarzystwa było dalece odbiegające od przypadku...  Shallan Caér "Świergot" de Lanäthari istotna figura swego rodu, zarówno w kształtach jak i pozycji. Władający portalami był o tyle zaskoczony co rozbity, gdyż jego zamiary miały być niechybnie pogrzebane, ale czy na pewno? Tak czy inaczej na pytanie co go tu sprowadza nie łatwo było dać odpowiedź, gdyż prawda typu "Witaj słodka, przybyłem pod byle pretekstem zająć włości Twego rodu i oddać je pod militarny użytek dworu lata", nie nie brzmiało to bynajmniej dobrze, ale z pewnością było prawdziwe.
Nim jednak zdążył odpowiedzieć białogłowie, to na pokwitowanie niezręczności blondyna nastąpiło kolejne zaskoczenie, gdzie Benvolio ukazał swe oblicze, tajemniczy Benvolio...
Cóż, koniec ze snuciem blondyn jak nic wiedział iż czasami trzeba poddać się chwili i atmosferze, więc przełknął to co planował i skupił się nad tym co ma przed sobą. Kurtuazyjnie skłonił się ku Świergocie i zdjął błękitny kaptur z głowy pozwalając złotym włosom opaść na opancerzone ramiona.
-Jak już wcześniej wspomniał mój drogi przyjaciel, pragnę rozebrać tajemnicę rodu de Lanäthari... - zły uśmiech i ostre spojrzenie ku Baronessie zdawały się jednak ujawniać zgoła inne znaczenie, niż słowa Benviolia. Ku wiekowemu markizowi kiwnął głową już z bardziej beztroskim uśmiechem i tylko można było się domyślać jak bardzo kompan przystopowywał Kavindella.
Tak, Vërno był z pewnością drapieżnikiem, więc gdy tylko pojawiła się kolejna niewiasta.
-Pani... - markiz spróbował wejść jej w słowo, jednak bezskutecznie, wdowa rzekła to co ułożyła sobie w głowie podchodząc do wrót. Błękitne oczy Vërno zdawały się błysnąć złą barwą, gdy omiótł wzrokiem lewą i prawą stronę od samych drzwi.  Okna były za małe by można było przez nie wejść, ale wystarczające by ujrzeć środek, więc i tak zrobił Kavindell. By za pomocą swej magii bestialsko dostać się do środka i tak jak wdowa nie czekać na czyjąkolwiek reakcje.
Długowłosy markiz za pomocą "wymiarowych drzwi" przenosi swą osobę wewnątrz rezydencji i to jak najbliżej wrót wejściowych. Oczywiście na tym nie koniec, korzystając z zaskoczenia i być może skupienia uwagi wdowy przez słowa Świergoty, Kavindel dopada do niej. Szybkim ruchem ręki chce unieść żałobny woal niewiasty i przyjrzeć się jej twarzy i następnie cofnąć się słodząc ze złym uśmiechem.
-Musiałem przekonać się na własne oczy o urodzie kobiety dla której  Lord Illinth De Lanäthari postanowił żyć tak daleko po za dworem. - ewidentnie i bez zahamowań Kavindel zaczął od flirtu, który ewidentnie nie mógł być na miejscu.
-Ale gdzie me maniery, jam jest Markiz Dworu Lata, Kavindell, głowa rodu Vërno i śmiem twierdzić iż ma obecność w tym miejscu łączy je z samym dworem. - zakończył z niemniej złym uśmiechem na twarzy i odchrząknął.
-Prócz Baronessy de Lanäthari na zewnątrz czeka głowa rodu Fëanáro, więc jeśli istnieje jakaś przeszkoda by przyjąć gości dworu to mogę połączyć za pomocą magii tą rezydencję ze wspomnianym miejscem. Na dworze nie brak służby jak i ochrony, więc bynajmniej proszę nie wątpić w dworską jurysdykcję Pani... - rzucił niejako z wiszącym nad wszystkimi Elae dworu piętnem rang, gdzie pozycja Markiza potrafiła być doprawdy przytaczająca. Zaś moc władającego portalami niechybnie w trakcie jego obecności sprawiała iż ta oddalona rezydencja przestawała być odosobniona. Zły uśmiech blondyna z pewnością był jego dywizom i choć całe to pochopne działanie mogło naważyć jeszcze większego bigosu to Kavindell dalej nie traktował całej tej sprawy zbyt poważnie. Oczywiście jeśli zwyczajnie wystraszył wdowę tak iż ta dała nogę (Nie pierwsza i nie ostatnia) to nasz Vërno otworzy swoim kompanom. Dodatkowo zarówno on jak i Shallan mieli tutaj swoje wierzchowce, którymi trzeba było się zająć.

Wymiarowe Drzwi koszt: 25 Heyat
Stan Heyat 75/100



_________________
#FFCC33

"The world is a book and those who do not travel read only one page."

|Kavindell Theme|
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Szpon W Cieniu Rozpadliny - Misja   Pon Kwi 23, 2018 10:07 pm

Deszcz wygrywał swoiste staccato na metalicznym opancerzeniu Benvolia. Kolejne krople spadały na hełm i zbroję Elae ześlizgując się później z gracją po stalowej powierzchni malując na niej hydrologiczne wzory i kleksy.
Minęło dobrych parę minut nim bezprecedensowe kołatanie Kavindella spotkało się z responsem domowniczki. Szermierz przelotnie dostrzegł w odsłoniętym wizjerze błysk oka należącego do kobiecej persony, która to najwidoczniej była z Illinthem per "Ty". Równie szybko zaślepka drzwi została zasłonięta, a jej odpowiedź nosiła znamiona zdawkowości nie pozbawionej ironii.
Próba wymiany zdań między jego towarzyszami, a nieznajomą szczelnie wypełniała jakąkolwiek lukę w obecnej interakcji, toteż Benvolio uznał za stosowne nie wtrącać się względem przeprowadzanego dyskursu. Ograniczył się do tymczasowej bierności będąc jednak stale czujnym i gotowym na wypadek potrzeby jego atencji.  
Rycerz spojrzał ku górze przypatrując się szarzejącemu niebu i kłębiącym się dumnie ołowianym cumulonimbusom. Pogoda była przygnębiająca i zanosiło się na jej dalszą degradację. Wilgoć w żadnej postaci nie była miła Fëanáro, także nie czuł się on zbyt komfortowo na myśl o zbliżającej się ulewie, a może i burzy. Shallan powoływała się na koneksje rodzinne próbując zjednać sobie krztę zrozumienia u rozmówczyni, a może uśpić jej czujność, bądź ułagodzić uprzednią obcesowość Vërno. Markiz miał z kolei inny sposób na uskutecznienie swych zamierzeń. Zaprezentował on uniwersalną praktyczność władanej przezeń magii. Przy pomocy utworzonego portalu miał zamiar przeniknąć do środka niewzruszony na kontestację pozbawionej gościnności damy w żałobie. Rycerz zaś stał niewzruszony opierając z przyzwyczajenia dłoń na głowicy przypasanego miecza. Było co raz chłodniej i co raz bardziej mokro, przez co Benvolio byłby wdzięczny osobie, dzięki której znalazłby się w środku posępnego dworu. W ten, czy inny sposób.

___________________________________________________________________________
Wybaczcie zwłokę z odpisem, ale była ona spowodowana brakiem czasu przez ostatni tydzień.

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Szpon W Cieniu Rozpadliny - Misja   

Powrót do góry Go down
 
Szpon W Cieniu Rozpadliny - Misja
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Mom, what are you doing?!? (Misja Traffy - Prowadzi Reś)
» To było tak beznadziejne, że chyba dostałem raka. Misja Skoczka.
» xyz
» Zgłoszenia po misje
» Hipsterska misja fabularna [Masamune, Bosse, Konegi]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: 
Eventy i misje
 :: 
Misje
-
Skocz do: