Wszelkie prawa do użytych utworów posiada Adrian von Ziegler



 
IndeksCalendarFAQSzukajGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Gospoda "Pod upitym bawołem"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Maveth
Kruk

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Pon Mar 19, 2018 12:43 am

Nie był osobą, która wierzyła w to, że jakaś siła wyższa odpowiada za to, czy będzie mieć szczęście czy spotka go jakieś nieszczęście. To mogłoby dowodzić prawdziwości istnienia bóstw, a tego by bardzo nie chciał. W końcu tak wiele rzeczy w jego życiu opierało się na tym, że w nich nie wierzy.
No tak. Dobra… w takim razie nie powinienem ci mówić, że mogę ci to dać, tak? — odrzekł ostrożnie nie będąc do tego przekonanym. To trochę przypominało mu czasy, kiedy był małym chłopcem i matka mu tłumaczyła mu pewne rzeczy. Jednocześnie to był czas, w którym zaczęto go szkolić na skrytobójcę. To oznaczało koniec pewnego etapu w jego życiu, a mianowicie koniec dzieciństwa. Skończyło się ono nawet jak rodzice go kochali i byli dla niego tak dobrzy, jak tylko mogli być.
Dla mnie — stwierdził i cicho westchnął. Zgodził się na to i może okazać się, że nie będzie tego żałować. Z wielu względów unikał takich zabaw i nie było w tym nic dziwnego. Nie zakładał, że zmieni podejście do takich. Za to miał nieodparte wrażenie, że Lella zadba o to, by się nie nudził i nie miał czasu na myślenie. Był też pewien, że będzie go ciągnąć po wszystkich możliwych atrakcjach.
Jego uwadze również nie uszło to, że do środka weszła nowa osoba – mężczyzna, na którym zatrzymał swoje różnobarwne spojrzenie. Rzecz jasna, na krótką chwilę. Stracił nim odrobinę zainteresowania, kiedy on dołączył do swoich kamratów. Lella oraz zawartość trzymanego przez niego kufla była bardziej interesująca. Miód pitny doskonale rozgrzewał i on też sprawił, że jego blade policzki zyskały nieco żywszy odcień.
Ponownie uniósł kącik ust w uśmiechu, kiedy ona roześmiała się i kiedy stuknęła trzymany przez niego kufel w ramach wzniesienia niemego toastu. Tego się trochę nie spodziewał, ale sam fakt, że Lella prawie oblała się miodem pitnym skomentował rubasznym śmiechem, po którym pozostał dwuznaczny uśmiech. On wiedziałby, gdzie patrzeć, gdyby się oblała.
Ponieważ się zakrztusiła, klepnął ją średnio mocno w plecy. Był silny, ale teraz swoją siłę starał się miarkować, by nie zrobić jej faktycznej krzywdy i by nie sprawić, że poleci do przodu naprawdę oblewając się przy tym. Chociaż dzięki temu miałby pretekst, by po raz patrzeć na biust swojej towarzyszki.
Powinnaś bardziej uważać, kociaku — rzucił z czymś na kształt rozbawienia, jednocześnie po raz kolejny uśmiechnął się dwuznacznie i spojrzał poniżej jej twarzy. Po chwili jednak do niej wrócił spojrzeniem i ponownie zaśmiał się, widząc te pierwsze, intensywniejsze rumieńce na jej policzkach. Będąc wrażliwym na wdzięki niewieście, w duchu stwierdził, że wygląda ujmująco i te rumieńce dodają jej wiele uroku.
Uniósł nieznacznie prawą brew, widząc, że Lella ostrożnie podnosi się z miejsca z kuflem w dłoni. Nieco bardziej się zdziwił, kiedy ona ujęła go za dłoń i w ten sposób zachęciła go do wstania, co też uczynił. Kufel oparł o swój płaski brzuch i podążył za nią pozwalając się jej trzymać początkowo za rękę, a później pod ramię.
A więc tutaj ją ciągnęło, co było zaskakujące, ale i zabawne. Z drugiej powinien powstrzymać ją od pędzenia w stronę grupy najemników. To mogło się skończyć bardzo źle dla niej.
To bardzo dobry toast, kociaku, więc go wznieśmy — zgodził się z nią i sam nieznacznie wzniósł swój kufel, by po chwili ponownie podnieść go do ust i upić po raz kolejny łyk tego zacnego trunku. Z najemnikami piło się mimo wszystko najlepiej, chociaż to nie było towarzystwo dla kobiety. Lella sama go tutaj przyciągnęła, więc widocznie chciała takiego towarzystwa.
Sam by postąpił na miejscu tego mężczyzny, przynajmniej, jeśli chodziło o robienie miejsca.
Mnie nie mierzi. Lella? — odpowiedział tylko za siebie, bo prawdą było to, że tyle może to zrobić. Z najemnikami piło się najlepiej. W oczekiwaniu na odpowiedź swojej pięknej towarzyszki, klapnął sobie na jedno z przeznaczonych dla nich krzeseł. Drugie czekało na nią.
Okazało się też, że do nich dołączy kolejna osoba – tym razem młoda kobieta. Spojrzał na nią kątem oka, też oceniając jej urodę. Lella była zdecydowanie ładniejsza i przez większość czasu, który z nim spędzała, zachowywała się całkiem przyzwoicie. Tak, jak powinny kobiety się zachowywać. Nie licząc, rzecz jasna, sytuacji, w których miała mu za złe spóźnianie się.
Gdyby on miał wysłuchiwać wyrzutów, że pije zamiast robić coś bardziej konstruktywnego, na przykład pracować dla kogoś, kto jeszcze straszy go swoim ojcem i ten ktoś byłby taką nadętą pannicą, po prostu by ją wyśmiał i powiedziałby takiej coś w stylu, że gdyby on był jej ojcem za takie pyskowanie dostałaby porządne manto. Ono by ją wyleczyło z zadzierania nosa.
Siłą rzeczy usłyszał słowa, które ta dziewka wypowiedziała. Na tym się to skończyło, bo jakoś nie miał ochoty wybierać się do nieprzebytej puszczy w szczytnym, chociaż dobrze opłaconym celu. Dowiedział się, że ich towarzyszy i ona się znają. To jednak nie była jego sprawa. W to nie zamierzał się wtrącać. Miał jednak wrażenie, że zabawa będzie średnia, skoro ich towarzysz musiał doczekał się ogona w postaci nadętej pannicy. Może ognista woda, którą podsunął jej ich towarzysz uczyni ją mniej nadętą i bardziej chętną do zabawy.

3/5


Ostatnio zmieniony przez Maveth dnia Pon Mar 19, 2018 3:33 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lellalia
Sójka

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Pon Mar 19, 2018 11:29 am

Tego uderzenia w stół zdecydowanie się nie spodziewała, ale też nie sądziła, że tak się przestraszy. Kiedyś takie rzeczy nie robiły na niej wrażenia. Chociaż to może dlatego, że teraz czuła się spokojna, a także była odprężona? Cóż cokolwiek to było, na pewno udało się dzięki temu rozśmieszyć tego skrytobójce, co uznała za dobrą rzecz. Potem sama się zaśmiała, gdy Maveth ją pouczył używając do tego poniekąd jej słów. Uśmiech na jej ustach stał się szerszy, chociaż pokręciła głową, bo co ona miała z tym facetem, to po prostu trzy światy.
Był festyn, powinni się bawić wszyscy razem, nawet jak to z jednej strony wydaje się głupie czy nawet nieco niebezpieczne. Miała jednak wrażenie, że w tym czasie, raczej nic złego się nie stanie. Chociaż, jak zawsze była gotowa, gdyby wyszło na to, że coś się stało.
Na razie to się stało, że jak zwykle jej wygląd przykuł uwagę najemnika. A fakt, że pozbyła się kaptura, sprawiał, że jej zwierzęce atrybuty – przynajmniej uszy – były jeszcze lepiej widoczne, a też wspomnieć trzeba, że nimi poruszała. Kotka sama z siebie została dość hojnie przez naturę obdarzona, dlatego pochwalić się mogła zadowalającym rozmiarem biustu, wąską kibicią i szerokimi biodrami, które zmieniały się w naprawdę długie nogi. Ogólnie była wysoką kobietą, chociaż wzrostem Mavetha na szczęście nie przewyższała. Roześmiała się wesoło, gdy udało się im wszystkim razem wypić, bo to było naprawdę dobre, można by śmiało powiedzieć, że świetne. Od razu się tak… społecznie zrobiło.
-Mnie również nie – odpowiedziała z wesołym uśmiechem. Razem z Mavethem zasiedli na przygotowanych miejscach, chociaż znów skomentowane to zostało śmiechem. Zdecydowanie jej się humor poprawił, chociaż dzięki wcześniejszej rozmowie z Krukiem od początku miała ten humor dobry. Chociaż ta radość na moment opadła, gdy najemnik przeklną, a do gospody weszło jakieś dziewczę.
Jak na kobietę przystało, zmierzyła ją wzrokiem, a także nieco w głowie oceniała, oczywiście działo się to niezależnie od Lell, chociaż cóż… eteryczna uroda Elae nie robiła na niej wrażenia, a dziewczę wydawało jej się… cóż to szlachcianka, wiele się po niej nie spodziewała. A już moment gdy przyniesione zostało grzane wino, sprawiło, że Lella zaczęła się śmiać. Czemu? A cholera ją wie, możliwe, że to przez słowa, które wypowiedział Najemnik, a które brzmiały mimo wszystko bardzo śmiesznie. W końcu… jak sobie ta panna da radę w Puszczy? Właśnie…. Puszcza. To sprawiło, że coś w jej wnętrzu drgnęło. Spojrzała na Mavetha, ale nie widziała po nim tego, by się tym zainteresował.
-Przepraszam… – wtrąciła się. -Powiedziała pani, że szuka pani odważnych, którzy udadzą się na wyprawę do Nieprzebytej Puszczy, można wiedzieć w jakim celu chce się tam pani udać? – Zapytała wyraźnie będąc tym zainteresowaną.

3/5 główne zadanie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Orsola
Dama Dworu

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Pon Mar 19, 2018 10:38 pm

- Festyn festynem, ale czas ucieka. Mam nadzieję, że chociaż wiesz z kim pijesz – zazwyczaj nie obchodziło jej towarzystwo, w jakim obracał się jej ochroniarz po godzinach pracy. Tym razem jednak liczyła, że zebrał potrzebne jej informacje. Tak, zdecydowanie tylko to ją interesowało. A jednak wydawało się, że jej głos zmiękł nieco, stał się cieplejszy, bardziej pobłażliwy.
- Będę się raczyć tym, na co mam ochotę. – zupełnie zignorowała przytyk o kiju w dupie i śmiech siedzącej obok kobiety. I ona zmierzyła ją wzrokiem. Hojnie obdarzona, głośna hybryda. Nie była przyzwyczajona, by tak otwarcie się z niej naśmiewano. Trudno żeby była, w końcu większość życia spędziła w rodzinnym domu, z dala od oczu i ust innych, a rodzina nawet gdy podśmiewała się z jej pomysłów, nie robiła tego aż tak bezpośrednio. Westchnęła, w środku była cała spięta, nie wiedziała, jak miała się zachować w takim towarzystwie, nie uczono jej tego. - Dokładnie tak, jak i poprzednim razem. – odparła. Shenron jej tego nie ułatwiał. Zresztą, zdziwiłaby się gdyby było inaczej. Trudno, przeżyła w Puszczy, przeżyje i tutaj. Jej pierwsza wyprawa składała się głównie z innych, niższych rangą elae, więc nie musiała się zmagać z aż tak wielkim brakiem respektu. Teraz nie było ją już stać na takie koszty, jakie poniosła poprzednim razem. Bardziej ekonomicznie było zatrudnić najemników takich, jak ci tutaj.
Pochyliła się w jego kierunku by lepiej słyszeć, wyraźnie czuła jego oddech zabarwiony zapachem wody ognistej. Wysłuchała go do końca, z uwagą przyglądając się wskazywanym przez niego najemnikom. – Nie obchodzi mnie co wygaduje, póki świetnie strzela. Dobrze się spisałeś, dziękuję. – mruknęła po czym pociągnęła kolejny łyk ze swojego kufelka. Jej uwaga skupiła się na dwóch wskazanych przez Shenrona mężczyznach, ale szybko została rozproszona przez siedzącą obok nich hybrydę. O dziwo nie miała nic do mieszańców, jej umysł był na tyle otwarty, by akceptować inne stworzenia ze względu na to, co sobą reprezentowały, a nie to kim się urodziły. A ta odezwała się do niej uprzejmie, więc i Orsola postanowiła być uprzejma. – By ją lepiej poznać. Osobiście najbardziej interesuje mnie stworzenie aktualnych map, ale być może uda się wyciągnąć i inne, naukowe korzyści. – spojrzała na podsunięty jej w między czasie kubek. – Więc liczysz, że to wypiję? – mruknęła pod nosem. Potem jednak rozejrzała się po otaczających ją osobach. No tak, nie pasowała tutaj. Może Shenron próbował jej pomóc bardziej, niż jej się wydawało? Była to bardzo optymistyczna wersja, bardziej realne było, że po prostu chce mieć ubaw jej kosztem. Trudno. Mówią „pij!”, trzeba pić, żeby zaskarbić sobie chociaż trochę sympatii. – Dobrze – chwyciła kubek i upiła duży łyk. Napój zapiekł jej gardło, ale udało jej się powstrzymać kaszel. Odstawiła z rozmachem naczynie na stół. – Zadowolony?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Shenron
Najemnik

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Pon Mar 19, 2018 10:59 pm

Podpitemu najemnikowi spodobało się, że dwójka nie ma nic przeciwko temu by usiąść w jego towarzystwie i towarzystwie drących się przez siebie najemników. I tak zachowywali się przyzwoicie - jeszcze nie prali się po mordach, chociaż na to po cichu liczył. W innym wypadku, gdyby nie rozchmurzyły go kufle z wodą ognistą, to najprawdopodobniej siedziałby w kącie obrażony na cały świat z flaszką, a nie kubkiem, w dłoni.
- Shenron - oznajmił, zdradzając dwójce swoje imię - A tamci to Kawka, Octris, Borch i reszta, której nie musicie znać. - przedstawił starszych, mniej rozhukanych najemników ze swojej hanzy (tymczasowej i związanej z tym miejscem, po festynie każdy ruszy w swoją stronę).
- Panienko, ja zawsze piję tylko z najciekawszymi osobami. - oznajmił, nie reagując na jej fochy w sprawie komentarza co do wina. Może nie były to fochy, a jednak najemnik wyczuł ten chłód bijący od panienki Orsoli. - Poprzednim razem, poprzednim razem... - powtórzył, jak gdyby próbował sobie ten poprzedni raz przypomnieć, ale szybko wzruszył ramionami i oznajmił - Nie było mnie tam, toteż będę podtrzymywał - nie uwierzę, póki nie zobaczę.
Gdy Orsola zajęła się rozmową z hybrydową pannicą, Shenron po cichu zamówił jeszcze jeden trunek, samolubnie, dla siebie. Zresztą, pewnie zinfiltrował zawartość kufli tych ważniejszych towarzyszy, jak uszata i jej kompan i ocenił, że na razie dostawy nie potrzebują.
- Na to liczę, panienko. - odpowiedział.
Za każdym razem, gdy korzystał ze zwrotu "panienka" w tonie jego głosu dało się wyczuć lekką, źle zamaskowaną kpinę; ton prześmiewczy. A jednak mimo to - zwracał się do niej ładnie, jak do damy. Przynajmniej jeśli chodziło o sam zwrot, to co dalej mówił - pozostawmy bez komentarza. Aż dziwne, że jeszcze ojciec Orsoli nie wysłał na Shenrona kogoś, kto miałby go "nauczyć manier". Boleśnie i przeciągle.
- Bardzo dobrze, bardzo dobrze - pokiwał głową z parodią uznania - A teraz jeszcze raz to samo, ale wznosząc z nami toast - powiedział, ruchem głowy wskazując na nowoprzybyłych kompanów do picia. Fakt, że jakiś mały (w zasadzie to wielki i spasiony) diablik podpowiadał, żeby rozbić Orsolę do takiego stopnia, że nie będzie nic pamiętała, ale gdzie by tam - on? Wspaniały, honorowy rycerz? Jej obrońca? - Przy toaście musisz wychylić całość, inaczej tego nie zaliczymy - obwieścił.
Tak, rycerz w lśniącej zbroi jak się patrzy. Obrońca dam. Przykład cnoty i godności. Gdzieś się tylko pomylili z towarem, bo niezgodny z opisem.

_________________

theme | voice
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Wto Mar 20, 2018 12:36 pm

Fegnai. Święto pełne hulanek, nadużywania alkoholu i gloryfikowania symboli rzekomo przynoszących szczęście. Benvolio uważał, że dla mieszkańców Filirjonu każdy pretekst jest dobry, aby zapomnieć o szarej rzeczywistości. Oddawanie się drobnym przyjemnościom od czasu do czasu miało swój urok, zwłaszcza podczas tej okropnej, przygnębiającej pory roku, jaką była zima. Elae lata postanowił odwiedzić tętniącą życiem metropolię bez orszaku, przybocznych i służby. Niepotrzebne zwracania na siebie atencji pospólstwa nie było bowiem jego celem, zaś zwłaszcza podczas święta roiło się tutaj od przyjezdnych, wrogich nierzadko jednostek. Należało dlatego zminimalizować ryzyko jakiegokolwiek konfliktu, czy incydentu mogącego popsuć zielony festyn. Nie będąc do tego typem hulaki, zwłaszcza o tej porze, wolał w dyskretny sposób odwiedzić karczmę, przejść się po rynku i wypić parę głębszych obserwując rozrywki maluczkich.
Zdjął on zbytnio rzucający się w oczy hełm chowając do obszernej skórzanej torby, jaka uwieszona była na jego plecach. Zarzucił na głowę głęboką opończę i ciasno owinął się rozłożystą peleryną upinając ją srebrzystą broszą tak, aby spod delikatnego materiału nie wystawała zbytnio zbroja. Wydawszy kilka rozporządzeń na dworze oznajmił podkomendnym by mu nie przeszkadzano i wziąwszy jednego ze stajennych koni udał się do Filirjonu.

___________________________________________________


"Pod upitym bawołem" nawet w zwyczajny dzionek nie mogło narzekać na gości, ale dziś niemal pękało w szwach. Bogato przystrojona na zielono gospoda przeżywała istny najazd przybyszów różnych ras, z różnych stron świata. Było głośno, gwarno i rubasznie. Nie udało mu się znaleźć pustego stolika, ale szczęście i tak było po jego stronie. Jedna z najbardziej oddalonych od reszty miejscówek okazała się być okupowana przez dwójkę zdrowo nachlanych mężczyzn. Jeden z nich słodko już drzemał, a drugi właśnie dążył ku oddaniu się w objęcia Hypnosa.
Elae lata znalazł się przy rzeczonej dwójce nie wiedzieć kiedy i delikatnie, acz stanowczo "odstawił" śpiącego królewicza na ławę obok, robiąc tym manewrem miejsce dla siebie samego.
Fëanáro rozsiadł się wygodnie na krześle i oparł nogi na małym zydlu, który wypatrzył pod stołem. Kompan śpiocha zaczął kontaktować właśnie w momencie, gdy Benvolio dosiadł się do nich i zdrowo zamroczony buzującym mu we łbie alkoholem rzucił ochrypłym głosem:
- Tej! Eeeee... Ty... - wybąkał niezrozumiale, a markiz wiedział, że sformowanie nawet najprostszego zdania pod dyktando chaotycznych myśli było teraz dla tego człowieka drogą przez mękę.
- Aaa... Co..? Mój kompnnn...Ty..Go... - bełkot obwiesia stawał się co raz bardziej niezrozumiały i teraz to Benvolio musiał wysilić umysł próbując odszyfrować intencje wypowiadanych słów.
Aby uniknąć scen Fëanáro gwizdnął w stronę przechodzącej właśnie kelnerki dając znać, by ta napełniła na powrót kufel pijaka czymkolwiek ten człowiek jeszcze niedawno się raczył. Samemu zamówił grzane piwo, bo czy było coś lepszego niż rozgrzać się mocno przyprawionym browarem na przekór tej paskudnej zimy?
Po dolewce niemrawa morda nieznajomego uśmiechnęła się szczerze i dobrotliwie, a elae dostrzegł wyraźne braki w uzębieniu "towarzysza" dzielącego stół. Gdy młoda kobieta położyła przed nim zamówiony uprzednio kufel podziękował jej grzecznie skinąwszy głową. Kelnerka uśmiechnęła się zdziwiona nie będąc przyzwyczajona do takiego zachowania klienteli, a Benvolio zganił się w duchu zapominając, że nie jest na dworze i że panują tu inne zwyczaje często pozbawione jakiejkolwiek etykiety i reguł.
- Tyy.. No weź... Napyeemy się! - przypomniał o swoim istnieniu pijak. Choć Fëanáro był na ogół istotą cierpliwą i wyrozumiałą, tak nie mógł teraz nie przyznać się, że próg jego tolerancji właśnie został przekroczony. Niczym igła wbijana co rusz w pośladki, tak irytacja spowodowana interakcją z tym osobnikiem poczęła niemożebnie go irytować.
- Tak. Napijmy się. - odparł głosem podejrzanie słodkim, niczym ulepek miodu. Podszyty zaś był zamierzeniem bliższym żądłu.
- Wznieśmy toast! - oznajmił ochoczo podnosząc ku górze kufel grzańca i wskazawszy na śpiącego opodal pijaka dodał:
- Za...? - tu pytająco spojrzał spod kaptura na rozmówcę, a ten po kilku sekundach zawieszenia odpowiedział uśmiechając się przy tym głupio:
- Za Nathrrr... Za Natae... Nethharee... - próby wymówienia, czy też przypomnienia sobie miana kompana trwały według Benvolia stanowczo zbyt długo, toteż dodał on twardo:
- Właśnie, za niego! - przechylił szklanicę żłopiąc zdrowo kilka tęgich łyków. Widocznie cała ta hulaszcza atmosfera udzieliła się nawet jemu, a być może dał po prostu upust swej irytacji. Ze stukiem uderzył o blat stołu i nie czekając, aż kompan wypije trunek dostawił on dłoń od spodu jego kufla. Następnie przechylił go ku górze tak, iż pijaczyna nie był w stanie nadążyć za połykaniem cieczy i ta poczęła lać mu po brodzie. Wreszcie zwalił się na ziemię zamroczony, a jego pokal upadł na podłogę.
- Ten pan chyba ma dosyć. - oznajmił elae beznamiętnie głosem wyzutym z emocji.


Szermierz już ze spokojem rozsiadł się na powrót w krześle rad iż cały ten kweres ma już za sobą. Wyciągnął zza pazuchy bogato intarsjowaną fajkę do wtóru z woreczkiem pełnym ziela. Usypał z pietyzmem grudkę na dłoni i rozdrobnił tytoń rozcierając go między palcami. Następnie w myśl zasady "w dole myszy harcują, w górze słonie tańczą" nabił komin pierwszą, słabiej ubitą warstwę ziela, drugą zaś mocniej. Wreszcie wystawił on wskazujący palec na czubku którego ukazał się tańczący żywo płomyk, który to przystawił do główki i podpalił leżakujący wewnątrz tytoń pociągając każdorazowo z ustnika.
Palenie fajki było dla niego istnym ceremoniałem, tak jak dla innych parzenie herbaty, czy granie na lutni. Wprawny palacz wiedział, że należy wciągać dym powoli, z wyczuciem, tak by zapewnić stałe palenie się tytoniu, ale i unikać nadmiernego nagrzewania się kominka. Pykając raz za razem elae wypuszczał przez ledwo uchylone usta kłęby dymu, odnajdując wewnętrzny spokój ducha. Mężczyzna zaciągnął się głęboko bujając na krześle, które teraz stało wyłącznie na dwóch nogach. Jego wzrok omiótł pomieszczenie badawczo lustrując gości głośnego przybytku. Zaciągnął się głęboko zerknąwszy na ciemno zielony gobelin przedstawiający, a jakże, koniczynę. Banda najemników robiła największy rwetes, przez co skupiali oni na sobie uwagę większości, co było zdecydowanie na korzyść dla Fëanora.
Kolejne pyknięcie i leniwie unoszący się, gęsty dym wokół niego począł zajmować co raz większy obszar.
Kociopodobna hybryda o krzykliwym ubarwieniu w towarzystwie dziwnego, bladolicego mężczyzny naznaczonego blizną.
Wdech i wydech. W migotliwym blasku świec oczy Benvolia jarzyły się niczym dwa węgielki zatknięte pośród paleniska. Głęboko zarzucona na głowę opończa ukrywała większość jego twarzy, prócz błyszczących w półmroku lazurowych ślepi.
Ubrany na czarno osiłek z przytroczonymi mieczami.
Fëanor uwielbiał to wieczorne uderzenie w płuca. Pierwsze sztachnięcie, kołujące w głowie i narastające euforycznie. Zakapturzony pociągnął kolejny łyk piwa odkładając na moment fajkę.
Niska, białowłosa dziewczyna w asyście służek. Elae zimy.
Benvolio skrzywił się niemal niezauważalnie i wątpliwym było, aby ów grymas spowodowany był kiepskim trunkiem. Póki co cierpliwie przysłuchiwał się słowom, jakie co rusz dochodziły do jego uszu pośród panującego galimatiasu.
Bezczynność bywała niekiedy tak kusząco błogą towarzyszką.

Misja główna 1/10


Ostatnio zmieniony przez Benvolio dnia Wto Mar 20, 2018 7:27 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Keeper
Książę

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Wto Mar 20, 2018 1:26 pm

Pragnę przypomnieć, że liczba w misjach odnosi się do ilości postów, nie osób z którymi piszecie:
Cytat :
Musi napić się z pięcioma rożnymi osobami i ma na to czas dziesięciu postów!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Maveth
Kruk

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Wto Mar 20, 2018 3:13 pm

Niewiele brakowało, a by sam zawtórował śmiechem swojej pięknej towarzyszce.
W takim razie nie ma żadnych przeciwwskazań — podsumował i ponownie uśmiechnął się do niej. W samej gospodzie nic jej nie mogło zagrozić, ale to mogłoby się zmienić, gdyby została sama z tymi najemnikami. Z doświadczenia wiedział, że to najgorszy typ człowieka, chociaż też nie był od nich lepszy.
Maveth. A to Lella — przedstawił się najemnikom. Po wskazał na swoją kocią towarzyszkę i to ją przedstawił Shenronowi oraz innym najemnikom. Oczywiście, nie przedstawił jej pełnym imieniem i zapewne ona momentalnie go poprawi.
Mieli dość podobny stosunek do wysoko urodzonych osób. Jedynie czego mógłby od nich chcieć to ich pieniędzy.
Nie wiedział, z czego ona się śmieje, ale było to zaraźliwe i zawtórował jej głośnym i rubasznym śmiechem. Mogło być tak, że na to składało się to, że wysoko urodzona pannica chce się wybrać w dzikie odstępy. To nie było miejsce dla takich trzymanych w cieple księżniczek.
Nie miało co go interesować – wysoko urodzona pannica ma zachciankę wybrać się w dzikie odstępy albo znaleźć kogoś, kto ją w tym wyręczy. Nie była to jego sprawa, ale on nie zamierzał się w to pakować.
Uniósł jedną z brwi, słysząc słowa Lelli. Potem być może ją nieco zagłuszył, bowiem ponownie zebrało mu się na śmiech. Głośny i rubaszny.
W tym też miały udział słowa szlachcianki, która chciała zająć się tym, czym nie powinna się zajmować. Sądził jednak, że ktoś taki nie da sobie rady w dziczy, ale od czego ma się pieniądze na opłacenie najemników?
Sam nie jest najemnikiem, który będzie zapewniać komuś bezpieczeństwo. Jest skrytobójcą. Właściwą osobą do tego, by zabijać. Gdyby ta szlachcianka miałaby kogoś, kto bardzo chciałaby zabić, mogłaby mu zaoferować mu pieniądze swojego ojca.
To nie nasza sprawa, Lella. Nie jesteśmy najemnikami i na pewno nie jesteśmy od tego, by spełniać zachcianki jednej ze szlachcianek. Żeby ci nie przyszło na myśl uczestniczenie w tej niepoważnej wyprawie — powiedział, kiedy przestał się śmiać i kiedy już spoważniał na tyle, by spróbować wybić to z głowy Lelli. Mogła być ciekawa, ale na tym powinno się to skończyć.
Obserwował też z tym samym rozbawieniem szlachciankę i jej towarzysza najemnika, gotów zaśmiać się po raz kolejny, kiedy ona starała się napić tego trunku. To za mało, by zaskarbić sobie jego sympatię, skoro ona wszystko robiła wręcz z przymusu i dla świętego spokoju. Ale może kilka takich kufli sprawi, że ona przestanie zachowywać się jak rozkapryszona pannica.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lellalia
Sójka

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Wto Mar 20, 2018 4:13 pm

Uśmiechnęła się wesoło do Shenrona, gdy ten się przedstawił, a potem spojrzała na Mavetha, który ich przedstawił. Oczywiście nie była z tego w pełni zadowolona, bo nie tak miała na imię. On mógł jej mówić „Lella”, ale tylko on.
-Lellalia, dla przyjaciół Lella – sprostowała, ale zrobiła to z naprawdę uroczym uśmiechem. Problem w tym, że jeśli jeszcze trochę wypije, to pewnie nie będzie miała nic przeciwko temu, by mówić jej „Lella”. Ale to jeszcze alkoholu przed nimi do wypicia, a także czasu do upłynięcia.
Co do rozmowy, która miała miejsce, ogólnie było to śmieszne. Dama chciała jechać w puszczę, a panowie stwierdzili zgodnie, że może sobie nie dać z tym rady. Cóż to Puszcza zweryfikuje, kto sobie w niej poradzi, a kto nie. Dla niej to nie miało większego znaczenia, dla niej liczył się w sumie fakt, że ona chciała jechać do tej Puszczy i szukała ludzi, którzy również byli do tego chętni. Oczywiście, to nie była łatwa wyprawa, ale nikt nie powiedział, że nie miałaby ona większego sensu. W końcu to nadal niezbadane tereny, które warto zbadać. Ona zaczęła się zastanawiać nad tym pod kątem naukowca. W końcu do jej nowych planów przydałoby się zaopatrzyć w kilka nowych składników.
-Składniki alchemiczne, Puszcza na pewno jest w nie bogata…. – chciała powiedzieć coś więcej, ale wtedy w słowo szedł jej Maveth, który stwierdził, że to nie ich interes. Oj była wręcz innego zdania, w tej kwestii. Właśnie dlatego spojrzała na tego skrytobójcę, by potem lekko na jego przedramieniu zacisnąć palce. Zrobiła to delikatnie, aczkolwiek tak by się na niej skupił, a także troszkę wytrzeźwiał.
-Może nasza, skoro panienka szuka ludzi, którzy mogliby się razem z nią udać do Puszczy i ją zbadać. Jestem niemalże pewna, że nawet iż nie jesteśmy najemnikami, to może nasze zdolności okazałyby się dla panienki istotne, a dla nas również byłaby w tym pewna korzyść – powiedziała. -Pamiętasz o czym rozmawialiśmy? Potrzebuję do tego składników, możliwe, że innych, niż te które są ogólnodostępne – przypomniała mu, patrząc mu bez lęku w oczy. Potem jednak spojrzała na szlachciankę i uśmiechnęła się do niej delikatnie.
-Czy byłaby.. szansa na wybranie się z panią? – Zapytała z cichą nadzieją. Chociaż potem cicho się zaśmiała, za sprawą słów tego najemnika. Coś w tym było. Sama chętnie chwyciła swój kufel, tak by uczestniczyć w tym toaście.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Orsola
Dama Dworu

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Wto Mar 20, 2018 5:47 pm

Ucieszyła się słysząc wzmiankę o alchemii, bo i sama myślała pod tym kątem. Może jej wiedza na ten temat nie była szczególnie szeroka, ale nie znaczyło to, że była zupełnie pozbawiona ciekawości w tej dziedzinie. Niestety zanim kobieta skończyła mówić, odezwał się mężczyzna i cała radość Orsoli wyparowała. Wysłuchała go do końca z kamienną twarzą. – Chyba możesz to nazwać moją „zachcianką”. Ale powiedz mi, Maveth, gdzie stałaby nasza nauka gdyby nie niepoważne zachcianki niepoważnych naukowców? -Może kilka kufli więcej i ten podobno nie-najemnik przestanie być bucem. Chociaż wątpiła, w końcu po alkoholu dużo łatwiej było nabawić się tej cechy.
- Byłam już w Puszczy i przeżyłam. Oceniam sytuację realnie- potrzebuję ludzi żeby dokonać tego po raz drugi, ale moja obecność jest niezbędna. Znam ryzyko, boję się, bo byłabym głupia gdybym z moim ciałem się nie bała, ale akceptuję to wszystko i stawiam czoła. Możecie kpić ze mnie ile chcecie, i tak wyruszę. – mówiąc to podniosła kubek z wodą ognistą i wypiła do dna. Tym razem zakaszlała odrobinę, po czym uderzyła naczyniem o stół. - Jasne jest, że moje towarzystwo jedynie przeszkadza tak zacnym mężom, więc pozwolę sobie się oddalić. – wstała i odeszła od stolika, nawet nie rzucając im pożegnalnego spojrzenia. Czasami była taka naiwna. Przecież napicie się z nimi nie sprawi, że nagle przestaną nią gardzić. Może dlatego chciała spotkać się z każdym z najemników, których zatrudniała, chociaż raz. Choćby po to żeby ocenić czy będzie w stanie nad nim zapanować na wyprawie. Nie mogła pozwolić sobie na bunt. Nagle poczuła ogromne zwątpienie. Spowodowało to, że jeszcze bardziej się na siebie zdenerwowała. Przeszła przez tyle przeciwności i kpin ze strony rodziny, a jakiś przypadkowy mężczyzna w karczmie ma wywoływać u niej zwątpienie? I jak ona chce dowodzić wyprawą z takim podejściem? Potrzebowała pomocy ze strony kogoś, kogo zwykły najemnik będzie szanował, teraz była już tego pewna.
- Jeszcze raz, dziękuję, Shenron. – rzuciła przez ramię. Trudno powiedzieć czy chodziło jej o wskazanie przydatnych najemników, czy może ironizowała i miała na myśli coś innego. Tak czy owak przeszła kilka kroków, ale zatrzymała się i na powrót odwróciła w kierunku stolika pełnego najemników. - A ty, jeśli rzeczywiście jesteś zainteresowana, pytaj o Orsolę Albini. Albo po prostu znajdź Shenrona. Ani jedno, ani drugie nie powinno być trudne.
Szybkim krokiem udała się w stronę kontuaru, gdzie stały jej dwie, śmiejące się służki. Dziewczyny momentalnie umilkły, gdy zobaczyły zbliżającą się Orsolę, co jedynie jeszcze bardziej ją zirytowało. Wszędzie, gdzie szła ludzie milkli wpół słowa. Mimo to, sięgnęła po swój mieszek i wyciągnęła z niego trzy złote monety- po jednej dla każdej z dziewczyn i jedną dla siebie- powinno to wystarczyć na zaspokojenie ich potrzeb, przynajmniej na jakiś czas. Poprosiła je o dopchanie się do obleganego karczmarza i zakup kolejnego grzanego wina. Resztę mogły wydać, jak im się podobało. Obie służki wiedziały jednak, że nie wolno im przekroczyć pewnej magicznej granicy godności, nie w obecności ich panienki, nawet na festiwalu. Sama Orsola udała się w stronę najmniej zatłoczonego stolika. Mogłaby opuścić karczmę, ale świeża irytacja jej na to nie pozwalała. Miała zamiar jeszcze dobrze się bawić na oczach najemników i głośno się śmiać. Nie była pewna czy było ją na to stać, szczególnie na głośny śmiech, ale mniejsza z tym. Oh, gdyby tylko wiedziała kto siedzi przy stole, do którego się udała, wtedy już wolałaby wrócić do najemników. Spojrzała na zasiadającego przy nim mężczyznę, jedynego, z którym był jako taki kontakt. Uśmiechnęła się nikle. – Znajdzie się dla mnie miejsce? – zapytała na tyle głośno, by przebić się przez szum głosów wypełniający karczmę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Shenron
Najemnik

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Wto Mar 20, 2018 6:26 pm

Zwolnił z alkoholem, nie wlewał w siebie już tylu kufli wody ognistego, co wcześniej. Przynajmniej nie w tak małych odstępach czasowych. Obecność Orsoli jakoś dziwnie na niego wpłynęła. Raz, że prawie momentalnie wytrzeźwiał (choć i nie do końca), dwa że zaczęła męczyć go zgaga lub inne paskudztwo. Oczywiście nie to, żeby Orsola była dla niego jakąś nemezis czy też żeby jej nienawidził. Tolerował ją, na swój chamski sposób. Zwykle też wywiązywał się ze swoich zleceń - otrzymanych od ojca dziewczyny jak i od niej samej. Tym razem jednak sobie pofolgował, a jednak całkiem dobrze na tym wyszedł. Obecność Kawki i Octrisa uratowała jego skórę i "honor" (którego i tak nie miał), a i teraz kolorowa hybryda wydawała się zainteresowana wyprawą. Kto wie, może jednak wymusi na Orsoli płatność za wykonanie zlecenia. Jakby nie patrzeć - kogoś jej załatwił.
Wypił z Orsolą, choć prawie nie zdążył za kubek chwycić, kiedy ona dopadła podany jej wcześniej trunek. Niemniej jednak, by nie wyglądała głupio a jednocześnie dla własnej przyjemności - wychylił zawartość swojego naczynia w towarzystwie pannicy. Zerknął na nią, gdy miała się oddalać i gdy odezwała się do niego. Nie był przekonany jakie miała intencje mówiąc to, ale jednocześnie miał to gdzieś czy byla złośliwa czy szczera.
- Zacznij rozważać trening walki. Przyda ci się. - mruknął za nią, wracając spojrzeniem do towarzyszy. To prawie zabrzmiało jakby się o nią martwił, co przecież nie mogło być prawdą. Kto znał Shenrona wiedział, że nie troszczy się o nikogo poza samym sobą.
- Daleko szukać nie musisz - skwitował słowa Orsoli skierowane. W końcu wciąż tu siedział, nie zamierzał się ruszać. Dobrze mu tu było. Towarzystwo hybryd było nawet pozytywne. Nie miał nic przeciko nim.
- Maveth, powiedz skąd ta blizna - spytał, spoglądając na niego. Za każdą blizną stała jakaś historia, a on tych opowieści miał wiele. Zaczynając od pręg na plecach, przez poparzenia aż po liczne rozcięcia na ciele. A jego akurat interesowało pochodzenie blizny tego waszmościa, dlatego też zapytał..

Misja główna 4/10

_________________

theme | voice
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Wto Mar 20, 2018 7:27 pm

Gwar w gospodzie panował nadal. Gdzie zmorzeni trunkami padali jedni, tam na ich miejsce zjawiali się nowi, nienasyceni jeszcze i żądni rozrywek swych poprzedników.
Odwzajemnił on uśmiech wobec Orsoli własnym, odpowiadając jej dźwięcznym i czystym głosem:
- Ależ proszę, sprawisz mi tym wielką przyjemność.  - choć zdanie zostało wypowiedziane  wspólną mową, akcent i artykułowane w melodyjny sposób słowa niosły za sobą naleciałości z rzadko słyszanego w Filirjonie Lorgmai. Konkluzja mogła być więc tylko jedna - miała do czynienia z elae, dodatkowo tradycjonalistą, bądź osobę nienawykłą do całkowitego podporządkowywania się wpływowi obcych kultur.
Benvolio zaprzestał bujania na krześle i z gracją zeskoczywszy z niego, urósł stojąc prosto przed niską dziewczyną. Mogli pochodzić z różnych dworów, ale podobna krew płynęła w ich żyłach i przynależność do tej samej rasy wyróżniała ich spośród obecnych biesiadników. Nie chodziło tutaj o wygląd, a o sposób bycia, poruszanie, mówienie, czy każdy drobny gest. Posiadanie służących wyraźnie wskazywało na to, że blondynka niewątpliwie należała do dworu, to zaś wymagało przestrzegania etykiety, a przynajmniej takimi wartościami kierował się rycerz. Rewerans w tym wypadku był jak najbardziej na miejscu, toteż elae lata pozwolił sobie na dystyngowany gest w formie półukłonu. W parze ze skłonem wykonał przed sobą zamaszysty ruch dłonią, wskazując nią na puste miejsce przy stole. Miejsce, które nie tak dawno zajmował jeden z pijaków, a które to zwolniło się w krótkim czasie. Gdy etykiecie stało się zadość powrócił do siedzącej pozycji i począł nabijać kolejny raz fajkę zielem.  
Dopóki jego nowa kompanka nie przedstawiła swego miana, dopóty i on nie był zobligowany, aby zrobić to samo. Nie chciał niepotrzebnie obnosić się tutaj ze swą tożsamością, toteż jak najbardziej mu to nie przeszkadzało. Słyszał uprzednio, jak dama przedstawiała się hybrydzie o kocich uszach, jako Orsola Albini. Czy nazwisko to coś mu mówiło? Wątpliwe. Gdyby pochodziła z dworu lata mógłby pewnie opowiedzieć niejedną historię o wyczynach jej choćby i dalekich przodków, a tak sprawa była bardziej skomplikowana. Obecnie interakcje między zimą, a latem i tak bywały dosyć częste i nie uważane za anormalne, ale kiedyś rywalizacja i alienacja dworów była o wiele bardziej zakorzeniona. Kiedyś połacie terenu, jakimi władały elae ciągnęły się po bezkresny horyzont, teraz zaś zamknięci na skrawku ziemi we dworach bojąc się wyściubiać nosa, gdzie wzrok ponosi. Rycerz zganił się za rozpamiętywanie przeszłości, gdyż było to zwykle początkiem zagłębiania się i rozpamiętywania dawnych dziejów. Stąd wiodła już krótka droga ku nostalgii i wspomnieniom wpędzającym go w paskudny nastrój. Teraz zaś znajdował się w tłumnej gospodzie, pośród istot świętujących wesoło festyn i należało przynajmniej próbować się do tego dostosować.
Benvolio miał zamiar zaproponować towarzyszce coś do picia, ale ta w swej przezorności oddelegowała ku temu służbę. Po chwili zastanowienia elae i tak postanowił, że zamówi napoje wyskokowe nie dając odczuć, że przysłuchiwał się wcześniej słowom dziewczyny. Uchodzenie za wścibskiego nie było postrzegane za cnotę i wolał zachować pozory błogiej niewiedzy.
- Życzy sobie panienka coś do picia? - rzucił pytaniem zawoławszy kelnerkę. W jego słowach nie było choćby odrobiny drwiny, gdyż takie zwracanie się do damy dworu w jej wieku, było wedle etykiety, w jakiej się obracał, jak najbardziej stosowne.
- Ja poproszę jeszcze grzanego piwa. - oznajmił posługującej w gospodzie kobiecie czekając cierpliwie na respons rozmówczyni.
Gdy już takowy otrzymał przyłożył do ust fajkę, a tytoń ubity w jej kominie w pewnym momencie sam zajął się maluczkim płomykiem. Ot, magiczna sztuczka blednąca pośród innych nocnych dziwów. Zwłaszcza w noc taką, jak ta.
- A więc Nieprzebyta Puszcza? - zagwizdał w podziwie, gdy na moment odsunął fajkę od ust. Większość dworskich damulek w jej wieku myślała o mariażach, balach, nowych sukienkach, czy jarmarcznych błyskotkach. W najlepszym wypadku o dworskich intrygach, plotkach i zakulisowych knowaniach. Mało było wśród dzisiejszego społeczeństwa osób z żyłką odkrywcy, zamiłowaniem do badań, czy chęcią ruszenia ku przygodzie.
- Forentis, czy Las Graniczny, ale Puszcza? Doceniam odwagę. Zwłaszcza z taką... Hm... Kompanią... - dodał po chwili namysłu chcąc znaleźć odpowiednie słowa na myśl o pobliskiej hałastrze najemników. Co było powodem szukania drużyny pośród ludzi o tak niepewnej reputacji? Mógł tylko przypuszczać. Brak zrozumienia pośród rodaków, nie wystarczające środki finansowe. Cóż, czasem trzeba iść z prądem i chwytać życie takim, jakie daje się złapać.
Mężczyzna wypuścił z ust chmurę dymu i w oczekiwaniu na trunki zaczął bawić się płomieniem stopionej do połowy świecy. Część wosku przywarła już do drewnianego blatu, a ognik na czubku knota zdawał się tańczyć do wtóru z palcami Bnevolia, który raz po raz zbliżał je i oddalał od źródła ciepła. Jego spojrzenie utkwione było stale w Orsolę, gdyż ciekawość przeważyła nad awersją do dworu, z którego to pochodziła.


Misja główna 2/10
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Maveth
Kruk

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Sro Mar 21, 2018 1:16 am

Niekoniecznie miał na względzie to, że przedstawił ją tym zdrobnieniem, które było tylko zarezerwowane dla jej bliskich. Tak jak spodziewał się, ona go poprawiła po swojemu. To sprawiło, że parsknął krótko śmiechem.
Bawiło go to niezmiernie, o czym dobrze świadczyła jego reakcja, którą był po prostu głośny i rubaszny śmiech.
Nie uszło to jego uwadze, co powiedziała jego towarzyszka i już wiedział, co oznaczało.
Pozostawało mieć nadzieję, że uda mu się wybić to z głowy Lelli. Bardzo szybko okazało się, że to nie będzie takie proste jak początkowo sądził. Zarejestrował ten fakt, kiedy lekko zacisnęła palce na jego przedramieniu. Uniósł jedną z brwi i spojrzał na nią, robiąc dokładnie to, czego chciała.
Jedynie wytrzeźwienie było trochę problematyczne, bo nie wypił tyle, ile powinien by się upić. Starał się konsekwentnie trzymać swojej zasady o niepiciu więcej niż powinien. A to, że dotrzymywała mu towarzystwa to nie był powód, by choć na chwilę porzucić wyznawane przez siebie zasady.
Dziękuję za pozwolenie, jaśnie pani. Nie wiem, gdzie by stała, bo nasza nauka mnie niespecjalnie interesuje, ale mam wrażenie, że tobie daleko do naukowca — odezwał się nieco z mniejszym rozbawieniem. W jego głosie pobrzmiewała drwina, nawet jak użyl tych magicznych słów, które najczęściej uwielbiali słyszeć wysoko urodzeni. Mu też nie była obca dworska etykieta, ale teraz nie było powodu, by ją stosował. Gdyby miał do czynienia z ojcem tej panny to by się nad tym zastanowił.
Gdybym miał grupę najemników na swoje usługi też bym przeżył. Tym najemnikom bardzo spodobałoby się twoje ciało, ale skoro już tam byłaś – jak twierdzisz – zapewne wiesz, że to, co mogą ci zrobić to powinno być twoje najmniejsze zmartwienie — stwierdził z kpiną dobrze słyszalną w głosie, ale też znowu zebrało mu się na ten rubaszny śmiech.
Tylu chłopów miałoby porządne używanie. To, co powiedział mogło kogoś zgorszyć, ale taka była prawda. Sam zapewne by sobie poużywał, gdyby nadarzyła się okazja. Tak myślało większość mężczyzn i na to nie można nic poradzić. Na jego jakże trafny komentarz mogła liczyć, to nic go nie kosztowało.
”Panienka” ma tutaj, dosłownie na wyciągnięcie ręki całą gromadę najemników. Do wyboru, do koloru. Nie sądzę, żeby się przydały. Pieniężna na pewno, ale jakoś nie jestem skłonny do tego, by za mieszek monet udawać się do dziczy celem obrony jakieś wysoko urodzonej pannicy, skoro ten sam mieszek można zdobyć łatwiej — odezwał się poważnie, nie kryjąc swojej niechęci albo nawet pogardy do wysoko urodzonych osób, szczególnie, jeśli były takim rozkapryszonymi pannicami.
Nie był też skłonny udawać się w takie miejsce by chronić taką pannicę. To nie wchodziło w grę. Gdyby jednak tam wyruszył i coś by się miało takiej stać nawet palcem by nie kiwnął, a może jeszcze pomógł potencjalnemu napastnikowi. Co innego Lella… mógłby ją chronić, z różnych powodów. Była potrzebna Apostatom. Ponadto darzył ją pewną sympatią i chętnie by się z nią przespał.
Pamiętam. Doskonale to rozumiem, ale zapewne można je zdobyć w inny sposób. Sposób, który nie wymaga wyruszania do dziczy jako obstawa jakieś szlachcianki. Możemy porozmawiać o tym później? — odpowiedział, nadal obstając przy swoim. Naprawdę nie był przekonany do tego wszystkiego, ale w tym nie było nic dziwnego. Naprawdę powinni o tym porozmawiać później. Miał jednak wrażenie, że Lella za bardzo się tego uczepiła, ale może jej to przejdzie.
Prawie mu tym zaimponowała, chociaż nadal istniała znacząca różnica między nią a Lellą, która była jedną z tych kobiet, z którymi się dobrze piło, które można było objąć i ona nie reagowała spojrzeniem godnym jadowitego węża. Nie odprowadził jej nawet spojrzeniem, podnosząc po raz kolejny kufel do swych ust. Jeszcze trochę, a będzie musiał zamówić kolejny. Co w końcu miało miejsce i mógł się po raz kolejny napić z towarzyszami, na których składała się Lella, Shenron i pozostali najemnicy.
Słysząc słowa tego najemnika, odsunął kufel od ust i oblizał koniuszkiem języka wargi, wyczuwając na nich posmak gorącego pitnego miodu. Uniósł prawą, przeciętą blizną brew. Prawdą było, że nie powinien powiedzieć prawdy. To, co powie będzie musiało wystarczyć.
Zostałem napadnięty przez paru rzezimieszków. Jeden przeorał mi nożem prawą część mordy i tak zyskałem tę bliznę — powiedział wprost. Tyle mógł powiedzieć, bowiem to było trochę dalekie od prawdy. Nie zgadzały się tylko okoliczności, chociaż nie było to jakoś drastycznie.

8/10
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lellalia
Sójka

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Sro Mar 21, 2018 12:02 pm

Nauka? Nie, jej to nie interesowało, chociaż? W sumie była alchemikiem, umiała tworzyć tego typu rzeczy. Ze składnikami alchemicznymi troszkę gorzej, ale umiała ułaskawiać bestie. Jeśli się na jakieś natkną, to mogłaby w tej kwestii pomóc. Zresztą, sama była bestią, więc siłą rzeczy czuła się z innymi stworzeniami mocno związana. Na pewno chciała zdobyć składniki alchemiczne, rzadkie, wyjątkowe, dostępne tylko i wyłącznie w Puszczy. Dzięki temu mogłaby lepiej wypełnić powierzone sobie zadanie. Lepiej spełnić swoje postanowienie. A na tym jej bardzo zależało.
Wybicie czegoś z głowy tej pani, gdy już się na coś uprze, może być strasznie trudne. I Maveth dobrze o tym wiedział. Chociaż prawda była taka, że ona wcale go nie potrzebowała na tej wyprawie.
Przymknęła oczy, gdy słuchała tych wszystkich głupot, które gadał Maveth. Z trudem powstrzymała się, by mu czegoś nie powiedzieć. Mimo wszystko obowiązywał ją szacunek do wyższych rangą osób. Nawet jak ci ludzie byli debilami lub zadufanymi w sobie dupkami. W końcu jednak zwrócił się do niej i mogła go poinformować co o tym wszystkim myśli.
-Nie jestem najemnikiem, jestem alchemikiem. Na pewno nie byłabym na tej wyprawie ochroniarzem panienki, a po prostu jednym z naukowców, którzy by się z nią udali. W dodatku mnie nie trzeba chronić – fuknęła na niego. Nie była pierwszym lepszym najemnikiem, chociaż do samych najemników nic nie miała. Mieli oni swoją robotę, którą wykonywali. A że mieli z tego zysk, to nawet lepiej dla nich. Nie zamierzała na tej wyprawie nikogo chronić, no chyba że jej umiejętności będą naprawdę ostatnią deską ratunku, wtedy tak. Podejrzewała jednak, ze tylu chłopa da radę ochronić jedną kobietę, a i szlachcianka na pewno również umiała się bronić.
-Nie, nie można. I niezależnie od tego co powiesz, pójdę na tą wyprawę. Razem z panienką i najemnikami lub z tobą i tymi ludźmi – odpowiedziała ze wzruszeniem ramion. Naprawdę nie zamierzała się przejmować tym co powie Maveth. Jak nadal się będzie upierał, to trudno. Pójdzie sama. Jeśli zgodzi się iść z nią, to na pewno będzie z tego powodu szczęśliwa.
Odprowadziła szlachciankę wzrokiem i cicho westchnęła. Bo wyglądało na to, że została sama w towarzystwie tych chłopów. Bywa też tak.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Orsola
Dama Dworu

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Pią Mar 23, 2018 6:00 pm

Zostawiła stół najemników za sobą, udając, że kolejne słowa nie dotarły już do jej uszu. Było naturalnie inaczej, ale po co kontynuować bezsensowne dyskusje? Nie przekona do swojej wartości kogoś, kto nie chce być o niej przekonany. Przynajmniej na razie. Uważała się za naukowca i szczerze wierzyła, że po pierwszej wyprawie i dwór zimy zaczął tak ją postrzegać, a to było dla niej najważniejsze. W końcu to w ich obecności spędzała większość swojego czasu, nie z najemną hołotą.
Gdy tylko pierwsze słowa nieznajomego dotarły do jej uszu, zrozumiała kogo ma przed sobą. Jego gest tylko potwierdził jej przypuszczenia. Nie było szans by nie pamiętała kogoś z dworu zimy, nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło i szczerze powątpiewała, by przyszłość miała to zmienić. Można było powiedzieć o niej wiele rzeczy, ale nie to, że zapominała. Stała przed członkiem dworu lata i z początku nie wiedziała, jak powinna zareagować. Zrobiła więc to, co pierwsze przyszło jej na myśl- odwzajemniła jego grzeczność i dygnęła z gracją, by następnie zająć wskazane jej miejsce. – Orsola Giovanna Albini- uśmiechnęła się uprzejmie, nie chciała dać po sobie poznać, że zdaje sobie sprawę z sytuacji. Ciekawe co powiedziałby pan ojciec oraz jej szanowni bracia, gdyby zobaczyli ją w tej chwili? Cóż, nie przejmowała się tym przed chwilą, pijąc ze zbieraniną najemników, więc nie będzie się tym przejmować i teraz, gdy pije z kimś równie dystyngowanym, co ona sama. – Dziękuję – odparła szczerze. Zmęczyła się już towarzystwem, do którego tak jasno nie pasowała i które przypominało jej o tym na każdym kroku. Miała nadzieję, że własny namiot podczas wyprawy wystarczy, by w chwilach jak ta, zaznać nieco odpoczynku.
Przez chwilę zastanawiała się czy dobrze zrobiła zdradzając swoje imię elae lata. Ale cóż złego mogło z tego powstać? Przecież gdyby chciał i tak łatwo by się dowiedział kim jest. Wystarczyło zapytać karczmarza lub kogoś, kto rozmawiał z jej służkami. Jej obecność tutaj zdecydowanie nie była anonimowa i chyba aż do tej pory nie zdawała sobie z tego sprawy. Posłała szybkie spojrzenie w stronę stołu, przy którym siedział jej ochroniarz. Może chciała się upewnić czy w choć małym stopniu spełnia powierzoną mu funkcję, a może po prostu chciała ulokować wzrok w czymkolwiek innym, niż jej nowy towarzysz. Doprawdy, jej oczy skakały niespokojnie po otoczeniu, zatrzymując się tylko na drobne chwile. Mogła to być oznaka nieśmiałości i być może nawet po części była to prawda.
-Dziękuję, ale już o to zadbałam- i rzeczywiście, już po chwili jedna z towarzyszących jej dziewczyn przyniosła kufelek grzanego wina. Przechyliła się nieco w stronę naczynia, by poczuć charakterystyczny, korzenny i słodki zapach. Uśmiechnęła się z zadowoleniem. Dobrze było znów słyszeć znajomy sposób wyrażania się, odpowiednią dozę szacunku. Sprawiło to, że od razu poczuła się pewniej i bezpieczniej.
Sztuczka może i była mała, ale nie uszła jej uwadze. Być może dlatego, bo jej własne sztuczki nie były nawet w takim stopniu reprezentacyjne. Jej aspekt był cichy, nie nadawał się do pokazów i wielkich wrażeń. Nie mniej jednak nigdy nie uważała go za bezużyteczny, wręcz przeciwnie. Nie wyobrażała sobie jak inni mogą żyć ze świadomością, że kiedyś zapomną. Być może przez los jej biednej matki, przerażało ją to do granic możliwości- nie pamiętać, zapomnieć, pogrążyć się w ciemności.
- Tak – odparła z dumą, jeszcze nie pewna czego się spodziewać. Zazwyczaj jej pomysł powodował uśmiech politowania oraz mniej lub bardziej delikatne próby odciągnięcia jej od tego planu, ale najwyraźniej nie tym razem. Elae lata najpierw zagwizdał, a potem wprost pogratulował jej odwagi. Utkwiła w nim wzrok, nieco mrużąc oczy. Co będzie następne? – Niestety nie zawsze mamy komfort wyboru – czy wolałaby udać się do puszczy z wyszkolonym oddziałem elae? Oczywiście! Czy dwór był chętny taki jej sprezentować? Nie za bardzo, nie za cenę, którą była w stanie zaoferować. – Te lasy nie kryją już zbyt wielu tajemnic. Puszcza natomiast, odkrycie jej zmieniłoby sposób w jaki postrzegamy nasze ziemie – jej tradycyjna regułka, powtarzana za każdym razem, w mniej lub bardziej zmienionej formie, każdemu, kto wyraził zainteresowanie tematem. Pociągnęła łyk ze swojego kufelka. Woda ognista, którą przed chwilą wypiła, powoli zaczęła na nią działać. Wciąż siedziała prosto i starała się utrzymać neutralny wyraz twarzy, co wyszło jej aż nazbyt dobrze. Trwała tak w minimalnej ilości ruchu, bardzo surowa w swoim wyrazie, próbując zachować tak wiele pozorów, na ile było ją stać.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Pią Mar 23, 2018 8:14 pm

"Sycophants on velvet sofas. Lavish mansions, vintage wine.
I am so much more than royal. Snatch your chain and mace your eyes."

- Orsola Giovanna Albini. - przebrzmiały w jego głowie słowa rozmówczyni. Usłyszawszy je teraz, od niej samej, pobudziły zbyt pogrążony uprzednio w marazmie umysł.
Zrodziło się w jego głowie zrozumienie tego, co zasłyszał. Miał przed sobą nikogo innego, jak siostrę jednego z markizów zimy. Rodzeństwo Serahela, bo tak nazywał się ów dworzanin piastujący rangę podobną jego, okazało się być tą oto jasnowłosą dziewoją o żyłce odkrywcy i badacza. Początkowo nie przypuszczał, że odwiedziny w jednej z filirjońskich gospód sparują go tego wieczoru z kimś równie intrygującym co Orsola. Elae zapomniał na moment o hałaśliwych biesiadnikach, czy święcie Fegnai i związanych z festynem aktywnościach, jakie zajmowały większość ludu. Odpłynął gdzieś wiekowy gobelin, zielone ozdoby, czy wszędobylska emblematyka koniczyn. Jego atencja była teraz w całości skupiona na młodej pannie Albini, a skoro ta dokonała oficjalnej prezencji posiadanego miana, toteż i on stracił wymówkę na dłuższe pozostawanie incognito.
Przynajmniej w stosunku do swej rodaczki.
- Benvolio Fëanáro. Markiz dworu lata i uniżony sługa jego książęcej mości*. - odparł śpiewnie w Lorgmai przechodząc w pełni na melodyjny język Elae. Przy wypowiadaniu introdukcji przyłożył dłoń do piersi w obopólnym geście szacunku. Mężczyzna odstawił kolejny już raz na bok fajkę i sięgnąwszy za leżakującą dotąd na jego plecach torbę rozsunął ciasno zaciśnięte rzemienie. Wyjął z niej swój finezyjnie wykuty hełm i postawiwszy go przed sobą na blacie, zsunął z głowy głęboki kaptur. Etykieta nie patrzyła bowiem łaskawie na skrywających swe lico osób, które podają swe miano. Nawet jeśli szczerość i granie w otwarte karty były obce większości Elae, to i tak wymagały zachowywania pewnych reguł. Teraz już całkowicie jawnie siedział przed nią skrywając tylko, czy może aż - swe myśli. A te kłębiły mu się pod czerepem jasnych włosów i stosunkowo młodej twarzy. Tylko te oczy. Lazurowe jeziora bez widocznego dna, o głębi sięgającej zamierzchłych czasów. Zmęczone, ale i wciąż żywe, ciekawe i głodne nowych bodźców. Spragnione impulsów o apetycie równym jego aspektowi. Płomienie poznania żwawo w jaskrawym tańcu pląsały gdzieś w toni tego wwiercającego się w duszę spojrzenia. Wszystko winno jednak zachować umiar, toteż markiz oderwał wreszcie wzrok, by nie wywierać na rozmówczyni niepotrzebnej presji, czy uczucia dyskomfortu w jego obecności i sięgnąwszy po  świeżo przyniesiony kufel podniósł go ku górze.
- Zdrowie naszych dworów i tych, którzy mają większe aspiracje, niż wieczne kiszenie się w ich ponurych murach! - wzniósł toast mało poważnym tonem. Ciężko był wywnioskować, czy mówił szczerze, ale w jego głosie próżno było szukać choćby krzty fałszu, czy drwiny. Mało było osób, dla których społeczeństwo dworzan i ich gnuśny styl życia, wydawał się tak godny pożałowania, jak właśnie jemu. Czekał grzecznie, aż jego kompanka także wychyli swój trunek, a następnie upił zdrowy łyk wonnego piwa. W dyskretny sposób otarł później usta dłonią, tak, aby nie zostawić na buzi śladów piany, czy kropel złotej cieczy. Nawet jeśli oddawało się prostym przyjemnościom, można było robić to z klasą.
- Wybór podobno dany jest nam zawsze, ale często wygrywa jego prawdziwa iluzoryczność. - pokiwał ze zrozumieniem głowom w responsie na jej słowa względem kompanii.
- Nasze ziemie. Tak. - powtórzył pusto w przestrzeń najwyraźniej pozwalając jakiejś myśli przesłonić mu na chwilę wszystko inne. Jego rozmówczyni wydawała się przez cały czas nieco spięta, pilnowała każdego gestu i zdawała się z rozwagą dawkować wypowiadane słowa. Nie miał jej tego za złe w najmniejszym stopniu, gdyż ich rasa wychowywana była w taki właśnie sposób. Daleko im było do ludzkiego rodzaju, który niczym nie skrępowany wyrażał swoje pragnienia, potrzeby, czy każde inne uczucia. U nich zbędne okazywanie uczuć uchodziło za słabość, słabość na którą dworzanie, zwłaszcza w obecności pospólstwa, nie mogli sobie pozwolić. I chyba tylko w samotności ukazywali w pełni oddarci z masek i pozorów kim naprawdę byli.
Chcąc przełamać nieco topniejące powoli lody sięgnął ponownie za ucho pokala i uszczknął z niego kolejny łyk. Miał nadzieję, że grzane wino rozluźni choćby odrobinę Orsolę tak, aby mógł dostrzec więcej jej autentyczności, a mniej pozorów. Temat ekspedycji wyraźnie zajmował ją i pytania o całe przedsięwzięcie było najlepszym sposobem, aby kontynuować konwersację.
- Każdy kij ma dwa końce, a nabyta wiedza musi zostać odpowiednio przyswojona i przekazana dalej. Pamiętaj, że wielu boi się wiedzy, mogącej wstrząsnąć fundamentami ich dotychczasowego życia. Nie każdemu spodoba się to, co możesz tam odkryć i to, że wrócisz chcąc dzielić się tymi informacjami. - oznajmił wplatając w wypowiedź słowa przestrogi. Dlaczego w ogóle ją przed tym przestrzegał? Prawda była taka, że miał do niej ambiwalentny stosunek. Gdzieś na dnie duszy tkwiła głęboko zakorzeniona w nim uraza do dworu zimy, z drugiej jednak strony nie mógł okazywać komuś wrogości tylko dlatego, że urodził się w jakimś miejscu, przynależąc do danej społeczności, czy rasy.  Zaś jej zamierzenia była na swój sposób interesujące i świeże pośród zgnilizny toczącej dwory Elae. Stąd wynikała cała ta dwuznaczność i niepewność,co do stosunku wobec Orsoli.
- Co słychać u brata i jego żony? - wypalił nagle ni stąd ni zowąd. Benvolio był bowiem swego rodzaju dworskim ewenementem. Męczyły go pałacowe intrygi i przywdziewanie dziesiątek masek oraz zabawy w podchody. Zapytał więc wprost przywdziewając na twarz krnąbrny uśmiech. Szalenie ciekaw był jej reakcji i tego, czy nadal zachowa ona swą kamienną postawę, czy może wreszcie uda mu się uszczknąć od niej nieco autentyczności.

________________________________________________________________
*wszystkie słowa w tym poście Benvolio wypowiada w Lorgmai, dlatego nikt, prócz Elae nie powinien móc go zrozumieć.

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Orsola
Dama Dworu

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Pią Mar 23, 2018 10:02 pm

Kolejne słowa, które dotarły do jej uszu nie tylko scementowały jej stwierdzenie, ale nadały mu również nowego dna. A więc to był Benvolio Fëanáro. Słyszała o nim swego czasu, o jego niezwykłym aspekcie. Informacje o rzeczach niezwykłych zazwyczaj szybko obiegały dwór, zarówno zimy, jak i lata. A jego aspekt był doprawdy niezwykłym, móc odradzać się od nowa i od nowa, ile czasu już żył? Ile jeszcze przyjdzie mu przeżyć? Ile zobaczyć? Fakt, że siedziała właśnie u boku jednego z ważniejszych członków rywalizującego dworu, zupełnie uleciał jej z głowy. O wiele bardziej intrygowała ją jego magia. Nagle w jej głowie pojawiła się niebezpieczna myśl. A co jeśli on również pamięta? Co jeśli byłby w stanie ją zrozumieć?
-To prawdziwe szczęście spotkać markiza w miejscu takim, jak to- odparła również przechodząc na Lorgmai. Skinęła mu przy tym głową z niemałym szacunkiem. Niepewność wyparowała z niej do reszty. Już nie przejmowała się, co pomyślą jej ojciec i bracia. Znajdzie jakąś wymówkę. Poza tym kto powiedział, że kiedykolwiek dowiedzą się o tym spotkaniu?
Spojrzała na wyciągnięty przez niego, pięknie wykonany hełm. Lubiła cieszyć oczy dobrym kunsztem, zawsze dostrzegała w nim piękno, czasem nawet przebłyski wieczności. Gdy patrzyła na stare miecze, które przeżyły niejednego męża, które widziały niejedną bitwę, gdy patrzyła na ich wyszczerbione ostrza, dostrzegała każde zarysowanie, czuła jak wieczność przepływa przez przedmiot. Tak samo było z malowidłami na dworze. Gigantyczne freski, których stworzenie musiało trwać latami i wciąż mogła zaobserwować pozostawione przez pędzel ślady… W tym dostrzegała prawdziwe piękno. W przedmiotach, które przeżyły wiele pokoleń i przeżyją ich jeszcze wiele. Czuła się do nich w pewien sposób podobna. Ona chyba najlepiej pamiętała o tych, którzy odeszli, w końcu wciąż byli bardzo żywi w jej pamięci, jakby raptem wczoraj z ich mijała. Ten sam rodzaj piękna zauważyła i w tym hełmie. Ile mógł sobie liczyć? Może gdyby zapytała, dostałaby odpowiedź? A może jednoznaczna informacja zabiłaby część uroku?
Gdy już miała podjąć decyzję, podniosła wzrok na niego i to, co zobaczyła sprowadziło trywialny wybór między pytaniem, a nie na dalszy plan. Benvolio Fëanáro był przystojny i młodszy, niż to sobie wyobrażała, teraz widziała to wyraźnie. A jego oczy nosiły ten sam rodzaj uroku, co jego hełm. Z pewnością widziały wiele i z pewnością jeszcze wiele zobaczą. Jej własne oczy zabłysły na tę myśl blaskiem, który pojawiał się w nich, gdy mówiła o Puszczy. Uśmiechnęła się mimowolnie.
-Zdrowie – uniosła kufelek z grzanym winem i upiła spory łyk. Napój rozlał się przyjemnym ciepłem po jej gardle. To był dobry toast, chciałaby pić takie częściej, ale mało było osób chodzących po tych ziemiach, które chciałyby z nią je wznosić. Sposób życia na dworze wydawał jej się zimny i przerażający, zupełnie jak ich ojciec. Każdy miał kolekcję noszonych codziennie masek, swoje ukryte cele, drugie dno w każdej wypowiedzi. Orsola kochała prawdę, więc ceniła szczerość. Może było to spowodowane faktem, że nikt jej nigdy nie przysposobił do rozgrywającej się na dworze Gry, nikt nigdy nie próbował ją nauczyć… Czasem zastanawiała się dlaczego tak się stało. Czy było to życzenie matki? Czy może wydawała się ojcu zbyt słaba, już od samego początku? A może to interwencja jej dziadka? Kochany dziadek, z pewnością nie chciałby żeby wpadła w pajęczynę intryg, ale przecież było to nieuniknione, więc czemu jej do tego nie przygotować? Nie potrafiła znaleźć odpowiedzi nawet w swojej rozległej pamięci.
-To prawda, ale nie zamierzam martwić się problemami, póki takie się nie pojawią. Nie wiem, co takiego tam znajdę. Być może nic ciekawego. A być może przyniosę dużo malutkich odkryć, które nikogo specjalnie nie usatysfakcjonują. Mnie na pewno. Osobiście jestem najbardziej zainteresowana w stworzeniu aktualnej mapy. Mapa zawsze się przyda, w każdej eskapadzie, która chciałaby się tam udać po mnie.- plan Benvolia zadziałał. Wyprawa do Puszczy zawsze była dobrym tematem w przypadku Orsoli. Absorbowała większość jej uwagi, nawet w czasie święta, gdy powinna się bawić i cieszyć, ona wolała planować i rekrutować.
Słysząc jego kolejne słowa, nie powstrzymała się i zaśmiała się perliście. Dobrze, owijanie w przysłowiową bawełnę ją drażniło. –Zdrowi i zakochani, jak zawsze- nie było w tym krzty kłamstwa, bowiem oni nigdy się nie kochali. Ale taka była dworska rzeczywistość, żadne z nich na nią nie narzekało, więc dlaczego ona miałaby to robić za nich? Szanowała swojego brata i jego żonę, co do tego nie było wątpliwości. Szanowała całą swoją rodzinę, nawet jeśli układy między nimi nie były tak słodkie, jakby sobie tego życzyła. –Brat jest wręcz zachwycony moim wyjazdem- dodała, znów schodząc na bardziej znajomy sobie grunt. Oczywiście, tym razem w jej głosie pobrzmiała ironia. Bracia chcieliby zamknąć ją w złotej klatce, w bibliotekach, wśród zakurzonych tomiszczy i starych map. A ona tak bardzo chciała wnieść coś nowego, zostawić swój ślad, żeby nawet ci o słabej pamięci mogli ją zapamiętać. Oj tak, najbardziej w życiu bała się zapomnienia. –Skoro nie bawimy się w Wielką Grę, pozwolę sobie zadać pytanie, które mnie męczy od samego początku[i] – uśmiechnęła się szerzej i spojrzała mu w oczy. Po krótkiej pauzie kontynuowała –[i]Jak wiele pamiętasz z tego, co było?- miała na myśli, rzecz jasna, wcześniejsze życia Benvolia, ale gdy tylko zadała pytanie dotarło do niej, jak nieprecyzyjne ono jest. Była jeszcze młoda, nieprzygotowana, nieco naiwna… Czepianie się słówek i wymigiwanie się od odpowiedzi nieraz dały jej w kość. Czy tak będzie i tym razem?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Sob Mar 24, 2018 4:17 pm

"I clutched my life and wished it kept. My dearest love I'm not done yet.
How many years I know I'll bear. I found something in the woods somewhere."


- Bardzo rzadko zdarza się, aby Elae Zimy był uszczęśliwiony spotkaniem ze mną. - odpowiedział szczerze. Ba, nawet członkowie jego własnego dworu zwykle odczuwali dyskomfort i zmieszanie w jego obecności, jeśli wiedzieli z kim mają do czynienia. Młody wygląd, ale jaźń pamiętająca ich dawnych przodków. Starszyzna okazująca mu szacunek, ale i traktująca go jak osobliwy relikt przeszłości. Sama jego obecność była pośród Elae czymś nienaturalnym, bo choć żyjący długo jak na ludzkie standardy, to jednak śmiertelni. Generacje przemijały, dynastie upadały, miasta obracały się w ruinę, a on trwał. Tylko po co? Co raz częściej zadawał sobie to pytanie.
- Zdrowie. - zawtórował jej przy toaście. Orsola była drobną istotą o rysach godnych bycia szlachcianką i włosach tak jasnych, że przywodzących na myśl zimowe połacie śniegu. Wzrok zdradzał odrobinę jej żywiołowość i brak spokoju. Pod fasadą dobrego wychowania i zachowawczej roli dworzanki.  
Ciekaw był, jakim aspektem władała, pomimo niebezpiecznego przedsięwzięcia z wyprawą do puszczy nic nie wskazywało na rodzaj ofensywnej magii, w końcu miała zamiar zebrać zbrojną hałastrę, aby ta radziła sobie przy użyciu siły. W czasach wojen i niekończących się konfliktów, to zdolności bojowe warunkowały pozycję pośród Elae, teraz ważniejsze były koneksje rodzinne i umiejętności knowania. Cóż, nic nie stoi w miejscu, a popyt na wojowników zmniejsza się wraz ze wzrostem szeroko pojętego pokoju.
Temat ekspedycji ożywił ją, tak jak przypuszczał. Iskra poznania czegoś nowego i odkrycia nieznanego, raz rozpalona - nie dała się już ugasić. Widać to było w każdym jej geście, słowie i ożywieniu na twarzy. Ta wyprawa była dla niej najważniejsza i taka determinacja z pewnością mogła zaimponować. Przynajmniej tym, którzy byli w stanie to zrozumieć. Benvolio domyślał się tylko, z jakimi trudnościami i kładzionymi pod nogi kłodami, panna Albini musiała sobie radzić zarówno na dworze, jak i pośród filirjońskiego pospólstwa. Tym bardziej życzył jej w głębi ducha powodzenia i ziszczenie swych śmiałych zamierzeń.
- Z wielką chęcią posłucham relacji po powrocie z wyprawy. - oznajmił sącząc piwo pełne przypraw.
Jej śmiech na wzmiankę o rodzinie był czymś świeżym, rzadko spotykanym u Elae, jeśli nie był podyktowany drwiną, czy pychą.
- Rozumiem. - odparł mimochodem nie do końca może zgodnie z prawdą. Szanował bowiem cudzą prywatność, zwłaszcza w sprawach uczuciowych, więc miłostki innych nie zajmowały go nadto. Co do zdrowia nie potrafił skłamać, jakoby obchodziło go to, czy bliżej nieznana mu osoba piastująca dane stanowisko, ma się dobrze, czy też nie. Całe to wypytywanie o jej rodzinę miało być tylko pobudzającym konwersację impulsem bez szczególnego podtekstu.  
Wreszcie Orsola przeszła do sedna.  
Wielka Gra. Nie podobało mu się to określenie. Było ono w swej próżności tak puste i nadmuchane, jak nadmuchane były, zapatrzone wyłącznie w siebie, jestestwa Elae. Cała ta dworska manipulacja znaczyła tak niewiele wobec niestałości niewzruszonego świata, nic sobie nie robiącego z jakichkolwiek zasad i prób szufladkowania go. Gra pozorów, mamienie samych siebie. W szerszej perspektywie bardziej przypominająca dziecięce igraszki, aniżeli mistrzowskie komeraże. Zabawa była odpowiednim sportretowaniem tej całej niepoważnej fraszki. Brak podchodów - na to właśnie liczył i najwyraźniej udało mu się to wreszcie osiągnąć w rozmowie z Orsolą. Jej teatralność, ważenie słów i grzecznościowa, wyuczona poza zniknęły. Pytanie, jakie zadała mu bez ogródek po krótkiej pauzie, było przesiąknięte szczerością. Wezbranym potokiem ciekawości. Widział to w jej przenikliwych, chabrowych oczach odbijających jego własne oblicze.

"Prawda cię wyzwoli, ale wcześniej unieszczęśliwi."
 
- Pamiętam wyraźnie, jasno i klarownie wszystko to, co sprawia mi dzisiaj ból. - odparł zdawać by się mogło w pusty, pozbawiony emocji sposób. Niczym wypalony konar drzewa, który pokryty popiołem stanowi ledwie przypomnienie dawnego pożaru. I tylko na krańcach wypowiadanych słów, ledwo słyszalnie, pobrzmiewała nuta bezbrzeżnej rozpaczy i mającego trwać po wieki smutku. Benvolio podjął ze stołu kufel i szybko przechylił go wysoko upijając resztę jego zawartości do cna. Alkohol może i tłumił zmysły, rozmazywał doznania i kołował umysł, ale był ledwie przelotną chwilą ukojenia. Tego tlącego się stale pogorzeliska nie dało się ugasić używkami i ucieczką w nałóg. Piwo sprawiło jednak, że nie umilkł całkowicie.
-Bycie przykutym do tej samej jaźni, na przekór otaczającej się zewsząd przemijalności stanowi brzemię, od którego można postradać zmysły. - rzekł zamawiając w międzyczasie kolejny trunek.
Tym razem poprosił o trzy kufle.
Widocznie temat, na jaki Orsola skierowała rozmowę sprawił, że Fëanáro musiał wlać w siebie więcej alkoholu, by nie dać się ponieść nihilizmowi. Mógłby bowiem wpaść w naprawdę paskudny nastrój i rozmowa z nim byłaby mało przyjemnym doświadczeniem, a tego wolał siedzącej obok Elae oszczędzić.
- Moja pamięć to nie leżący na półkach księgozbiór. Fragmentaryczność wspomnień i chaos minionych wydarzeń wprawiłby pieczołowicie katalogujących przeszłość historyków w zażenowanie. - dodał biorąc się za kolejny napełniony pokal. Benvolio nie wykazywał pogody ducha siląc się na zachowanie powagi i spokoju. Mimo, że białowłosa ledwie musnęła zagadnienia jego długowieczności to nie dało się nie zauważyć, że temat ten był dlań drażliwy i bolesny. Drążenie go głębiej przypominało w tej chwili stąpanie po cienkiej warstwie lodu.
Rycerz westchnął donośnie odstawiając błyskawicznie opróżniony kufel. Na jego licu widoczne stały się pierwsze oznaki buzującego w organizmie alkoholu. Policzki zarumieniły się delikatnie do wtóru z nosem, a wzrok stał się bardziej mętny i nieobecny. Zakuta w rękawicę dłoń szermierza chwyciła za doniesiony browar i na moment zatrzymała się, jakby oczekując na zezwolenie.
- Pal licho umiar i konwenanse. - rzucił burkliwie przechodząc na wspólny, jakby uważał, że Lorgmai nie nadaje się do użytku przy upojeniu.

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________


Ostatnio zmieniony przez Benvolio dnia Sob Mar 24, 2018 9:48 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Maveth
Kruk

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Sob Mar 24, 2018 9:39 pm

Zdecydowanie powinni oni porozmawiać o tym nieco później i wspólnie rozważyć wszystkie „za” i „przeciw”. Jeśli go przekona to nawet zaryzykuje i uda się z nią do tej pierdolonej puszczy. Będzie przynajmniej mieć na nią oko podczas tej szaleńczej wyprawy do tej pierdolonej puszczy. Szczególnie, jeśli ona się nie rozmyśli albo nie uda mu się wybić jej tego z głowy.
Na jego szacunek należało zasłużyć – uważał, że on nie należy się nikomu z racji takiego a nie innego urodzenia. Arystokrację miał za bandę nadętych gnojków i to nie było bezpodstawne. Byli zepsuci i srali wyżej niż dupy mieli, mając wszystkich za nic. Zarówno takich jak on, jak i siebie nawzajem.
Doskonale o tym wiem, że jesteś alchemikiem i że nie jesteś najemnikiem. Ta „panienka” prawdopodobnie wyruszy z tym oddziałem najemników i to oni będą ją chronić. To też dowodzi, że tam jest niebezpiecznie — odpowiedział poważnie, przedstawiając jej nad wyraz dobre argumenty ku temu, by jednak ona się tam nie wybierała. Liczył na to, że odwiedzie ją od tego szaleństwa.
Tego raczej nie możesz wiedzieć, skoro raczej nie próbowałaś. Nierozsądna i uparta kobieto, postradałaś zmysły. Najwyraźniej będę musiał tam z tobą iść. Od razu mówię, że nie przyłożę reki do ochrony tej szlachcianki i jeśli coś jej się stanie będę na to biernie patrzył — powiedział i jego zdaniem był to kolejny dobry argument. Naprawdę ona postradała zmysły. W jego głosie pobrzmiewało zrezygnowanie. Nieco też pogorszył mu się nastrój i dlatego chmurnie spoglądał w zawartość swojego kufla, którą wypił w dwóch dużych łykach. Wolał postawić sprawę jasno.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Orsola
Dama Dworu

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Wto Mar 27, 2018 3:31 pm

Uśmiechnęła się szerzej - Bardzo rzadko się zdarza bym była uszczęśliwiona spotkaniem z kimkolwiek – i vice versa. Wyjątkiem może była jej rodzina, ale by oni byli zupełnie zadowoleni z kolejnych spotkań z nią, cóż, nie mogła tego powiedzieć. Reszta dworu z zasady milkła, gdy tylko pojawiała się w pobliżu, być może zbyt zaniepokojeni faktem, że cokolwiek zostanie wypowiedziane w jej obecności, będzie żywe aż do jej śmierci. - A jeszcze rzadziej słyszę radość na wieść o mojej wyprawie – również szczerość. Mało kto był z tego zadowolony. Była w końcu damą dworu, powinna myśleć o zamążpójściu i utorowaniu kariery dla swojego męża i ich potomków. Osobiście nie była tym w ogóle zainteresowana. Dworski świat był dla niej prawie obcy, wkroczyła w niego niedawno i wszystkiego musiała się uczyć na własnych błędach. Być może prowadzona właśnie rozmowa była jednym z nich, nie potrafiła jeszcze określić. Być może nawet jej wyprawa była jednym wielkim błędem. Bez względu na to, jak długo starała się o niej myśleć w ten sposób, nie potrafiła się do tego przekonać. Jak coś tak ekscytującego i dobrego może być złe?
Ból w jego słowach nie uszedł jej uwadze. Zresztą, i jego słowa jasno mówiły jak trudne musi być dla niego przeżywanie życia wciąż na nowo, pamiętając o wcześniejszych. Przecież mogła się domyślić. Jej samej nie było łatwo, a przecież miała tylko jedno życie. Wysłuchała go do końca, nie odrywając ciemnoniebieskiego spojrzenia od twarzy mężczyzny. Jej oczy lśniły, bo powoli odkrywała, jak bardzo są do siebie podobni, a jednak jak bardzo się od siebie różnią. Jej wspomnienia były zawsze chronologiczne, dokładnie uporządkowane i zachowanie ich w tym stanie nie wymagało od niej wiele wysiłku, było tak naturalne, jak samo zapamiętywanie. - Wybacz moje pytanie – powiedziała w końcu - Było niezwykle… egoistyczne. Bo widzisz, nic mnie tak nie przyciąga jak bezkresna pamięć. Sama się o nią ocieram – zdobyła się na to drobne wyznanie. Być może zbyt wcześnie. Gdyby była sprytna i politycznie zaangażowana, mogłaby spróbować wyciągnąć od niego informacje w stanie upojenia, a i tak pamiętać każde jedno słowo. Ale nie była. Być może te słowa jeszcze obrócą się przeciwko niej, dźgną ją w plecy niczym sztylet, ale nie potrafiła się powstrzymać. Ciekawość znów brała nad nią górę. Co się stanie, gdy on już sobie uświadomi, to co i ona.
I ona opróżniła swój kufel. Jej myśli już dawno stały się zbyt mętne. Prawdopodobnie przez wodę ognistą, którą wypiła wcześniej, zanim zmieniła stolik. Jednak na jej twarzy nie było widać zaczerwienienia. Skóra pozostała blada. Tylko dekolt i czubki jej uszu nieco się zaróżowiły. Miała tak od zawsze. Jej policzki były niezdolne do zmiany koloru, co innego pierś. Czerwieniła się za każdym razem, gdy Orsola doprowadziła się do stanu upojenia lub silnego podekscytowania. Wstydziła się tego nieco, więc gdy planowała którąś z powyższych rzeczy, zakładała suknię z wysokim kołnierzem. Dziś nie zamierzała pić, mimo festiwalowych nastrojów, więc i jej dekolt był raczej głęboki. - Umiar i konwenanse… – powtórzyła po nim w pewnym zamyśleniu. Ucichła na kilka dobrych sekund, a jej palce z uwagą badały brzeg kufelka. W końcu biała dłoń podniosła się i na bardzo krótką chwilę dotknęła jego dłoni. Spojrzała na niego poważnymi oczami, chociaż jej usta się śmiały - Moja ciekawość znów przerosła przywiązanie do dworskich zwyczajów. – wyznała. Spotkanie kogoś takiego, jak on wprowadziło ją w podobny stan fascynacji, co i myśl o nieodkrytych krańcach puszczy - Dlatego znajdź mnie jeszcze kiedyś.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Sro Mar 28, 2018 8:52 pm

- Im więcej osób nie zgadza się z tobą, tym większe prawdopodobieństwo, że postępujesz słusznie. - oznajmił ze szczerym uśmiechem. Jeśli przedsięwzięcie całej wyprawy sprawiało jej radość i spełnienie, to nie widział powodu, dla którego inni mieliby mieć na nią jakikolwiek wpływ. Gdyby nawet okazało się, że cała ekspedycja zakończyłaby się fiaskiem to będzie to jej porażka. Nie ich. Tak samo sukces.
- Ocieranie się o bezkresną pamięć. - sformułował w myślach określenie sklecone ze słów Albini. Zaintrygowało go to, choć nie do końca pojmował jego rzeczywistą definicję. Przypuszczał, że może to mieć nierozerwalny związek z jej aspektem. Teraz to jego ciekawość pochwyciła w swe drapieżne szpony.  
- Nie ma czego wybaczać, w zamian także pozwolę sobie na odrobinę egoizmu. Możesz zdradzić mi coś więcej na temat tej bezkresnej pamięci? - w jego oczach widać było zaintrygowanie i głód odkrycia zapoczątkowanego przez nią zagadnienia. W oczekiwaniu na jej respons przypatrywał się jak wypija do końca zamówione wino.
Dotyk Orsoli wyrwał go z delikatnego otępienia powodowanego przez kolejne litry wlewanego w gardło alkoholu. Przelotne muśnięcie jej alabastrowych palców wywołało przyjemne mrowienie rozchodzące się elektryzująco po całym ciele. Całość trwała ledwie ulotną chwilę i może właśnie ulotność tego doznania nadawała jej czarującego uroku. Dość powiedzieć, że Benvolio przeniósł na nią swe spojrzenie odnajdując w nim nić porozumienia, a co najważniejsze, coś, co przychodziło jakże rzadko - zrozumienie. Czy było tak w rzeczywistości, a może była to jedynie imaginacja, otrutej procentową cieczą, wyobraźni? Tego nie wiedział i wiedza ta, będąc teraz zupełnie szczery, wcale mu nie była potrzebna do zaznania tej odrobiny szczęścia. W głowie rycerza przyjemnie już poczęło szumieć i ten ekstatyczny stan wyzwalany przez buzujące w euforycznym tańcu endorfiny usunął z niego pierwiastki smutku, nostalgii i zwykłego ponuractwa. Żywiołowość jego charakteru płatała mu figle i teraz właśnie ukazywała się w pełnej krasie. Zapewne w normalnej sytuacji, wolny od tego swawolnego otoczenia i lejących się strumieniami trunków, nie poważyłby się na taką otwartość łamiącą wszelakie konwenanse, a także za nic mające zdrowy rozsądek zachowanie. Teraz jednak procenty do wtóru z atmosferą, przytulnym ciepłem gorejącego w karczemnym kominku ognia i towarzystwem uroczej białogłowej udzieliły mu się do tego stopnia, że podjął on dłonie Orsoli ze stołu nakładając nań własne.
- Wybacz me zachowanie, które większość poczytałaby za słabość, ale odnaleźć w kimś zrozumienie... - tu postawił pauzę kraśniejąc na policzkach bardziej, niżby chciał.
- Próżna mrzonka, której obietnicę spełnienia upatruję zuchwalczo w Tobie. - przeszedł nie zdając sobie z tego sprawy ponownie na Lorgmai. Choć nie okazywał bycia pijanym w sposób, jaki definiuje  zwykłych ludzi, to jednak widać po nim było, że szalony wpływ procentów zaczyna na nim górować. Ciężko było teraz wyczuć ile z jego słów i gestów podyktowanych jest jego własną wolą, a ile w tym wszystkim efektów otumanienia. Zabrał zaraz z powrotem dłonie obejmując kufel piwa. W czynność tą włożył zbyt dużo siły i powierzchnia pokala zatrzeszczała złowieszczo pod siatką metalowych tarczek jego rękawicy. Fëanáro maślanym wzrokiem przebiegł gdzieś po przybytku, a gdy jego rozmemłane oczy napotkały zaczerwieniony dekolt rozmówczyni, szybko przeskoczyły skupiając się z uporem na sękate deski blatu stołu. Szermierz opróżnił już wszystkie zamówione kufle i wiedział, że powinien spauzować. Wszystko miało swoje granice, a on, jako markiz, nie chciałby robić scen, których potem by żałował.

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kavindell
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Pią Mar 30, 2018 8:16 pm

Drzwi do gospody otwarły się z łoskotem i chłód z zewnątrz nieubłaganie rozpoczął swą inwazje wnętrza przybytku. Sprawca tego napadu to Kavindell markiz lata, a wracając do rzeczywistego spojrzenia to u progu gospody pojawił się jakże wysoki i jakże dozbrojony Elae o lśniąco złotych włosach i błękitnych jak niebo oczach. Twarz blondyna przyozdabiał cwany uśmieszek, a jego oczy nieskrywaną ciekawość głowy rodu Vërno. Blondyn omiótł przybytek wzrokiem i nieśpiesznie ruszył do szynku, gdzie nie brakowało gości domagających się kolejnego kufla Ale.
No cóż, ponownie nasz bohater o szemranej reputacji pośród swego ludu uczuł się nie na miejscu, zbroja była uciążliwa w ciasnych ludzkich przybytkach.
-Drogi karczmarzu... Drogi karczmarzu...
Głos Kavindella muskał powietrze ni jak nie przebijając się przez harmider zabawy, więc długowłosy dobył srebrną monetę z sakwy przy pasie.
-Język ludzi to język chciwości...
Skomentował pod nosem mając wrażenie iż nikt i tak go nie słucha, po czym wypstryknął monetę ku jak się zdawać mogło właścicielowi za ladą.
-Dobrodzieju złoty, przybywam z daleka, zali miejsca szukam co by spocząć i ciepłą strawę zjeść.
Rzekł upewniając się iż karczmarz schwycił monetę i zwrócił nań uwagę, a jednak nie wiedział co powiedzieć, gdzie ów Elae był z co najmniej dziwny i w dodatku uzbrojony. Zakłopotany gospodarz wysłał nikogo innego jak jedną z dziewczyn, które obsługiwały cały tłum. A ta bez słowa i wyraźnie speszona aż nadto rzucającą się w oczy personą poczęła prowadzić go w głąb gospody chcąc czym prędzej usadowić gościa i odebrać zamówienie.
-Przepraszam, niedługo powinna pojawić się jeszcze dwójka, mężczyzna o śnieżnobiałych włosach i kobieta otulona aż nadto odzieżą wierzchnią.
Rzucił szybko widząc iż dziewczyna prowadzi go ku podłużnej ławie , gdzie pośród siedzących tam wojaków zmieściłaby się góra jedna jeszcze osoba. Oczywiście dziewczynę zamurowało, jak uprzednio karczmarza, to tak jakby każda sentencja wypowiedziana przez ów Elae wprawiała ludzi w osłupienie. Jednak wszystko złe co się dobrze kończy, gdyż nasz bohater usłyszał znajomy głos, nie mógł się mylić. Kavindell pośpiesznie dotarł do miejsca gdzie siedziała para Elae, kobieta i mąż znany jako Benvolio. Kaptur przysłaniał jego oblicze, więc nie obnosił się ze swoją tożsamością w przeciwieństwie do Vërno.
-Pani, proszę wybaczyć me maniery, jam Kavindell Vërno i mam odwagę uznawać się za przyjaciela Pani rozmówcy.
Rzekł blondyn skłaniając się formalnie ku Ursuli, a skłaniał się on tym chętniej, gdyż kobieta posiadała słuszny dekolt.
-Przyjacielu rad jestem iż zastałem Cię w tym jakże obcym dla mnie miejscu i proszę jak zwyklę o Twą opieką.
Rzucił ku Benvolio nie chętnie odwracając swe błękitne tęczówki od biustu Ursuli, która zresztą mogła dostrzec iż oczy długowłosego Elae skierowane były niżej niźli jej oczy. Następnie wyprostował się i zwrócił do dziewczyny z obsługi, która niepewnie podeszła za nim.
-Panienko z obsługi, prosiłbym o wino i ciepłą mięsną strawę, która dobrze komponowała się z ów napitkiem.
Blondyn złożył zamówienie i zapłacił za nie od razu, a dziewczyna skinieniem głowy je przyjęła i odeszła. Sam Kavindell podniósł leżące nieopodal dwa krzesła i dostawił je do stolika Ursuli i Bena.
-Do tej pory podróżowałem z dwójką ciekawych ludzi, jeśli do nas dołączą to proszę miejcie mnie za złe i żądajcie rekompensaty, postaram się udobruchać was Swym towarzystwem.
Vërno beztrostko zakończył, wszak nie wiedział kim jest kobieta z którą rozmawiał bliski mu przyjaciel, wiedział tylko iż sam pragnie zwilżyć gardło alkoholem. Co do gierek typowych dla Elae stwierdził iż warto zaczekać, wierzył iż ognisty markiz przedstawi mu rzeczy jakimi są, a jeśli ubiegnie go Ursula to tym lepiej.
Rozsiadając się wygodnie mężczyzna przeczesał dłońmi lśniące złote włosy pozwalając tym samym by opadły mu kaskadą na ramiona. Był niczym zadufany w sobie bufon poprawiając swój płaszcz obszyty futrem tak by przysłonił możliwie jak najwięcej zdobnej zbroi. Kątem oka zahaczył także o kobietę z kocimi uszami flirtującą w najlepsze i zaznaczył w swej pamięci położenie grupy najemników pijących bez umiaru.

Misja główna 4/10; misja ze stoisk festynowych 3/3. (Dalej to robimy?)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benvolio
Markiz

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Sob Mar 31, 2018 11:41 am

Zimowo-letnie komeraże miały doznać interrupcji ze strony egzaltowanej persony, która postanowiła wparadować nonszalancko na scenę.
- Kavindell! - zakrzyknął Fëanáro zauważając, że Vërno dostrzegł go już i jego nadejście stało się nieuchronne. Pomachał w jego stronę dłonią siląc się na zapraszający gest.
Nim Benvolio zdołał zatroszczyć się o miejsce dla nowo przybyłego mężczyzny, ten sprawnie i zgrabnie dostawił dwa krzesła. I tak stół okupowany uprzednio przez dwójkę ludzkich pijaczyn zamienił się w dworski przyczółek Elae, niczym arystokratyczna wyspa pośród plebejskiego morza.  
- Miejsce to ponoć jest Ci obce i prosisz o me auspicje, a widzę przecież z jaką swobodą się tu obracasz. - rzekł Benvolio przywdziewając na twarz szczery uśmieszek. Obecność kamrata do wtóru z upitym alkoholem podtrzymała jego dobry humor wynikły uprzednio dzięki towarzystwu Orsoli.
Blond włosy markiz lubił wchłaniać atencję innych przyćmiewający tym samym maluczkich. Trudno było narzekać na nudę w jego towarzystwie, zawsze bowiem potrafił on zająć swych rozmówców przaśnym humorem i świeżymi plotkami.
- Oczy twe pełne chuci i afektu nie mogą zaznać spokoju krążąc wokół, niczym para krogulców. - odparł rycerz śmiejąc się przy tym perliście. Partycypacja Vërno nadawała niemal każdej sytuacji pierwiastki wesołości wprawiając Benvolia w radosny stan ducha. Obserwowanie interakcji złotowłosego z innymi istotami dostarczało mu zawsze wiele satysfakcji.  
Uwadze szermierza nie umknął fakt, iż markiz wspomniał o dwójce towarzyszy, dla jednego zaś z nich miało zatem zabraknąć miejsca przy stole, gdyż Kavindell dostawił krzesło dla jednej, prócz siebie osoby. Była to jednak ważki problem, którego rozwiązanie mogło przyjść później.
Kątem oka Fëanáro zerkał na Orsolę będąc ciekaw, jak odbierze ona obecność jowialnego towarzysza.
- Bel esprit! - klasnął dłońmi zwracając się do markiza. Gdy Kavindell usadowił się już na krześle Benvolio poklepał go po opancerzonym ramieniu dodając:
- Opowiadaj zatem raźno w jakąż to tym razem kabałę wpakowałeś rzeczonych nieboraków? - żartobliwy ton nie opuszczał wypowiadanych przez niego słów. Zdrowo pociągnął z uśmiechającego się do niego kufla czekając na opowieść bratana.

_________________

"Only in truth, the Lords will abandon their thrones, and the Unkindled will rise. Nameless accursed undead, unfit even to be cinder. And so it is that ash seeketh embers..."
____________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lellalia
Sójka

avatar



PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   Nie Kwi 01, 2018 3:40 pm

Na moment się wyłączyła, ale gdy wróciła niczego w sumie nie rozumiała, a harmider zrobił się taki, że zaczęła się w tym wszystkim źle czuć. Mnogość języków, kakofonia dźwięków. Położyła po sobie miękkie uszka, by potem docisnąć je do boków głowy, tak by chociaż na krótką chwilę odciąć się od tego ogólnego zgiełku i hałasu. Mając możliwość wtuliła się nieco w Mavetha, tak by znaleźć w jego osobie ukojenie. Niestety to nic nie dawało, dlatego ostatecznie wstała ze swojego miejsca. Szturchnęła Mavetha w ramię.
-Chodź ze mną, wyjdź ze mną… proszę – może nie powinna go odciągać od tej zabawy, od tego zgiełku, z drugiej jednak strony nie wiedziała, czy da radę samodzielnie stąd wyjść. Już ledwie stała, a od tego wszystkiego kręciło jej się w głowie. Właśnie dlatego ciężko się na nim wsparła i jeśli się zgodził to z jego pomocą wyszła z tej karczmy. A więc wyszli razem.
[zt x2]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Gospoda "Pod upitym bawołem"   

Powrót do góry Go down
 
Gospoda "Pod upitym bawołem"
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: 
Miasto Filirjon
 :: 
Dzielnica centralna
-
Skocz do: